wtorek, 29 listopada 2016

Książko-post wrzesień 2016

Aye! Wrzesień pod względem literatury stał na bardzo dobrym poziomie, zarówno jeśli chodzi o ciężar tytułów, jak i ich ilość. Weszło mi wtedy siedem dobrych książek, które zapamiętam na długo, a i a propos dwóch z nich chciałbym kiedyś coś większego napisać; mam tu na myśli książkę Kafki i  o Kafce. W ogóle kwestia egzystencji ludzkiej i radości w pisarstwie prażanina nie jest tak jednoznaczna jak się może na pierwszy rzut oka wydawać; warto o tym pamiętać. A jaka jego biografia jest interesująca! No ale o książkach miało być, oto one:

1. "O wolności ludzkiej woli" Schopenhauer - W końcu spotkałem się z Arturem w formie dłuższej niż memiczna i było to bardzo miłe spotkanie. Traktacik króciutki, napisany na konkurs dla królewskiej akademii, która nagrody mu nie przyznała, o czym Artur wielokrotnie we wstępie wspomina, dissując ową komisje. W ogóle dużo hejtów jest w środku, autor dobrych kilka stron  poświęca na wyzywanie Hegla, jego fanów, stanu filozofii uniwersyteckiej Niemiec i jeszcze paru innych instytucji i osób. Cholera, jak on to dobrze robi! Chciałbym i nie chciałbym mieć z nim na pieńku. Jeśli podobał wam się list kozaków zaporoskich do Sułtana, bądź jesteście wielbicielami tuwimowskiego Całujcie mnie wszyscy w dupę, albo chociaż lubicie Millera cytującego Tuwima, to Shopenhauerowskie dissy ujmą was za serce; "hiperakrobata filozoficzny"weszło do mojego codziennego słownika. Myślę, że Artur mógłby stworzyć wesoły duet z Witkacym. "Hiperakrobatyczna dziwka-filozofka w majonezie" brzmi godnie, prawda? Ale do traktatu! Dotyczy on tytułowej kwestii, z którą autor rozprawia się na pierwszych stronach, następnie tylko dobija jeszcze wolną wolę z różnych pozycji i nie bierze jeńców. Robi to w stylu filozofii najznamienitszej, czyli przejrzystej, klarownej i nastawionej na rozjaśnianie, a nie zaciemnianie; pojęcia są używane z rozmysłem, najpierw definiowane, a dopiero potem wykorzystywane, zaś ciąg argumentacyjny jest przyjemnie spójny i płynny. Chciałbym, żeby gdzieś tak chociaż dziesięć procent tego warsztatu spłynęło do współczesnej sfery publicznej. No może chociaż pięć.  Książkę zdecydowanie polecam; filozofom i niefilozofom.

2. "Sonderkomando"
Shlomo Venezia - Nie wiem dlaczego wziąłem się za tę książkę. Dokładnie wiedziałem o czym ona jest, ba!, słyszałem, że była mocną inspiracją dla twórców Syna Szawła, a mimo to zacząłem ją czytać pewnego wieczoru i nie miałem przez to lekkiej nocy. Ciężko mi cokolwiek powiedzieć, bo to grubas nad grubasy, pokazujący Anus Mundi, opisujący nieopisywalne i zostawiający nieusuwalny ciężar w brzuchu. Pfff... No czytać, bo warto poszerzać swoją empatię... Choć smutno.

