czwartek, 26 października 2017

Ale żeś mi Szczepan zaimponował!

Ale żeś mi Szczepan zaimponował! Dokładnie tak jak możecie przeczytać w tytule, co więcej, powtórzę to jeszcze raz, bo warto: ale żeś mi Szczepan zaimponował! Dlaczego się tak ekscytuję? Otóż do niedawna miałem takiego chochoła, a chochoł jak to chochoł, trochę wymyślony, trochę nie, przeciwnik do bicia. No dobra, mój był bardzo wymyślony, bo jego konstrukcja opierała się tylko na negatywnych opiniach, które pieczołowicie zbierałem po internecie; zaś najlepszym ich źródłem były analizy książkowe Jacka Dehnela. Jego opis penisomani w "Królu" był wspaniały!


Jacek Dehnel
        A tak wygląda Jacek Dehnel. Źródło: plejada.pl

Ale przyszedł taki moment, że nagle i niespodziewanie żywe życie wpadło wprost na mnie. I mówiąc mówiąc nagle, mam na myśli naprawdę nagle. Ostatnim miejscem z którego spodziewałem się czegoś pozytywnego o Szczepanie Twardochu był fanpejdż: "Gdy czytam o arystokratach w XXI wieku, otwiera mi się gilotyna w kieszeni" (bardzo fajna strona, zajrzyjcie!), a dziś natrafiłem tam na  fragment jego felietonu z onetowego serwisu książkowego i poczułem, że to jest to! Serce zaczęło bić mi szybciej, w uszach zagrała marsylianka, a dłoń jakby sama zacisnęła się w pieść. Zawsze uważałem, że nowa, męska i twarda stylówa Szczepana jest hmm przerostem formy nad treścią, ale w zestawieniu z tym co tam napisał o szlachcie, to nic tylko mu nałożyć maciejówkę, dać brauninga do ręki i opaskę PPSu. Do tego miło cytuje Ledera! Zobaczcie zresztą sami:

W każdym razie włączyłem niedawno radio, a w radiu minister nomen omen Radziwiłł wyraziłł rozczarowanie tym, że protestujący młodzi lekarze nie traktują swojego zawodu jak powołania i zamiast o dobru pacjentów myślą o pieniądzach. Zauważył również, że sam kiedyś był młodym lekarzem, jak każdy. To niewątpliwie prawda, że był, nie każdy młody lekarz jednak jest Radziwiłłem.
Oczywiście zatrzęsło mną ze złości, jak zawsze trzęsie mnie, kiedy nadziany rodzinnymi koneksjami chujek dowolnej afiliacji z gładką miną ciśnie jakimś, w jego mniemaniu nieważnym frajerom, gadki o powołaniu i obowiązku, samemu jednak nie jadając na kolację idei. Być może przekonanie, że ich żołądki z samej swojej natury zasługują na coś lepszego niż żołądki plebsu, Radziwiłłowie mają po prostu we krwi. (...) No, ale skoro to, jak postępuje, tak wspaniale wpisuje się w historię jego znakomitej, na chłopskiej krzywdzie ufundowanej, rodziny, to już nie moja wina.

Ah, jak ja lubię dobrze rzucone przekleństwo. Potrafi tak bardzo odświeżyć wypowiedź, szczególnie w takim kontekście. Tak więc niniejszym z dniem dzisiejszym oficjalnie kończę z biciem w chochoła wyimaginowanego Szczepana Twardocha, posypuje głowę popiołem, cofam słowa o jego brzydkiej fryzurze z młodości i z radością patrzę w przyszłość, gdzie mam nadzieję zobaczyć więcej jego felietonów w podobnym tonie. Może nawet radykalniejszym. Karminowo alizarynowym.

No dobra żartowałem z tym, że cofam słowa o jego dawnej fryzurze i karminie. Zero litości.

poniedziałek, 23 października 2017

Książko-post marzec 2017

1. "Prześniona rewolucja" - Leder. Kurcze, to była fajna książka! Andrzej Leder rozważa w niej tezę, że dominującym modelem relacji międzyludzkich z udziałem elementu władzy we współczesnej Polsce jest model folwarczny, a wynikiem tej sytuacji jest właśnie tytułowa prześniona rewolucja, czyli nieuchwycone przemiany z lat 1939-56, kiedy to wojna i PRLowski projekt społeczny dokonały ogromnych zmian w strukturze społecznej. Ciekawy pomysł, który wydaje mi się, że trafi do wszystkich użytkowników państwowej służby zdrowia, szkoły bądź biblioteki - moja socjalistyczna miłość do instytucji państwowych i ludzi była w tych miejscach bardzo często wystawiana na próbę, a książka stara się odpowiedzieć dlaczego tak właśnie jest? Czyta się przyjemnie, choć autor wsadził tam sporo psychoanalizy, moim zdaniem niepotrzebnie; ja odbierałem ją na zasadzie metafory, ale spotkałem się w internecie z wieloma osobami, które odczytywały ją dosłownie i bardzo im to przeszkadzało. Sam wolałbym taką analizę bez psychoanalizy, a jak już jest to traktuje ją jak prawicowego znajomego na imprezie, czyli z dystansem i nerwowym uśmiechem. Książkę jak najbardziej polecam, jak już pisałem czyta się łatwo, jest ciekawa bibliografia, Leder ma lekki styl, no i tematyka moim zdaniem diablo interesująca. Jedna uwaga jeszcze, czytałem gdzieś na fejsbuku Nowego Obywatela, że Leder ignoruje Polskie spółdzielnie przedwojenne i że dyskredytuje to jego rozważania, no cóż ja się na spółdzielniach nie znam, ale też nie widziałem żadnej miażdżącej recenzji/artykułu krytyki, która by jednoznacznie pozamiatała temat Prześnionej Rewolucji - jeśli wiecie coś na ten temat, dawajcie linki. A no i jeszcze uważajcie na wykłady Ledera, byłem na jednym i facet bardzo nieciekawie opowiada, myślałem, że zasnę.

2. "Wyjście z cienia" - Zajdel. To jest ten moment w którym mówimy Zajdlowi głośne i zdecydowane NIE. Zeusie, gdyby to była książką od której zacząłbym zainteresowanie tym autorem, to dziś nie mówilibyśmy o moim zainteresowaniu tylko o nienawiści, z rodzaju moich hejtów na Twardocha.


          Io jest Szczepan Twardoch. Źródło Polskatimes

Na szczęście ja zacząłem od "Paradyzji", a Twardoch zmienił fryzjera. "Wyjście z cienia" jest jedną z najbardziej grubociosanych powieści aluzyjnych jakie czytałem. Z ręką na sercu! Z całej zajdlowskiej twórczości zresztą też; każda inna ma w sobie jakąś, chociażby małą, lekkość, jakiś woal, który chociaż udaje, że przykrywa o co chodzi. Ale nie tu, tutaj obrywamy prosto na ryj młotem: "a opisze se życie za komuny, tylko zamienię czerwone na zielone he he!". Nawet ten zielony jest bardzo czerwony, bo to mrówki. Rozumiecie mrówki tworzą komunistyczny reżim, zmuszając wszystkich do równości. Mrówki. Absolutely not soviets *wink wink*


               Wcale niekomunistyczna mrówka.

No i są sobie mrówki, umieszczone w wielkich robotach i zmuszają ludzi na ziemi do życia w biedzie, a żeby się nie wydało, że są mrówkami, to zabraniają w szkołach uczyć o mrówkach, mieć terraria z mrówkami i w ogóle nic o mrówkach. Jeśli ludzie nie będą mieli pojęcia mrówki, to nie skojarzą, że my jesteśmy jak ziemskie mrówki, tylko, że z kosmosu i z laserami. Potem jest historia przyjaźni mrówczo-ziemskiej i okazuje się,że mrówki zbrojną interwencją pomogły ziemianom przed agresją jakiejś innej rasy *wink wink*. Daruje sobie już pisanie o fabule, bo leżącego się nie kopie, powiem tylko, że na końcu jest mały zwrot akcji, który ani nie jest zaskakujący ani ciekawy. Czyta się lekko, ale w ten niefajny sposób, znaczy się, nic tam nie ma interesującego, ani głębokiego, ani rozrywkowo interesującego. Kompletnie nie polecam, chyba, że na prezent dla siermiężnego prawicowego kolegi, który szuka światełka cywilizacji białego człowieka w kosmosie, to wtedy kupujcie.

3."Keynes. Powrót mistrza" - Skidelsky.  Wydana przez KryPę książeczka o Keynesie, która jest całkiem, całkiem. Jakoś mocno mnie nie zachwyciła, myślę, że da się ciekawiej opisać tą postać, jej czasy i pomysły, no ale to nie tak, że było jakoś szczególnie źle. Ot bez fajerwerek. Jest to co powinno być, ale bez porywającej narracji.

Podobny obraz
             To jest dopiero porywająca narracja! 

Ciężko mi coś więcej powiedzieć o tej książce. Jak chcecie to kupujcie, ja wam nie powiem co zrobić.

4. "Każdy został człowiekiem" - Nesterowicz. A to była dopiero porywająca lektura! Szczególnie, że niedługo wcześniej czytałem "Prześnioną rewolucję", a to podobny temat i mogłem pogłębić swoją wiedzę. Każdy został człowiekiem traktuje o awansie społecznym jakiego doznali mieszkańcy wsi po drugiej wojnie światowej. Walka z analfabetyzmem na szeroką skalę, budowa szkół, dróg, elektryfikacja, biblioteki, kursy doszkalające i całkiem szerokie perspektywy zawodowe. Jasna cholera, jak czytałem o losach tych ludzi na początku, czyli "wesołe" wiejskie życie, to było mi tak bardzo smutno. To w jakich warunkach żyli, z jakimi trudnościami się zmagali i ile przeszkód spotkali na swojej drodze to jakiś koszmar (ojciec jednej z bohaterek zmarł, bo po trafieniu piorunem sąsiedzi zakopali go w ziemi, żeby ta wyciągnęła pioruny), a że książką ma kilkoro bohaterów (których losy Nestorowicz odtwarza z ich pamiętników), to i różnego rodzaju błota jest sporo. Potem następują losy szkolne i początki karier, które są z jednej strony jaśniejsze i milsze, bo państwo się rozwija, a bohaterowie mają pewne perspektywy, ale nie do końca, bo spotykają się a to z systemowymi problemami: jeden z bohaterów zostaje kierownikiem PGRu i ma wieczne problemy z pracownikami i dostawami sprzętu, inny idzie do hufców pracy, które okazują się czymś na wzór kolonii karnej itd. Albo z problemami po prostu z innymi ludźmi, którzy w swoich postawach wciąż tkwią na folwarku szlacheckim (i tu nam ładnie wchodzi książka Ledera). Moim zdaniem to jest absolutny must read. Nestorowicz tworzy z losów swoich bohaterów super opowieść, która jest porywająca i żywa, rysuje szerokie tło społeczne i wydaje mi się, że nie ma u niego żadnych przemilczeń. No ja się wzruszyłem jak czytałem o tych wiejskich szkołach.

Znalezione obrazy dla zapytania soviet visuals


5. "Płytki umysł" - Carr. Czytane na studia i o dziwo bardzo fajne. Wbrew temu co może sugerować tytuł, nie jest to grubo ciosany pamflet neoluddystyczno (gdyby nie komputery, to byłoby lepiej) anty-milenialsowy (gdyby nie młodzież, to byłoby lepiej). Carr występuje z krytyką nowych technologii, ale bez fanatyzmu i ze spokojnym racjonalizmem. Sporo wyników badań, cyferek, bibliografia bogata, no tak jak lubię. Najbardziej przepracowałem rozdział o czytaniu, czyli jaką różnicę dla naszego mózgu robi czytanie na ekranach (czytnik, telefon, komputer) vs książki. Kupiłem sobie jakiś czas temu czytnik, zaliczyłem już na nim kilka książek i chciałem się dowiedzieć "CZY COŚ Z TEGO ZAPAMIĘTAM!?" i okazuje się, że tak. Wyniki badań Carra, są takie, że raczej lepiej czytać książki, bo mózg zazwyczaj jest przyzywaczjony do większego skupienia kiedy doznaje sensualistycznie doznania od książki (zapach, dźwięk, faktura stron, ruch przewracania kartek) aniżeli zywkłe gapienie się w ekran (które kojarzy mu się ze scrollowaniem fejsa na telefonie w windzie) ale dla neuroplastycznego mózgu nie ma rzeczy niemożliwych i z odpowiednio dużą doza skupienia wszsytko jest do zapamiętania. Więc ja spokojnie mogę wracać do Pocketbooka, a Wy, jeśli interesuje was tematyka zagrożeń wynikłych z technologii, to łapcie Płytki Umysł. Ciekawe!


6. "Król z żelaza"- Maurice Druon  Tak, ta seria (Królowie przeklęci) jest podobna do Gry o tron. Martin sam powiedział, że prawdziwą grą o tron jest Ta własnie seria. Tylko dlaczego na wszystkich znanych bogów, starych i nowych, wydawcy muszą mi o tym trąbić wszędzie?!


Tak wygląda moje wydanie

Unikam ciasteczek z wróżba, bo tam pewnie też bym znalazł informację, że KRÓLOWIE PRZEKLĘCI TO TAKA GRA O TRON!!!111 No przykro, że ktoś nie załapał się na kasowy serial. Ale żeby Was moje jęczenie nie zmyliło, pierwszy tom tej serii jest cholernie dobry. Oh to jest tak dobrze napisana książka. Można by uczyć na niej dobrego rzemiosła układania fabuły, bez zbędnych elementów, perfekcyjnie dobrane składniki, postaci dokładnie tyle ile trzeba dla opowieści, a opowieść jest bardzo ciekawa, bo intryga ma w sobie wiele skrzywdzonych bohaterów i kilku naiwnych, co dodaje smaku opowieści. Zepsuta szlachta knuje intrygi, tytułowy król z żelaza wtrąca Templariuszy do więzienia, tajemnicza sekta działa gdzieś w tle, oj dzieje się. Rozrywka na bardzo wysokim poziomie, z dobrze przedstawionym tłem historycznym i jego realiami, więc dla rpgowców to dodatkowy plus. Można załapać nie tylko ciekawe motywy na sesje, ale i wiedzę etnograficzną z życia w tym uwielbianym przez autorów rpg średniowieczu. Mój ulubiony fragment to kara jaka spotyka pewnych dwóch gorącokrwistych młodzieńców, oj dużo ich w tej powieści boli. A i co do tego, że jest JAK GRA O TRON, to czytając zobaczycie, że Martin nie boi się zerżnąć niektórych postaci wprost, nie tylko, że pomysł/motyw, ale od razu z takim samym imieniem. Szacuneczek za fantazję. Pozycja obowiązkowa. Idź kup. Albo wypożycz. No dalej. 


7. "Krótki kurs nowomowy" - Gwiazda. Pierwsza rzecz przeczytana przeze mnie na czytniku. Jest to zbiór felietonów Joanny Gwiazdy ze starej wersji Nowego Obywatela, kiedy to czasopismo było jeszcze po prostu Obywatelem. To była ciekawa dla mojego światopoglądu literatura, bo Gwiazda z jednej strony okazała się być mi bliska, kwestie gospodarcze i chodzenie po górach, a z innej zupełnie odległa, wręcz po przeciwnej stronie barykady, bij zabij, czyli powiedzmy kwestie kulturowe. Taki trochę rollercoaster podczas czytania: Mhmm, no tak, tak racja, zgadzam...o NIE! TA ZNIEWAGA KRWI WYMAGA

A tak walczymy w DESW

Więc mogłem poćwiczyć plastyczność tej części mózgu, która jest odpowiedzialna za samozadowolenie i samobourzenie, bo co chwile inna była używana. Język, którym Gwiazda pisze jest lekki i pasuje do tej formy; pisze ona o wielu ciekawych wydarzeniach z historii Polski, a cześć z felietonów odnosiła się do współczesnej jej sytuacji w Polsce, więc jest też dodatkowo pewien wymiar relacji z wydarzeń minionych. A no i sporo o górach jest, a o tym to się zawsze przyjemnie czyta. Czy czytać "Słownik nowomowy"? Myślę, że raczej nie. Ja przeczytałem, bo kupiłem w paczce ebooków, a że dobrze napisane, to weszło w jeden wieczór, ale myślę, że są ważniejsze i cenniejsze rzeczy do czytania.

8. "Fanfik" - Osińska. Ta książka to ogień! Literatura młodzieżowa opowiadająca o problemach trans bohatera w Polsce? Niemożliwe? A jednak! Szanuję bardzo KryPę i autorkę za to co zrobiły, bo myślę, że niejednemu faszyście ciśnienie skoczyło jak się dowiedział co takiego wyszło zimą.



Czytałem z wypiekami na twarzy i z trzęsącymi się rękoma, bo bardzo chciałem żeby to wszystko miało jak najlepsze zakończenie, szczególnie, że miejscami dzieje się bardzo źle! Nie wchodzę w szczegóły, żebyście mogli się rozkoszować tą opowieścią, bez żadnych wcześniejszych większych informacji, przynajmniej z mojej strony, bo warto w Fanfik tak wejść i dać się zaskoczyć już na początku kilka razy. Dla kogo jest ta powieść? Na pewno dla mnie, ale ja jestem dużym dzieckiem. Czy dla dojrzałego, wyrobionego czytelnika, który Grę w klasy przerobił na wszystkie strony (ja tylko raz i to po kolei czytałem) będzie w Fanfiku coś ciekawego? No cóż to obyczajowa powieść o miłości z problemami we współczesnej Polsce z trans postacią, więc jeśli kogoś nie cieszy, że taka tematyka została w końcu poruszona, to może go to znudzić, ale myślę, że warto dać szansę? Choćby po to, żeby wiedzieć co kupić kuzynowi/kuzynce na czternaste urodziny (ja jestem tym nudnym starszym kuzynem, który zawsze daje książki)! Kupować, czytać, promować!

9. "Ludzkie arcyludzkie" - Nietzsche  Stary dobry Nietzsche. Czy coś więcej można powiedzieć? Oddajmy mu głos:

Nadzwierzę. – Bestia w nas chce być okłamywana; moralność jest kłamstwem z potrzeby, żebyśmy nie byli przez ową bestię rozdarci. Gdyby nie błędy kryjące się w założeniach moralności, człowiek pozostałby zwierzęciem. Tak jednak zaczął się uważać za coś wyższego i przepisał sobie surowsze prawa. Stąd jego nienawiść do stopni pozostałych bliżej zwierzęcości: tym też wyjaśnić należy dawniejszą pogardę wobec niewolnika jako nieczłowieka, jako rzeczy.