3. "Zamek" Kafka - Ha! Ależ mi się ta powieść podobała. Cholera jasna. Proces porwał moje serce w liceum tak bardzo, że sam zaproponowałem zrobienie prezentacji o zawartych w nim wątkach filozoficznych i historii egzystencjalizmu, zaś Zamek przypomniał mi to, co czułem wtedy. Ciężki, gruby klimat; antagonista, którego jedyną taktyką jest cofanie się, ale jednocześnie nie jest to porzucenie walki; wszędobylska ciemność, dziwne ruchy postaci, oh!, grupowanie postaci i ich zachowania w Zamku to gruby kawał materiału, powiedziałbym, że na książkę i że trzeba by coś takiego napisać, ale to już powstało i czytałem to nawet, ale o tym zaraz. Dawno nic mnie tak nie oplotło swoimi mackami klimatu i gęstości! Zewsząd widać Zamek, znikąd nie można do niego dojść; wszędzie panuje dym i półmrok, a wszyscy mieszkańcy wioski mówią zawile, jakby zagadkami. Słyszałem wiele negatywnych opinii o tej książce, że nic się nie dzieje, że nuda. No cóż, mam wrażenie, że w niej własnie chodzi o to, aby było "nudno", aby K. zmagał się ciągle z przeciwnościami i nigdy nie mógł zyskać realnej przewagi. Na obronę mojego stanowiska podeprę się za chwilę autorytetem Martina Walsera, ale żeby jeszcze przy samej powieści pozostać, opowiem cosik o uczuciach towarzyszących mi przy lekturze. Z jednej strony zadziwienie światem, jego budzącymi lęk sposobami działania, konstrukcją przypominającą mroczny sen (Zamek do którego bohater cały czas zmierza, ale dojść nie może przypomina mi bardzo długie około-koszmarowe sny), z drugiej sympatyzowanie z K. i frustracja tym samym światem, który tak mi się podobał. To że utrudnia geometrze jego cel, tak prosty i trudny zarazem, że wszystko co ten człowiek próbuje zrobić jest przez otaczające go środowisko niweczone, ale w sposób pasywny, bez agresji. Fascynujące.  Cały czas miałem świadomość pewnej powtarzalności wydarzeń, ale budziło to też moją ekscytację, wszak napisane jest to wszystko bardzo ładnie, a wszystko tu, włącznie z powtarzalnością, czemuś służy. Ahh... Polecam zdecydowanie, najbardziej chyba z całego wrześniowego zestawienia. Ja będę do książki na pewno wielokrotnie wracał.

4. "Wampetery, foma i granfalony" Vonnegut.  Tego pana wszyscy znamy, a jeśli nie, to marsz do biblioteki po "Rzeźnie numer pięć, czyli Krucjatę dziecięcą, czyli Obowiązkowy taniec ze śmiercią", przy czym wystarczy powiedzieć obsłudze, że szukacie Rzeźni numer pięć, ogarną temat. A Wampetery... to zbiór różnych esejów i wykładów, wygłaszanych i niewygłaszanych przez Vonneguta na przestrzeni wielu lat jego życia, jest tu nawet krótki scenariusz filmowy, który jest jak cała jego twórczość, trochu śmieszno, trochu straszno, czyli super. Teksty czytało mi się bardzo przyjemnie, niektóre powinny interesować mnie mniej, na przykład rejs jachtem po rzekach Stanów, ale Vonnegut opisuje to takim językiem i z takimi spostrzeżeniami, że wszedłem w to jak świnia w agrest. Chciałbym mieć jego umiejętność przekuwania obserwacji w interesujący tekst, bo robi to wybornie. A poza esejami z pozoru nudnymi, znalazłem tam też, które od razu trafiały do mojego serca: opis wojny w Biafrze, przemówienie wygłoszone na jakimś uniwersytecie, gdzie Vonnegut z humorem opowiada o swoim braku wykształcenia pisarskiego (fragment w którym przyznaje się, że dopiero niedawno przeczytał Panią Bovary jest miodny! Wyobrażam sobie twarze tych wszystkich czerstwych profesorów siedzących na sali), a wspomniany przeze mnie wcześniej scenariusz jest warty zrealizowania. Może ktoś kiedyś się za niego chwyci. Lektura przyjemna, miejscami lekka, a miejscami kłująca w brzuch, ale generalnie wszystko w ilościach odpowiednich dla równowagi psychicznej czytelnika, który chce coś inteligentnego, czasem poruszającego, ale też bez zbytniej karuzeli, bo ileż można się rzucać w smutki przez książki.

5. "Opis formy, Studium o Kafce"
Martin Walser. Nazwisko tego pana usilnie w mojej głowie układa się w "Wasler", pieprzone l i s ciągle zamieniają się miejscami, biegając w jakimś psychopatycznym tańcu między W i S, pokręcone są jakieś. No ale pasuje to do tematu przytoczonej tu książki, bo Kafka lubił umieszczać w swoich tekstach postacie dokonujące szalonych czynów, w szalonych światach. Książka jest o książkach, czyli metaksiążka. Zabrałem się za nią po czytanym kilka dni wcześniej Zamku, żeby lepiej zrozumieć o co w tym wszystkim chodziło i zostałem ostro przelecony w mózg, a było to dobre. Nigdy wcześniej nie chwytałem się profesjonalnych opracowań tekstów Kafki, tyle co odwiedziłem jego muzeum w Pradze, tak więc była lektura była dla mnie wielką i wspaniałą przygodą intelektualną. Autor rozkłada wszystkie trzy powieści prażanina i dobiera im się mocno do tyłków, analizując, rozbierając i wyciągając; jest więc dużo rzucania światła na takie kwestie jak rodzaje postaci, środowisk, sposób tworzenia opisu oraz metawątek dotyczący losu samych powieści i udziału Maxa Broda w ich wydawaniu. Kawał dobrej lektury, która zrobiła mi bardzo dużo, bardzo dobrego w mózg. Żałuje, że w liceum nie miałem okazji jej poznać, bo może wcześniej zaczęłaby się moja poważna fascynacja postacią Kafki. Czytać, nawet jeśli ktoś nie siedzi mocno w temacie, to może po tej lekturze zacznie.