Muszę przyznać, że Fryderyk już mnie zaczyna nudzić.

niedziela, 18 czerwca 2017

Książko-post luty 2017

Jako, że był to miesiąc wolny od uczelni, to wyjazdy oraz szeroko pojęte zażywanie beztroski odsunęło ode mnie daleko literaturę. Ograłem kilka nowych planszówek i przygotowałem scenariusz do rpgowej sesji w świecie Pieśni lodu i ognia, a książki weszły wtenczas dwie:


1. "O-bi o-ba koniec cywilizacji" - Szulkin. Rozwaliło mi mózg po obejrzeniu filmu tego autora o tym samym tytule i postanowiłem, że muszę przeczytać opowiadanie na podstawie, którego go nakręcono. Nie zabrałem się za to zbyt szybko, ale w międzyczasie obejrzałem film jeszcze kilka razy i ciągle wywierał ten sam efekt: wow! Stare polskie filmy science-fiction mają niepowtarzalny klimat, a co dopiero taki opowiadający o post-apokaliptycznym świecie. Fabuła (filmu i opowiadania) wygląda mniej więcej tak: po wielkiej wojnie atomowej ludzkość straciła chęć do życia i tylko wojskowi, którzy wywołali apokalipsę, czuli potrzebę ratowania gatunku, dlatego aby skłonić ludzi do schronienia się w bunkrze ułożyli przy pomocy socjologów i psychologów opowieść o Arce, czymś w rodzaju magicznego statku zbawienia, którego nadejście ma uratować wszystkich tych, którzy zdołają do tego momentu dotrwać. Niedobitki na atomowej pustyni łykają te bajeczkę i idą razem z wojskiem do schronu, po drodze wielu ginie, co narrator kwituje cynicznym stwierdzeniem, że i tak by się nie zmieścili, plus wskazuje, że odpadli słabi, a życie, które czeka na mieszkańców schronu nie jest łatwe.


Jerzy Stuhr wygląda w tym filmie tak dobrze! Uwielbiam ten typ postaci "slave hero", bardzo odmienny od hollywodzkiego typu bohatera. Tam nawet postać po przejściach nie wygląda tak, jak typowy polski bohater.


Kafka byłby zauroczony światem stworzonym przez Szulkina. W schronie nie ma problemów z przestępczością, czy agresywną ludzką naturą, tam jest problem z apatią i porzuceniem woli do życia. Wojsko po tym jak wprowadziło ludzi w bezpieczne miejsce zaczęło nadawać komunikat, że Arka jest kłamstwem i tylko własną pracą można zbudować lepsze jutro - brzmi to szalenie groteskowo wśród zimnych, brudnych murów, za którymi szaleje atomowa zima i nie istnieje życie. Dla mieszkańców tego miejsca nie ma ratunku. Gros jednak uwierzyło mitowi, pozostają mu wierni i czekają na przybycie ratunku; menażeria dziwnych typów przygotowuje się na zbawienie, i tak jest tam bogacz, który buduje sobie arkę wzorem biblijnego Noego, skupuje za ogromne pieniądze drewno i próbuje kompletować zwierzęta, z których większość to wypchane ozdoby. Ktoś inny uznał, że na Arce będzie potrzebował towarzystwa i zamroził dwie kobiety, zbudował obok nich kapliczkę, a teraz tylko czeka na zbawienie. Takich szalonych postaci jest tam pełno, a wszechobecny klimat apatii i leżenia w oczekiwaniu na śmierć podkreśla szaleństwo działań tych postaci.



O tym opowiadaniu (i filmie) mógłbym pisać bardzo, bardzo długo. Skradło mi serce w każdym chyba aspekcie i polecam je każdemu, warto spojrzeć z innej perspektywy na post-apo, a najlepiej jeszcze podkręcić sobie to filmem, w którym świetne role mają Stuhr i Janda (można legalnie obejrzeć go w internecie na Ninatece). Bomba, miód i cud. Jednakże książeczka to nie tylko tytułowe opowiadanie, ale też trzy inne, które są już dla mnie problematyczne. "Wojna światów - nastepne stulecie" opowiada o Ironie Idemie, który wpada w konflikt z Marsjanami okupującymi ziemie. Jest tam dużo przyjemnej groteski, ale od pewnego momentu autor za bardzo kręci wątki i zachowania postaci, tak więc gubiłem się w motywacjach, a wiele scen było niejasnych. Są tam też, jak przystało na polską fantastykę, dziwne relacje z postaciami kobiecymi, które nasuwają myśl, że Szulkin to kolejny fantasta, który uważa kobiety za istoty podobne do elfów i krasnoludów o tajemniczych i niepoznawalnych motywacjach działań. Jednakże opowiadanko ma niezły klimat, a w filmowej adaptacji główną rolę gra Wilhelmi, więc jest ok.

Gorzej jest z pozostałymi dwoma tekstami: Golemem oraz Ucięta głowa czarownicy. To pierwsze zostało zekranizowane z Markiem Walczewskim w roli głównej i dwa razy to oglądałem i dwa razy mnie odrzuciło, z opowiadaniem dałem sobie więcej luzu  - przeczytałem tylko raz. Też odrzuciło. Może ja czegoś tam nie rozumiem, może zajęcia z posthumanizmu oswoiły mnie z tą tematyką już za bardzo, ale ani to ciekawe, ani wciągające, świat nijaki pffff no nuda. Jest totalitarne państwo po wielkiej wojnie, które odtwarza swoich obywateli dziwną metodą w rodzaju klonowania, ale takiego chałupniczego bardzo i słabo opłacanego, bo wykonujący te procedurę pracownicy to obrzydliwe typki - naprawdę, ich opisy są na maksa naturalistycznie fuj. Główny bohater to taki własnie jakby-klon, który styka się z życiem swojego oryginału, ale w sumie to do niczego nie dąży.   "Ucięta głowa czarownicy:" to horrorowe opowiadanko o dzieciach, wokół których nagle wszyscy zamieniają się w bezzębnych starców i jest uciekanie, gonienie, uciekanie i gonienie - również nie zachwyciło.

Czy warto czytać Szulkina? Myślę, że na pewno warto obejrzeć film "O-bi, O-ba koniec cywilizacji" i poczuć ten mocny kafkowski klimat, zobaczyć młodego Stuhra jak błąka się po bunkrze oraz Jandę jako linoskoczkinie, no i oczywiście jak w każdej dobrej polskiej produkcji fantastycznej jest tam też Paździoch (i Stępień!). I jeśli film was chwyci za serce, skłoni do myślenia i poruszy w dołku, to za opowiadanie tytułowe warto się zabrać. A co do pozostałych opowiadań i ekranizacji... lepiej iść na dobry spacer.

PS Jego książki jak i filmy mają Zarąbiste okładki! Niezależnie od tego czy zamierzacie czytać/oglądać, rzućcie na nie okiem koniecznie!

2. "Doktryna szoku. Jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne." - Naomi Klein.  To jest dopiero rakieta! Klein zbiera ogromną, gargantuiczną wręcz ilość danych i raportów, a potem przekuwa to w dobrze opowiedzianą historię ekspansji i zbrodni współczesnego kapitalizmu. Kurcze, jaka to jest dobra lektura. Świetny pomysł na książkę, przeniesienie wielu rozrzuconych po świecie przypadków na jeden spójny mianownik i sensowne przemyślenie całej tej sytuacji. Ogromny szacunek za ilość pracy jaką wykonała autorka.



A oto zdjęcie autorki z jej oficjalnej strony

No ale do rzeczy, bo jak ktoś nie zna książki, to pewnie nic nie rozumie. Klein bierze historię gdzieś tak od drugiej połowy XX wieku i analizuje wydarzenia pod kątem rozwoju i ekspansji idei gospodarki wolnorynkowej w stylu Amerykańskim - czyli "jeśli spróbujesz wprowadzić powszechny system ubezpieczeń zdrowotnych, to CIA zrobi ci pucz".  Na początku opisane są tam szczegółowo losy krajów Ameryki Południowej, ich próby nacjonalizacji części sektorów gospodarki, radzenia sobie z po kolonialnymi długami i pomysły na wprowadzenie rozwiązań socjalnych, które były atakowane przez USA. Związki Chicago Boys z Pinochetem, operacja Kondor, przewrót w Boliwii, historia i eksperymentowanie z KUBARK - było tego dużo i krwawo. Potem z Ameryki Południowej narracja przenosi czytelnika do Europy, a tam swoje pięć minut ma Polska z Balcerowiczem, a kolejne rozdziały to Rosja, Irak, Chiny, Sri-Lanka itd. Dużo miejsc w których kapitalizm rozgościł się przy pomocy brutalnych metod, które Klein nazywa tytułową Doktryną Szoku. Jest to pojęcie związane z torturami i osobą dra Ewena Camerona, człowieka o którym Rob Zombie powinien nakręcić horror. Wyobraźcie sobie faceta, który przeprowadza eksperymenty z deprywacji sensorycznej, na studentach, których przyszli do akademickiej przychodni, a zostali odurzeni i porwani, zaś później CIA robi podręcznik z wyników jego pracy. (To jest dobry moment na antynaukowy gniew)

W przypadku każdego kraju najpierw poznajemy jego historię, często totalitarną przeszłość, która pozostawiła po sobie wiele długów, następnie pojawiają się instytucje chętne do pomocy (Bank światowy i MFW), które proponują anulowanie długu za przyjęcie kilku reform, a gdzieś pomiędzy zdarzają się ofiary,

Jest to potężna pozycja, która bardzo daje do myślenia. Nie miałem okazji wcześniej czytać tak ujętej historii współczesnego kapitalizmu, w jedną spójną opowieść, która łączy dużo wydarzeń w pobudzający intelektualnie sposób. Ja stałem się po tej książce fanem Klein i zamierzam skompletować całość jej dorobku na półce.