                                      Max Brod wyglądał jak Trocki urodzony we Francji.


6. "Złodziej czasu" Pratchett. Hahaha! Generalnie w tym miejscu mógłbym skończyć ten akapit, no ale nie zostawię was w niepewności co do rodzaju i źródła tego śmiechu, a był on głośny, radosny i zdrowy, zaś spowodowały go przygody dwóch mnichów, dziwnego zegarmistrza, przerażającej nauczycielki i armii bezdusznych audytorów pragnących zniszczyć świat. Oh, ileż dobra jest w tej powieści, ileż wspaniałych nawiązań i nawet wzruszające momenty się tam znalazły. Mój ulubiony fragment to rozmowa o filozofii i wspomnienie "Xenona z Efebu", myśliciela, który uważał, że nie można trafić strzałą biegnącego człowieka hahahaha....



 No i zasady! Zasady mnichów też są wspaniałe! I zabijanie złych istot czekoladą! I  Igor z Uberwaldu! I....i... no wszystko jest tam super!



7. "Kochaj bliźniego swego" Remarque. A to był powrót do poważnych i ciężkich klimatów. Czyli "smucimy się, ażeby poszerzać empatię", boli, ale to dobry ból, czyli to co Von Sacher-Masoch lubił najbardziej. Powieść opowiada o losach uchodźców, wygnanych z Nazistowskich Niemiec za takie zbrodnie jak: bycie Żydem, bycie pół-Żydówką, bycie socjal-demokratą i inne przewinienia, które również i współcześni fani marszów chcieliby surowo karać. Trzeba wam wiedzieć, że bycie uchodźcą było wtedy, tak jak i dziś cholernie nieprzyjemne. Bezpaństwowcy pozbawieni paszportów i obywatelstwa nie istnieli prawnie, nie mogli otrzymać wiz, czy pozwoleń na pobyt w krajach w których się znajdowali, a więc najczęściej trafiali do więzień, następnie zaś odprowadzano ich na granicę i kazano uciekać do innego kraju. Bez domu, bez dobytku, gdziekolwiek się znaleźli byli traktowani jak przestępcy, tułali się więc i chwytali drobnych sposobów zarabiania pieniędzy, unikając policji i żandarmerii, która nie była dla nich wyrozumiała. Na kartach powieści poznajemy wiele rodzajów ludzkiego skurwysyństwa, bezduszności i czystej nienawiści do osób słabszych, pozbawionych ochrony, potrzebujących. Książka często wzbudzała we mnie uczucie bezsilności i frustracji, gdyż bohaterowie są w sytuacji z rodzaju kafkowskich, z powodów sił od nich niezależnych zostali wygnani z własnych domów, a teraz z powodu opieszałości innych sił (debatującej nad ich losem Ligi Narodów) są jakby wiecznymi przestępcami-tułaczami i choćby nie wiem jak bardzo się starali odmienić swój los, próbowali wywalczyć normalność, to niezależna od nich siła, fatum, jest bezlitosna.




czwartek, 27 października 2016

Książko-Post sierpnień 2016

Aye! Oto książki przeczytane w sierpniu. Po słabym czytelniczo, acz bogatym w wędrówki, lipcu lista książek wydłużyła się zacnie o kilka mocnych tytułów. Zapraszam do lektury:


1. „Życie codzienne w czasach Joanny D'arc” Marcelin Defourneaux – Moja luba wyhaczyła to w antykwariacie, a ja szybko kupiłem w celach RPGowych. Był to udany zakup, gdyż książka wywiązuje się ze swojego tytułu bardzo dobrze. Opowiada o Francji i Paryżu, jako najbardziej reprezentatywnym miejscu tamtych czasów, poznałem więc szerokie ramy historyczne, społeczne i gospodarcze, a potem zgodnie z zasadą „od ogółu do szczegółu”, klasy społeczne, regiony, aż do przykładów jednostkowych, rycerze, rycerki (bo kobiet z mieczem nie brakowało), a nawet i księża na czele zbronych oddziałów. Napisana żywym językiem i nie zanudza nadmierną ilością dat czy suchych informacji, dużo anegdot, zabawnych dykteryjek, a postacie opisywane są nie z kronikarskiego obowiązku, tylko żeby podkreślić jakąś charakterystyczną cechę czasów (np. pierdolca na punkcie honoru rycerskiego i śmierć podczas frontalnej szarży na armatę). Książka poukładała mi wiedzę, która gdzieś tam się zbierała z różnych filmów, seriali i książek rozrywkowych, a także dodała trochę nowości. Polecam mistrzom gry i zainteresowanym mieczami oraz rycerzami, przy czym mediewistów pewnie znudzi gawędziarski styl. 

2. „Kompania zmierzch” Freed Alexander – Książka wydana w tej nowej serii powieści ze świata Gwiezdnych Wojen, tak jak np. „Tarkin” o którym słyszałem, że zebrał dobre recenzje,„Kompania zmierzch” moim zdaniem zasługuje na recenzje raczej umiarkowane. Pomysł jest super: pokazać wojnę rebeliantów z Imperium na przykładzie prostych żołnierzy, takich co to o Jedi słyszeli tylko w legendach, generała Skywalkera widzieli raz w życiu, a informacja o zniszczeniu Gwiazdy Śmierci dotarła do nich długo po czasie. Dodatkowo braki w zaopatrzeniu, dezinformacja, bezduszna machina wojenna, czyli to co lubię w opowieściach militarnych: krew, pot i przekleństwa. Ładnie to brzmi, ale udaje się połowicznie, gdyż z jednej strony jest ten trup ścielący się gęsto, często pada i brakuje amunicji, ale czuć, że powieść miała trafić do jak największej ilości czytelników, w tym głównego targetu obecnego właściciela marki, więc wszystko jest ugładzone zanim się zdąży dobrze rozkręcić. Lekki niesmak, no ale w sumie czego się spodziewałem. Dobrze zagrały autorowi postacie, moja faworytka to eks łączniczka kompanii, wulgarna alkoholiczka, która nocami pisała z kapitanem sprośne poematy; no miód! Opisy też trafiają się zacne, niektóre porównania na stałe weszły do mojego słownika; jednakże w tym wszystkim zabrakło umiejętności konstruowania napięcia, wiedzy militarnej i rozgrywania scen batalistycznych. Kompania to zdecydowanie zbyt mała jednostka taktyczna żeby atakować całe planety, sposób szkolenia rekrutów jest do bani, a zarządzanie ludźmi woła o pomstę do nieba. Do tego jeszcze napięcie podczas bitew jest praktycznie zerowe, bo zazwyczaj autor już na początku podaje jaki będzie jej wynik, a potem pozostaje tylko niezbyt emocjonujący opis, który swoją drogą też mocno kuleje jeśli chodzi o reali pola walki. Szkoda, bo pomysł autor miał zacny. Może w kolejnych powieściach poprawi warsztat militarysty? No ale poza wspomnianymi wadami jest jeszcze jedna, która całkowicie przekreśliła dla mnie te powieść. Zakończenie jest tak gówniane, tak głupie, tak prostacie, że poczułem się jakby mi ktoś wymierzył policzek. Mokrym chujem.



3. „Książeczka o człowieku” R. Ingarden – Kolejna przypadkiem dorwana w antykwariacie. Króciutka interesująca pozycja z zakresu etyki i antropologii; Ingarden prezentuje w niej swoją wizję człowieka, próbuje rozwikłać problem dualizmu psychofizycznego i jest tu też esej o obiektywnie istniejących wartościach. Dla mnie najciekawsze było to pierwsze i ostatnie, bo w stosunku problemu dualizmu zachowuje raczej izostenię, aniżeli jakiekolwiek stanowisko, a i antropologia i wartości, są bliskie moim zainteresowaniom badawczym. To pierwsze opisuje człowieka jako istotę rozdartą między naturę (dziką, nieokiełznaną, aetyczną) a człowieczeństwem (twórczym, miłosiernym), interesujące i widzę w tym kilka ścieżek w stronę Tischnera (choć biorąc pod uwagę kto był czyim uczniem, powinienem powiedzieć, że u Tischnera znajduje ściezki do Ingardena). A najważniejszy dla mnie z całej książeczki tekścik polecam z całego serca. Obiektywnie istniejące wartości do których w każdym czasie i miejscu można się odnosić. Jak dla mnie ten tekst ma w sobie dużo budującej filozofii, rześkiej i dodającej otuchy, mówiąc Nietzschem. Polecam, a w ramach ciekawostki dodam, że z tego co widzę na wewnętrznej stronie okładki książka ta była kiedyś lekturą w liceach. O!