Zdecydowanie czytać. Polecam całym sercem, tylko uważajcie, bo ja czytając rozdziały o eksperymentach z torturami na przypadkowych ludziach, historii inwazji w Iraku czy celowych zaniedbaniach w Nowym Orleanie miałem dreszcze i czułem się źle. Jednakże to takie dobre złe samopoczucie, bo motywujące.

sobota, 6 maja 2017

Książko-post styczeń 2017

Osiem książek w styczniu, to dobry wynik i początek nowego książko-wyzwania, czyli więcej i lepiej niż rok temu. Pomocny w tym na pewno będzie czytnik, który nabyłem miesiąc temu i powoli się zaprzyjaźniamy, co jest o tyle zabawne, że jeszcze do niedawna bym nie uwierzył, że będę korzystał z takiego urządzenia, a tu proszę, już pierwsze wspólne książki mamy za sobą. Liczę, że uratuje mnie od sytuacji w rodzaju: "o nie! Zabrałem na wyjazd tylko Kompanię Zmierzch/ Egzamin z oddychania/ instrukcje obsługi kubka termicznego!", plus ebooki bywają tak przyjemnie tanie. No i jest funkcja ctr+f! Oh to dopiero rozkosz dla mojego rozbieganego umysłu, rach ciach i wracam do tego co mnie nurtowało i łapie cytaty.

No ale dosyć zachwytów nad czytnikiem (przynajmniej do czasu nawiązania intratnej współpracy *wink wink*) i czas na książki. Oto te styczniowe, ułożone w kolejności od najmilej wspominanej:


1. "Myśl feministyczna. Wprowadzenie" - Tong. Historii feminizmu opisana od Wollstonecraft, aż po współczesność. Pogłębiona charakteryzacja nurtów; przedstawienie ważnych postaci, ich myśli, tekstów i wpływu na cały ruch. Czytelnie napisane, w przejrzysty sposób wyjaśnia niuanse i daje obraz bogactwa feminizmu, przybliżając jego wewnętrzne różnice. Nie odniosłem wrażenia żeby autorka, któryś z nich punktowała bardziej, przyznaje się w jednym miejscu do których odłamów jej bliżej, ale przy samych opisach nie czułem tego i myślę, że można je uznać za bezstronne.

Przyjemna lektura, którą polecam każdemu zainteresowanemu odłamami feminizmu, a warto wprowadzić sobie dystynkcje na ten temat do obrazu świata, bo w debacie publicznej rzadko jest to poruszane, a ruch jest malowany monolitycznie. Dla mnie cenna książka, która pokazuje interesujące myślicielki. I tak, Firestone i feminizm radykalno-libertariański podobały mi się najbardziej; wewnętrzny głos przez cały rozdział im poświęcony krzyczał "Hell yeah! Moar!".


2. "Hidden Warrior" Flewelling - Queerowe fantasy, czyli rycerki, trans postacie, zaklęcia i bitwy! W serii Tamir's Triad jest wszystko czego potrzebuje od literatury rozrywkowej, czyli to co wymieniłem, plus dobre pisarstwo, empatia dla czytelnika, umiejętność opowiadania i ciekawa, niegłupia fabuła. Właściwie wystarczyłaby mi tylko połowa z tych punktów, a tu mam aż nadto: dynamiczny i wiarygodny rozwój postaci, odpowiednie tempo akcji, cliffhangery, dobra długość rozdziałów - kurcze, warsztatowo powieści Flewelling są tak dobrze skonstruowane, że mógłbym osobną notkę o tym napisać. Tam nawet w odpowiednich miejscach, poprzez dialogi jest przypominana fabuła poprzedniego tomu, więc nie muszę przekopywać innej książki żeby wiedzieć o co w tej chodzi. Wow.

Kilka lat mija na kartach powieści, więc obserwujemy tam rozwój intrygi, która zaczęła się od mrocznego rytuału w tomie pierwszym. Świetne jest, że obie strony konfliktu działają na podstawie tej samej wizji zesłanej przez wyrocznie, tylko różnie ją interpretują, a siły, które można by nazwać dobrymi, są powiedzmy dalekie od czystych i miłych. W gruncie rzeczy z szalonym królem, który mordował wszystkie swoje krewniaczki ze względu na przepowiednie walczą religijni ekstremiści, wykorzystujący magię, a ich przywódczynią ma zostać osoba, której życie, mówiąc żołniersko, spieprzyli, dla dobra większej sprawy. Sporo dylematów, niejednoznacznych postaci i rycerek, ale bez błota i jesiennej gawędy. No i porządnie potraktowane kulturowe konstruowanie wzorów zachowań ze względu na płeć, wpływ polityki na dopuszczalne zachowania i dostępne role społeczne, a także konsekwencje takich działań dla jednostek. Bogato zarysowane tło, wypełnione jest dobrze skonstruowanymi postaciami, które pokazują czytelnikowi jak ich życie zmieniło się przez seksitowskie edykty szalonego króla.


3. "Cylinder Van Troffa" - Zajdel. Moja druga ulubiona książka Zajdla, a w kilku aspektach nawet ulubiona. W tej powieści autor skupił się bardziej na losach konkretnego bohatera, choć i analizy socjologicznej nie brakuje. Są tam dwie duże, i tak pierwsza dotycząca życia na księżycowej kolonii zainteresowała mnie, ze względu na poruszenie problemu nieprzystosowania kolejnych pokoleń kosmicznych emigrantów do ziemskich warunków życia. Chodzi tutaj głównie o kwestie mięśni i kości, które nie mają okazji się rozwinąć odpowiednio i dochodzi do dużych zmian na przestrzeni następnych pokoleń. Władająca kolonią Rada Ekspertów, ruch anarchistyczny i wszystko co z nim związane było ciekawie pokazane i zainteresowaniem śledziłem wydarzenia. Zaś druga socjologiczna część, to  losy mieszkańców ziemi, ich problemy z eugeniką, to jak rozwinęła się społeczność próbująca wyhodować najmądrzejsze możliwe społeczeństwo itd. To wywołało u mnie lekki uśmieszek i tyle; trochę to śmieszkowe, ale tylko trochę, a patrzenie na to jako prognozę mnie nie przekonuję w żadnym razie, nawet jako przypowieści z formą przestrogi.

Cylinder van Troffa, tytułowe urządzenie, skradł mi serce, a związane z nim perypetie częściowo do dzisiaj chodzą mi po głowie. Maszyna pozwalająca przerzucić się w daleką przyszłość tracąc zaledwie kilka sekund, a to wykorzystane przy budowaniu romantycznego wątku - dla mnie bomba, tylko szkoda, że Zajdel jest z ekhm szkoły polskich pisarzy fantasy jeśli chodzi o budowanie postaci kobiecych i relacji z nimi, przez co bohater często zachowuje się wobec swojej partnerki jakby wychowały go wilki. Nie jest to tak boleśnie widoczne jak u niektórych ekhm pisarzy, aczkolwiek szkoda, że w ogóle coś takie występuje. Jednakże nawet mimo tych wad warto z powieścią się zapoznać, bo, poza tym co pisałem, ma też ciekawą konstrukcję. Lubicie powieści szkatułkowe? Zajdel wsadził powieść w powieść w powieść, a na końcu jeszcze twista na ten temat i nie mam pojęcia czy to się trzyma kupy, bo przy analizowaniu trzech warstw plus paradoksu podróży w czasie analityczna część mojego mózgu wysiada, ale ta odpowiedzialna za dobrą zabawę wysyła dużo endorfin.


3. "Alkoholizm. I grzech i choroba, i..." - Osiatyński. Dziadek nie chciał się ze mną zgodzić, że główną przyczyną bezdomności nie jest alkoholizm, ale ja nie miałem mocnych źródeł, więc ustawiliśmy się na debatę i tak w ramach riserczu przeczytałem tę książkę. Ciekawe doświadczenie, biorąc pod uwagę, że moje wcześniejsze literackie spotkania z alkoholizmem były związane z Vonegutem i Zagłobą. Spodziewałem się bardziej naukowej książki, z raportami i danymi, a dostałem opowieść o alkoholizmie z różnych punktów widzenia, jednakże nie jest to w żadnym razie wada. Autor przeszedł długą drogę intelektualną zanim napisał ten tekst; wcześniejsze jego książki patrzyły na alkoholizm z innych perspektyw, stąd też taki tytuł. W środku jest analiza dwunastu kroków AA pod kątem zachowań alkoholika, jego postawy i uzależnienia.

Przydała mi się podczas rozmowy z dziadkiem i do własnych przemyśleń na ten temat, więc też chyba mogę ją wam polecić, choć nie znam się na temacie, a być może Osiatyński reprezentuje jakąś konkretną szkołę. No ale książeczka krótka i miło napisana, więc umysłu wam raczej nie zniszczy, a zawarty jest tam ciekawy punkt widzenia na sprawę.


4. "Jak współpracować z rodzicami trudnych uczniów" - Babiuch. Nie ma trudnych dzieci, są tylko trudni rodzice - to myśl, która towarzyszyła mi podczas lektury książki i nadal jest ze mną, kiedy realizuje specjalność nauczycielską. Autorka nakreśla obrazy "trudnych" dzieci, problemy jakie mogą z wyniknąć w związku z trudnościami i pomysły na recepty naprawcze, ale ważniejsze są opisy rodziców i tego jak ich zachowania wpływają na postawy dzieci. Szalone wydaje mi się to, jak niewiele trzeba żeby człowiekowi spaczyć kawał życia, a naprawić to później nie jest łatwo. Do tego takie dzieci oceniane są po swoich zachowaniach, a one są uwarunkowane przez wiele, niezależnych od nich samych czynników.

Ciężkie rzeczy opisuje ta książka, ale to dobrze, że ktoś postanowił nas przygotować na tak niełatwe zadanie. Są tam porady praktyczne, metody prowadzenia rozmów z rodzicami niechętnymi do dialogu, pomysły na zorganizowane działania i kilka komunikacyjnych trików; pomocne, ale najcenniejsza dla mnie jest tam właśnie myśl, którą wypisałem na początku: nie ma trudnych dzieci, są tylko trudni rodzice. Prywatnie to bym do tej lektury podrzucał "Dzieci Norwegii" jako systemową koncepcje naprawczą tego bałaganu. No ale to może kiedyś...


5. "Rozmyślania" - Marek Aureliusz.  Moje nemezsis troszeczkę, bo do stoików mam bardzo, hehe, sceptyczny stosunek. Szacuneczek za spokój ducha na wysokim poziomie i te epickie legendy krążące na temat śmierci Seneki i innych jego kolegów, ale to raczej nie dla mnie, co więcej myśliciele z którymi sympatyzuje otwarcie krytykowali stoików. Ja może nie mam do tego, aż tyle zapału, ale miło mi się czyta takie krytyki. Nietzsche bardzo przyjemnie zarzuca im, że nie umieją cieszyć się życiem, więc odrzucają je w całości, a Chestertona to nawet zacytuje:

Now when Christianity came, the ancient world had just reached this dilemma. It heard the Voice of Nature-Worship crying, “All natural things are good. War is as healthy as the flowers. Lust is as clean as the stars.” And it heard also the cry of the hopeless Stoics and Idealists: “The flowers are at war: the stars are unclean: nothing but man’s conscience is right and that is utterly defeated.”
Both views were consistent, philosophical and exalted: their only disadvantage was that the first leads logically to murder and the second to suicide. After an agony of thought the world saw the sane path between the two. It was the Christian God. He made Nature but He was Man.

Tak więc z takimi podstawami intelektualnymi chodziłem na fakultet ze stoików, a w ramach zaliczenia pisałem tekst z Rozmyślań. W książce znalazłem wiele przyjemnych paragrafów, nawet jeden o grammar nazi był, sporo takich do których mi daleko, ale nie cierpiałem. Może być przydatne jako odtrutka na weltschmerz, wtedy kiedy potrzeba czegoś spokojniejszego, aniżeli Nietzsche czy Chesterton.

Czy warto dziś jeszcze czytać Marka Aureliusza? Jak najbardziej, choć mi przyjemniej było z tekstami Seneki. Jednak dla każdego polecałbym też dla równowagi jakiś komentarz krytyczny dla ich propozycji, bo zbyt mocne wpadnięcie w tę myśl może być groźne dla ducha aktywnego. Warto też cały czas pamiętać, że mimo spokoju ducha, podkreślali oni wagę aktywnego działania na rzecz polis, a nie zarzucanie wszelkiej działalności.


7. "Dokąd jedzie ten tramwaj" - Zajdel. Słabe opowiadania uznanych pisarzy powinny być serwowane dla każdego początkującego składacza słów. Nie pamiętam kto o tym pisał, może Virginia Woolf, ale gdzieś spotkałem się z myślą, że znając twórców tylko z ich najbardziej znanych, najlepszych dzieł nie znamy ich prawie wcale, a przynajmniej zamglony obraz. W tym zbiorku, który zawiera sporo wczesnego, krótkiego Zajdla, drukowanego w Młodym Techniku jest dużo prawdy. Prawdy o tym jak dojrzewa styl, wyrabiają się umiejętności i jak autor wychwytuje swoje ulubione motywy, pozwalając im się rozwinąć.

Pewność siebie dzięki tym opowiadankom wzrośnie każdemu piszącemu fabuły, jeśli tylko wcześniej spotkał się ze znanymi tekstami Zajdla. Dla mnie to była czysta przyjemność, zobaczyć, te dziwne skróty, potknięcia i niezręczne rozwiązania fabularne. Nie jest tak, że to zbiór kup, dwa opowiadania podobały mi się w całości, a sporo z nich ma ciekawą koncepcje, jednakże wiele ma problemy, a te krótkie, dwu trzy stronicowe, humorystyczne są umm siermiężne. Takie prawicowe poczucie humoru w wersji light.

Nie czytać jeśli Zajdla nie znacie, bo wtedy to bezsensu; udane opowiadanka nie są warte całej książki, a żeby się zabierać za słabe bez pastwienia nad autorem? Lepiej najpierw wziąć Paradyzje i Cylinder Van Troffa, bo to fajne książki są, a potem przy dobrej herbacie urządzić sobie pastwienie nad tymi opowiadankami.


8. "Prawo do powrotu" - Zajdel. Ostatnich (jedna z ostatnich?) książek zanim Zajdel zorientował się, że lepiej mu idzie rysowanie szerokiej perspektywy socjologicznej (Paradyzja), niż próby budowania postaci i ich relacji (choć to nie tak, że na zawsze zerwał z obyczajówką, w Limes Inferior jest pół na pół, ale nie wyszło to dobrze). Głównym bohaterem powieści jest pokładowy socjolog, hehe, Kamil, który ma czuwać nad kondycją załogi w dalekim locie. Imiona innych członków załogi nie są już tak uroczę, ale nie dajcie się nabrać, bo Kamil nie jest miekką fają, tylko tajnym agentem służb bezpieczeństwa, a na kosmolocie zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Członkowie załogi są narkotyzowani, przyrządy statku niszczone, no dzieje się.

Bardzo słabo poprowadzona jest tam intryga. Członkowie załogi zachowują się jak boty w Battlefieldzie, Kamil wyczynia jakieś harce blokując członków załogi w kajutach bez powodu, nigdzie nie ma kamer, a końcowy zwrot akcji jest spektakularnie obrzydliwy. Gdyby to było w opowiadaniu Lovecrafta, z dużą ilością jego ulubionych słów w rodzaju: amorficzne, obrzydliwe etc etc to byłoby w porządku, ale Zajdel zdaje sobie nie zdawać sprawy z tego jak sposób w który zakończył powieść jest straszny. Do tego bohater jest tak retard zbudowany, że główna podejrzana usypia go narkotykami, a on wybudzony zarzuca śledztwo otumaniony jej urodą. Srsly?

Nie czytać. Nawet jeśli chcecie się popastwić to nie warto, bo w dłuższej formie to jest frustrujące, lepiej wziąć wczesne opowiadania i rozrywać sobie po jednym. Tutaj najpierw się trochę śmiałem, potem głównie irytowałem, a finał napełnił mnie obrzydzeniem.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Książko-post top 10 roku 2016.

Aye! Pora na podsumowanie minionego roku pod kątem trafionych pozycji literackich; szczególnie, że obecny ma za sobą już kwartał z kawałkiem, co jest idealnym momentem na takie spóźnione podsumowanie. (A już prawie miałem dogonioną rzeczywistość...)

Z przeczytanych pozycji spróbowałem ułożyć jakąś sensowną listę tych, które najbardziej przypadły mi do gustu, z różnych powodów i myślę, że gdybym ich w tamtym roku nie przeczytał, to dziś miałbym mniej ciekawe życie wewnętrzne. Wydaje mi się, że śmiało mogę je polecać, ale pamiętajmy, że nie dla każdego będą interesujące; być może pewne tematy macie już dawno przerobione w swojej głowie i książka, która je ledwo dotyka byłaby dla was banalna.

Kolejność jest losowa, ciężko byłoby mi je jakoś sensownie uszeregować w fajnosci czy ważności.

Sonderkomando - Czytanie literatury obozowej jest tym, czego zawsze potem jednocześnie bardzo mocno żałuje i cieszę się, że to zrobiłem. Przypomina możliwe wymiary zła, drapie od środka i budzi niepokój. Dużo nieprzyjemnych rzeczy, na prawdziwej podstawie. Co więcej w tym wydaniu jest to o tyle cięższe, że Sonderkomando to byli ci ludzie, którzy zostali wybrani do zajmowania się więźniami idącymi do komór gazowych. Straszne zadanie, które zostało bardzo dokładnie opisane przez Venezie, byłego członka takiego komanda. Bardzo długo po lekturze nie mogłem pozbyć się z głowy tych nieszczęsnych, pieprzonych numerków przy wieszakach, które Niemcy kazali zapamiętywać więźniom, żeby po wyjściu z "łaźni" sprawnie się ubrali i poszli do pracy. Jeśli ktoś chce sobie zrobić sadfest to do lektury może obejrzeć "Syna Szawła", który traktuje o grupie członków jednego z takich komand, którzy podejmują bunt w obozie. Ta historia jest nawet krótko wspomniania w książce, ale w przykry sposób.

Myślę sobie, że takie lektury są przydatne w swojej nieprzyjemności, ale warto też wychodzić poza Europejską perspektywę takich wydarzeń i też w tym roku planuje bliżej zapoznać się z ludobójstwami, które miały miejsce w Kongu Belgijskim. Mam na liście kilka pozycji na ten temat, więc spodziewajcie się w tym roku relacji z lektury.


Kontra - Ależ Mackiewicz przyjemnie pisze! To była bardzo miła lektura pod względem warsztatu autora, a o wiele mniej z powodu opisywanych wydarzeń. Nie znałem wcześniej losu kozaków dońskich, ot tyle co ile o ich oddziałach w Pradze mi się coś słyszało, a tu dostałem bogatą kronikę ich losów, zaczynającą się jeszcze za rewolucji październikowej. Spotkało ich tak dużo rozjeżdżania przez przeróżne walce historii, że dziwię się, iż to Węgry są tymi naszymi bratankami, a nie ci biedni kozacy, którzy mieli takiego pecha, że nawet Niemcy długo zwlekali z pozwoleniem im na walkę przeciwko Stalinowi. Zaś ostatni rozdział ich historii, to skurwysyństwo losu w najczystszej postaci.

Kolejna smutna książeczka. Tym razem o takich co właściwie niewiele chcieli, ale wszyscy wokół mieli wobec nich zupełnie inne plany. Myślę, że Kafka mógłby o tych kozakach coś ciekawego napisać.


Opowieści z ostatnich dni -  Tutaj już jest Kafka mocno, bo postacie uwięzione są w trybach systemu, który ani je nie chce wypuścić, ani nie pozwoli im spokojnie po prostu tkwić, ale śmierć też nie jest opcją! Jest zakazana oraz też nie przynosi spokoju, jak pokazuje opowiadanie o delegacji wiozącej trupa. Środowisko wojskowe wydaje mi się być bardzo wdzięczne do takich ponurych opowieści, szczególnie w takim świecie jakim były ostatnie dni o których pisze Pawłow, w ogóle okres końca starego świata, ale brak jeszcze nowego na horyzoncie jest wdzięcznym motywem. Dekadencja umieszczona w ramach wojskowej ścisłej struktury, regulaminów i administracji, jest czymś w rodzaju gnijącego płynu wlanego do systemu naczyń połączonych, albo jakiejś skomplikowanej automatycznej alchemicznej aparatury, która pracuje bez nadzoru, mimo, iż ingrediencje są już dawno niezdatne do użycia.

Przytłaczający świat machiny administracyjnej robi bardzo dobrą robotę. Tylko kapitana Chabarowa ciągle mi żal, cholera.


Zamek - No i tu mamy creme de la creme tego co najbardziej mnie pociągało w poprzednich pozycjach. Absurdalny, ponury świat-przeciwnik, którego nie można nawet dotknąć, a co dopiero zranić w ataku, bo za każdym razem reaguje ucieczką oraz jakimś groteskowym aktem. Ah ten pieprzony zamek, jego urzędnicy, mieszkańcy wioski, którzy ciągle o nim gadają, ale nigdy tam nie byli. Klimat jest moim zdaniem obłędny, a urwane zakończenie robi dobrą robotę. Nic mnie tak nie przeraża jak to uczucie ciągle oddalającego się zamku, pozorna nuda i powtarzalność, ale przy jednoczesnej ciągłej walce.

Tak, zdecydowanie świat kafkowski jest tym co w literaturze mi się podoba i co łączy powyższe pozycje, mniej lub bardziej. Mam wrażenie, że w pewien sposób jest to też u Lovecrafta, aczkolwiek w mniej interesujący mnie sposób.


Pianistka - Ostatnia na liście nieprzyjemna pozycja. To był bardzo-mocny-grubas. Jelinek wykręciła w tej powieści takie rzeczy, że było to dla mnie wręcz odrzucające, nieprzyjemne, no ogólnie mówiąc: fujka. Ale nie taka fujka jak Human Centipide czy inne tego pokroju rzeczy, tylko fujka, która myślę, że jest prawdopodobna, ba, ku mojej zgrozie, muszę przyznać, że chyba nie aż tak rzadka. Ot toksyczna relacja matka-córka-prestiżowa szkoła i wynikające z niej konsekwencje. Wcześniej bym nigdy nie pomyślał, że z takich klocków można ułożyć takiego grubasa, a tu proszę. Nie trzeba gotyckiego entouragu żeby wykręcić obyczajowy horror.


Solaris - A to przedostatnia smutna pozycja. Jakże pięknie ten Lem to napisał; chyba pod każdym kątem mi się podobało. Opis historii solarystyki, świetny pomysł na planetę, wątek romansowy /i to osobiście było dla mnie najfajniejsze/, perypetie w związku z samą planetą i wiele innych. Czysty miód, godny pochwał. Czuć filozoficzną rękę i bardzo, bardzo dużo skilla.

Ah, ciągle przeżywam ten wątek romansowy. To był dopiero grubas.


Białe noce -  Ostatnie smutne. Nazywanie tego opowiadanka /noweli?/ książką, to dużo powiedziane, bo jest króciutkie, no ale ja mam to w wydaniu książkowym z serii "książka i wiedza", taka z kolibrem. Tutaj podobnie jak u Jelinek, nie spodziewałem się, że z tak prostych środków można przygotować coś co mnie tak bardzo poruszy. Już pierwsza strona zadziałała na mnie bardzo mocno, dusza rwała się gdzieś w górę; często podczas przyjemnych nocy przypomina mi się ta pierwsza strona. Ah, aż zacytuję:

Była cudowna noc, taka noc, drogi czytelniku, jaka może być tylko wówczas, gdy jesteśmy młodizi. Niebo było takie gwiaździste, takie jasne, że spojrzawszy na nie, mimo woli trzeba było zapytać siebie: czy naprawdę pod takim niebem mogą żyć różni zagniewani i niezadowoleni ludzie? To również młodzieńcze pytanie, drogi czytelniku, bardzo młodzieńcze, ale niech je Bóg jak najczę- ściej zsyła twojej duszy!... 


Piękne, prawda?

Jest w tej opowieści zastosowany patent, który zawsze mnie mocno łapie, czyli od samego początku wiemy jak się skończy, źle i tak akcja się toczy, żeby skończyło się źle, ale kiedy to złe już następuje, to jestem poruszony, wstrząśnięty i zawsze niegotowy. Dużo dobrych emocji mi dała.



Tadeusz Kościuszko - Biografia pióra Bartłomieja Szyndlera, hehe. No ale chyba nie z tych Szyndlerów. Ta książka nauczyła mnie, że szukanie biografii na forach dla historyków to z jednej strony zabawna czynność, a z drugiej dosyć mało efektywna, bo głównie dowiadywałem się o wadach poszczególnych pozycji, cały czas nie mogąc znaleźć czegoś mniej więcej niezłego, dla takiego laika jak ja. W końcu kupiłem tą, którą wystawiała na sprzedaż likwidowana wojskowa biblioteka. Nie wchodząc już w niuanse dotyczące tego czy liczby się zgadzają, powiem, że Tadeusz był całkiem zajebistą postacią, a Szyndler jeszcze daje czytelnikowi pobudzić wodzę fantazji, bo czasem, kiedy dane są niejasne, podaje kilka możliwych wersji wydarzeń, z czego jedna zazwyczaj jest awanturniczo-przygodowa, co dodało lekturze smaczku powieści paragrafowej. Ale nawet bez tych białych plam Kościuszko miał ciekawe życie, przez które odważnie szedł, a to projektując forty, a to bijąc się w wojnach, czy planując sobie wymarzoną Rzeczypospolitą.

Duży szacuneczek i myślę, że warto poznać jego historię.


O szczęściu oraz Filozofia sztuki masowej - Dwie ostatnie pozycje opiszę jednocześnie, gdyż w dużej mierze z tego samego powodu mi zaimponowały, czyli jak można napisać głęboką i przewrotną analizę na taki wydawałoby się oczywisty, wiszący w powszechnej wiedzy temat. Haha! Mogę śmiało powiedzieć, że na oba tematy, zawarte w tytułach książek, przed ich lekturą byłem kompletnym ignorantem, co więcej, nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego jak bardzo się na tych tematach nie znam.

O tym, że obie napisane są przystępnie i warsztatowo są dla mnie celem rozwoju własnego rzemiosła już pisałem wielokrotnie, ale powtórzę tu jeszcze tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś miał lęki przed sięganiem po czysto filozoficzne teksty. Przy tych dwóch książkach żadnego strachu nie trzeba mieć, autorzy chcieli być jak najbardziej przejrzyści - bardzo dobra droga filozoficzna.


Podsumowując moje podsumowanie. Dwa czysto filozoficzne teksty, jedna biografia, sześć powieści i jedne wspomnienia - nie wiem czy z tego rozkładu można cokolwiek wyczytać, ale wydaje mi się, że całkiem nieźle oddaje proporcje gatunków literackich jakie czytam. Gdybym miał zrobić top top, czyli z listy moich ulubionych polecić coś jednego, moim zdaniem najlepszego z najlepszych, to chyba byłyby Opowieści z dni ostatnich oraz O szczęściu. A może jeszcze Zamek i Solaris? Sam nie wiem... No chyba całą listę mogę wam polecić, w końcu to mocne pozycje. Bliskie mojemu sercu i mózgowi lektury zeszłego roku. A Wy? Jakie są wasze ulubione tytuły z 2016.?

niedziela, 26 lutego 2017

Mr Robot sezon pierwszy

Mr Robot to serial, który bardzo mocno wrył mi się w myśli i prawdopodobnie pozostanie tam bardzo długo. Co zabawne pierwszy sezon chyba mniej, mimo, iż jest pod względem konstrukcji fabuły i budowania napięcia lepszy, ale drugi stawia pytania, które są dla mnie ważniejsze, i co więcej, próbuje na nie odpowiedzieć. Do tego nowi bohaterowie i rozwój części starych bardzo przypadł mi do gustu.  Teraz chciałem jednak napisać co kręci mnie w sezonie pierwszym i zrobić to bez spojlerów. No bez dużych.

Eliot Alderson jest dla mnie najciekawszym głównym bohaterem historii jakich ostatnio poznałem. Gdyby wypisać jego cechy na kartce, to nie widziałbym tam zbyt wiele potencjału na ulokowanie go w emocjonującej opowieści, gdzie byłby siłą sprawczą. Raczej mógłby być bohaterem pobocznym, albo np jedną z pierwszych ofiar jakiegoś Slashera. A tutaj proszę bardzo, Eliot mimo swoich fobii społecznych, lęków leczonych morfiną, problemów w kontaktach z ludźmi i wieloma innymi przeszkodami, działa, jest sprawczy i to świat musi reagować na jego ruchy i plany. I to nie jest jakaś prosta opowieść w której niespołeczny nerd poprzez walkę ze złą korporacją pokonuje swoje fobie, odnajduje miłość, wychodzi ze swoich wad i na końcu jest white-cis-male-middle class etc. on po prostu cały czas jest sobą. Nie jest to łatwe dla Eliota, gdyż zadania, które go czekają wykraczają mocno poza jego strefę komfortu, ale wykonuje je jako on sam.

Drugą kwestia jest taka, że na pewno przyda się w popularnym serialu bohater z fobiami społecznymi, który nie jest elementem komediowym (I'm looking at you Detective Monk). To zawsze dla mnie miłe kiedy reprezentacja różnych typów osobowości itp. poszerza się o nowe typy i pozwala większej liczbie odbiorców kultury identyfikować się z bohaterami, obserwować poczynania osób podobnych do nich itp. Coś w stylu tego co robi Lena Dunham w "Girl's", których oglądałem bodaj pierwsze dwa sezony i było całkiem interesujące - chociaż czytałem też negatywne analizy feministyczne, ciężka sprawa.

Anyway Eliot to dla mnie bardzo interesujący bohater, który może mieć pozytywny wpływ na część widowni, poszerza zakres typów bohaterów seriali, nie wykorzystuje fobii społecznych do budowania scen komediowych, tylko konsekwentnie od początku pokazuje nam świat przez ich pryzmat - co nie jest przyjemne. Później dzieją się z nim rzeczy, które jeszcze dodają ode mnie punktów miłości, ale to kiedy indziej.

Radykalny plan zainicjowany przez Mr Robota bardzo dobrze gra mi na uczuciach. Jest mocny, mierzy bardzo wysoko i ma emancypacyjne cele. Czego można chcieć więcej? I tutaj już sam zmierzam sobie w kontrą. Można chcieć jakiegoś planu stabilizującego, bo po pokonaniu złego Imperatora życie toczy się dalej i trzeba coś robić. Głównym zarzutem Żiżka wymierzonym w Castro, było to, że zmarnował rewolucje Kubańską i zamiast aktywnie pracować nad emancypacją stanął w miejscu i zajął się dyktatorskimi rządami, dlatego też powinien zostać jak najszybciej zapomniany. Mam nadzieję, że czujecie analogię, którą chciałem tutaj zarzucić między tymi myślami. Rodzi ona pytanie o uzasadnienie rewolucji; konflikt nagła rewolucja - wolna ewolucja, a stąd już niedaleko do pozytywistów z książkami i anarchistów z bombami, a na końcu tej drogi myślowej jest Mr Robot w swojej czapce bejsbolówce.

"I am ready to sell my mother into slavery to see V for Vendetta part 2! What happens AFTER the populist ecstatic movement takes over from the élite?”



Do tego dochodzi jeszcze kwestia uzasadnienia przemocy; doboru środków; sposobów realizowania zamierzań etc. Wszystko co wyrasta z tego właśnie radykalnego planu, który jest dla mnie interesujący jeszcze z innego powodu - otóż jest tutaj grupa ludzi, która postanawia coś zmienić i robi to. Taka opozycja do cynicznych, ponurych, propesymistycznych /heh, ale to śmiesznie brzmi. Pro pesymistycznych. Powiedźcie to sobie na głos kilka razy/ działalności. Pamiętam, ze waloryzowanie pozytywnego działania samego w sobie jest jedną z cech faszyzmów wg Umberto Eco, ale ciężko mi tego nie docenić czasem.

Jako lekturę dodatkową w tym temacie polecam jeszcze taki oto artykuł http://www.dwutygodnik.com/artykul/7013-fantazja-luksusowy-komunizm.html 



Technicznie to wszystko wygląda bardzo pięknie. Za grosz nie znam się na profesjonalnym żargonie z tym związanym, ani nawet nie jestem w stanie do końca nazwać tego co mi się podobało, ale spróbuje. Twórcy serialu świetnie grają przejściami między scenami, często nie są to po prostu cięcia, tylko finezyjne przeskoki z jednego miejsca w drugie w dziwny sposób. Okraszone są one muzyką, która, ah ta muzyka, idealnie podkreśla charakter scen. Wspaniały soundtrack pod sesje. Niektóre kawałki to cyberpunkowe plumkanie tła, charakterystyczne ambienty zrobione w jednym stylu, ale jest też kilka kawałków, które już na zawsze w mojej głowie sprzęgnięte zostaną z Tymi scenami. Co ciekawe w soundtracku jest zawarty spojler, więc co czujniejsi pożeracze kultury powinni uważać zapoznając się z nim przed końcem sezonu, bo mogą sobie jeden zwrot akcji zepsuć. Ja na szczęście nie jestem czujny i nawet po zobaczeniu tego zwrotu akcji nie zrozumiałem; dopiero potem, jak już skończyłem sezon i przesłuchiwałem soundtrack, to ten jeden utwór wydał mi się dziwny, pogooglowałem i doznałem olśnienia.


Tak wyglądałem po pełnym zrozumieniu zwrotu akcji i nawiązania, którym jest.


To są trzy elementy, które najbardziej urzekły mnie w Mr Robocie i mogę o nich napisać, żeby nie spojlerować - gdyby nie to, dodałbym jeszcze trzy (np wyborne zakończenie <3) Może zrobię to w kolejnej notce, takiej dla wtajemniczonych, jeśli taka będzie wola ludu. A czy ktoś z tutaj obecnych oglądał Pana Robota? Dlaczego Wam się serial podobał/nie spodobał? Dla mnie wskoczył do zbioru ulubionych, jeszcze ma okres próbny ale Sopranos i Band of brothers zaprzyjaźniają się z nowym kolegą. 



Źródło wikipedia 


PS No i Darlene. Darlene mi się super podoba i jest ciekawie skonstruowaną postacią, chociaż skrzydła rozkłada dopiero w drugim sezonie, co jest zrozumiałe, ale jak już rozkłada to ho ho, są takie momenty, że wskakuje na pierwsze miejsce moich ulubionych postaci tego serialu. Z zupełnie innych powodów niż Eliot, ale robi to tak dobrze, ze bez skrupułów usuwam go z piedestału. Niestety później scenarzyści trochę to stępiają, ale może w trzecim?





wtorek, 24 stycznia 2017

Książko-post grudzień 2016



Aye! W kalendarzu styczeń, a na blogu grudzień, wiecie co to oznacza? Że w kolejnych wpisach możecie spodziewać się podsumowań. Zamierzam napisać o najlepszych i najgorszych książkach (uważni czytelnicy już od dawna wiedzą jaka pozycja otrzyma ten drugi laur), podsumować całą akcje zatytułowaną "W tym roku czytam ile się da", no i może też jakiś fejsbukowy łańcuszek zrobię z książkami, bo w pewien pokrętny sposób ten blog wziął się właśnie z czegoś takiego. Tak czy siak zapraszam do listy grudniowych książek:


1. "(De)konstrukcja kobiecości" Mizielińska - Książkę przeczytałem w ramach nauki na egzamin z kursu o współczesnym feminizmie i żałuję, że ją wziąłem z biblioteki zamiast kupić  (zazwyczaj nie kupuje już przeczytanych pozycji), bo jest super. Wcześniej nie miałem do czynienia z literaturą naukową na temat feminizmu i konstrukcji płci, więc może nie dla każdego będzie tak super, ale ja byłem, no nadal jestem, oczarowany. Autorka zawarła w książce przekrojowy przegląd feminizmu od Beauvoir do dnia dzisiejszego pod kątem właśnie tytułowego konstruowania kobiety w ruchach feministycznych. Jest trochę czystej historii, ale głównie w kontekście zagadnienia konstruowania i Mizielińskiej wychodzi to bardzo dobrze. Dowiedziałem się jak wiele walk było wewnątrz ruchów kobiecych; że bycie osobą trans jest ciężkie nawet wewnątrz ruchów walczących o emancypacje, tak samo zresztą jak nieheteroseksualną. Domyślałem się, że różowo pewnie nie było, ale żeby aż takie walki, wykluczenia i odbieranie praw do wspólnego uczestnictwa w sprawie? Było mi nieprzyjemnie kiedy poznawałem te koleje losu. Książkę polecam wszystkim, od prawa do lewa, żeby się edukować i albo wzmacniać w poglądach, albo poznawać wroga. O i jeszcze coś, "Feminizm teorią, lesbianizm praktyką" uważam za świetne hasło dla zbrojnych bojówek, walczących karabinami z patriarchatem, rodem z mokrych snów/koszmarów prostackiego prawactwa w rodzaju pierwszego rolnika udającego dziennikarza RP.





2. "Bal w Sceaux" Balzak - Opowiadanko Balzaka, które mam wydane w tej takiej małej serii klasyki literatury światowej Książka i wiedza. Balzak jak to Balzak zachwyca mnie nieodmiennie i cały czas jednym z moich celów życiowych jest przeczytanie całej Komedii Ludzkiej. Jak o nim powiedziała Virginia Woolf, jest jednym z tych pisarzy, których wstęp do dzieła jest całym dziełem, no i tutaj też tak jest. Gawędziarsko poznajemy historię pewnego szlachcica, jego córki i tego jak to się w życiu przewrotnie układają miłostki, zmiany poglądów i losy szlachty podczas restauracji. Znowu świetny gawędziarski styl, cyniczny finał historii, bogato zarysowane tło historyczne, ekonomiczne i społeczne, a wszystko napisane w wybornym stylu. Czego chcieć więcej? (Trochę fanbojuje Balzaka)





3. "Nietzsche i filozofia" Gilles Deleuze - Kolejna pozycja przeczytana do magisterki. Jednak tym razem nie było to już takie łatwe jak z Markowskim. Deleuze jako francuski ma ekhm, no specyficzny francuski styl dzielenia się swoimi myślami z innymi. Kiedyś byłem zachwycony takim stylem, ale im dalej w las tym mniej zachwyca, żeby nie powiedzieć odrzuca. No ale też bez przesady, a ta książka przyczyniła się do renesansy myśli nietzscheańskiej w XX wieku i to czuć. Delezue zrobił z Nietzschego system. Brzmi niewiarygodnie prawda? Jak z kilkunastu dzieł, napisanych sentencjami, do tego bardzo poetyckimi i niejasnymi, zrobić system filozoficzny: zamknięty, działający sprawnie mechanizm. A no Deleuze, niczym z kawału, nie wiedział, ze się nie da i to zrobił. Efekt jest interesujący, ale wielokrotnie się gubiłem i nie wiedziałem gdzie jestem; koniec, końców jak patrze w moje notatki to są całkiem spójne, kilka dużych myśli zostało mi w głowie, zrodziły się pytania, a i nawet pewna ilość cytatów jest w pliku do pracy magisterskiej, ale ten język eh.... Polecam tylko dla fanatyków Nietzschego*. Ale okładka ładna.


4. "Obcy u naszych drzwi" Bauman - Dla jasności, książkę kupiłem jak prof Bauman jeszcze żył, żebyście sobie nie myśleli, że to taki hype pośmiertny. Jak z Jakcsonem czy coś. A skoro już mamy jasność to do książki. Jaką ona ma ładną okładkę! I jak skandalicznie mało treśći, ugh. Naprawdę, światła w tekście jest tyle, że drugą książkę można by na tych stronach wydrukować, do tego sam format jest malutki. Biorąc pod uwagę cenę jak za duży zestaw popcornu w kinie, to czuje się trochę oszukany. Trochę bardzo. Zawartość interesująca, miło napisana i celna /chociaż nie do końca, ale o tym zaraz/ no ale komuś się trochę pomyliła książka z dłuższym esejem... No ale co do treści. Bauman analizuje kryzys migracyjny, rosnące poparcie dla autorytaryzmów i zwiększanie się nakładów na bezpieczeństwo w krajach europejskich, i robi to w zgrabny sposób, ciekawym językiem, ale też mało naukowo. Brakuje mi tam tabelek, liczb, statystyk, porównań, a zamiast tego jest opowieść, dobrze napisana i interesująca, ale jakoś tak mało naukowo. Osobną kwestią jest finał książki, który... no cóż, którego nie ma, książka właściwie kończy się urwana, zostawiając czytelnika z ręką w nocniku i kupą w gaciach, bez papieru na rolce. Polecam i nie polecam jednocześnie. Sam nie wiem co o tym myśleć, ale na pewno znacie setki pozycji na które lepiej wydać taką kwotę.


5. "Aktorstwo. Sześć pierwszych lekcji" Bogusławski -  Książka pożyczona od mojej lubej w ramach poszerzania horyzontów oraz żeby mieć co czytać podczas podróży pociągiem. Wewnątrz niej Bogusławski, uczeń Stanisławskiego /czy tylko mnie bawi zbieżność? hue hue hue/, daje rady młodym aktorom i aktorkom na temat ich wymarzonego zawodu. Analizuje czym jest sztuka, czym teatr, co aktor/aktorka powinien/powinna umieć, jakie nawyki w sobie wyrabiać i do jakich ideałów dążyć. Czuć, że jest to szkoła teatru laboratorium i Moskwy, bo podejście do tematu jest hmm wzniosłe. Tak, wzniosłe to dobre słowo. Zawód aktora jest tam przedstawiany jako coś więcej niż tylko zajęcie, ćwiczenia mają doprowadzić adepta sztuki do perfekcji, zresztą nie dotyczą one tylko gry ciałem czy wyrażania emocji, ale w ogóle sfery duchowej. Myślałem, że poczytam to pod kątem RPGowym, ale dla mnie jako mistrza gry okazało się to zupełnie nieprzydatne w temacie odgrywania, acz parę pomysłów na questy czy scenariusze wpadło, bo Bogusławski zawiera w książce anegdoty o teatrze; moja ulubiona opowiada o tym, że podczas rewolucji i walk w Moskwie, obie strony konfliktu postanowiły nie ruszać teatru, jako ważnego dla wszystkich miejsca. Aż się prosi o sesje w Zew Cthulhu w tamtym miejscu i czasie. Książke... polecam? Nie polecam? Sam nie wiem. Bogusławski miał mocne nadęcie, a ja takich tekstów nie lubię, ale mimo to czytało się miło, więc może warto?

6. "Wędrując" Thoreau - A to taki eseik dołączony do poprzedniego numeru Nowego Obywatela w ramach krzewienia kultury spaceru. Tak jak i przy "On the duty of civil disobiedence' tak i tu są bardzo mi bliskie myśli, co jest zabawne, bo wydaje mi się, że samego Thoreau bym nie lubił za bardzo. Zbyt egzaltowany typ i trochę kłamczuszek. Esej dotyczy spacerów, wędrówek, no i Natury, bo to Thoreau i muszą być peany na temat pól, lasów i tego jak to pięknie podcierać się liśćmi /nie sprawdzałem/. I jak on pięknie o tym spacerowaniu i w ogóle wędrówkach pisze! Porównuje wędrowców do świętych pielgrzymów, pisze, że każda dobra wędrówka powinna odbywać się w taki sposób jakby miała być naszą ostatnią oh. Uważajcie, bo jeśli ruszycie ten esej, to poczujecie w sercach ten niebezpieczny zryw, który ciągnie ludzi w góry. Bardzo, ale to bardzo niebezpieczny esej. Czytać. Często czytać i rozmyślać nad nim.

Gdy wyruszamy na najkrótszy nawet spacer, powinniśmy pielęgnować w sercu ducha wiecznej przygody, jak byśmy mieli już nigdy nie powrócić do naszego opuszczonego królestwa, do którego wróci jedynie nasze zabalsamowane serce - relikwia po wędrowcu. 


Czujecie tę moc? Ja jak to przeczytałem, to ledwo mogłem usiedzieć na miejscu, a byłem po całodniowej wycieczce do Parku Narodowego. Obawiam się, że jeśli ten esej przeczyta ktoś, kto dawno nie wędrował, to może rzucić wszystko w cholerę i ruszyć przed siebie. Dajcie znać, jakby to naszło kogoś z was, bo z chęcią dołączę do wędrowania. 




* Mój stary to fanatyk Nietzschego, pół mieszkania zajebane Zaratustrą i Genealogią moralności, nie am tygodnia żebym sobie w nogę nie wbił któregoś z nich, bo to ostra filozofia jest i trzeba wieźć do szpitala na wyciąganie....