4. „Kulista tajemnica” Wadim Szeffner – Radzieckie sci-fi jest dla mnie niezmiernie interesujące, gdyż lubię czytać o dziwnych maszynach i konstrukcjach, kiedy w tle są hotele robotnicze, ruble, towarzysz Stalin, milicja i różne tam Narodowe Instytuty ds. Cybernetyki im. Tow. Lenina, klimacik niepowtarzalny. Ta powiastka dostała się w moje ręce za sprawą allegro i aukcji „trzydzieści książek za trzydzieści złotych”, polecam można trafić na ciekawe rzeczy. Akcja opowiadania dzieje się w Moskwie, głównym bohaterem jest mierny i biedny dziennikarz o pseudonimie Anakonda, a przyczyną rozpoczęcia się jego przygód jest znalezienie przez niego dziwnej kuli, gdzieś na podmoskiewskich bagnach, kiedy to wracał po przeprowadzeniu wywiadu z portierem teatralnym (ważne dla fabuły!). Nie będę zdradzał co się dalej dzieje, ale jest zabawnie i pouczająco, tak w stylu Twaina, tego jego opowiadania o worku pieniędzy w małym mieście, gdzieś na prowincji, tytuł wyleciał mi z głowy. Podobne schematy i przesłanie, ale dla mnie najcenniejsze był klimat tła, ahhhh Moskwa i tamte czasy mają w sobie tyle tajemniczości co w dobrym hard sci-fi.


5. „Pragmatyzm” W. James – Lubię sobie wyobrażać, że James był takim kowbojem-filozofem. Łapał bandytów, handlował z Indianami, a wieczorem przy ognisku pisał swoje traktaty. Pewnie tak nie było, ale wizja fajna. Książka to zbiór jego wykładów wygłoszonych o, jak to sam mówił, metodzie pragmatycznej, a nie nowym prądzie filozoficznym. Propozycja ciekawa, ale muszę przeczytać więcej żeby się wypowiadać, bo brakuje mi realnych przykładów wykorzystania, możliwych do osiągnięcia efektów no i jest też pytanie, czy w oczach wszystkich filozofów klasycznych ich własne ścieżki nie były pragmatyczne? Do zbadania. Książkę polecam, bo łatwo się czyta, a kosztuje jakieś dziesięć złotych w serii Meandry Kultury. Warto poszerzyć horyzonty o filozofie kowbojów!



6. „Zaklęty miecz” Anderson – Jedna z trzech powieści, które jak słyszałem zainspirowały twórców pierwszych Dedeków do stworzenia gry znanej i lubianej (swoją drogą, piąta edycja jest super!) . Bardzo mroczna baśń, pełna kazirodztwa, super-przemocy, bratobójstw, zdrad, klątw, tajemnic, ludobójstw, elfobójstw, trolobójstw etc etc No dzieje się bardzo krwiście, jakby to Tarantino albo inny Shakespearwyreżyserował. Fabuła nie poraża, bo to raczej prosta historia o zmaganiach z losem, klątwą i o wojnie dwóch zwaśnionych królestw istot nieludzkich, ale warto się z tym zapoznać, bo jest tam dużo klimatu. Zarówno elfy jak i trole nie mają w sobie prawie nic dobrego, ludzie są pomniejszą rasą raczej wykorzystywaną niż mającą siłę sprawczą (choć nie zawsze), a świat przedstawiony pełen jest ingerencji złośliwych bóstw, mrocznych miejsc i zaczarowanych zamków. Wbrew temu co może się wydawać nie ma tam mroku w typie kicz, tylko ponura baśń z dużą dozą groteski. Polecam, choć nie obowiązkowo.

7. „Pianistka” Jelinek – Łojeja jakaż to jest siekiera! Książka, której zdecydowanie nie chciałbym mieć przeczytanej na koncie gdybym wiedział jaka jest jej zawartość. Kopie w brzuch, wykręca jaja i ściska za gardło. Z każdej strony leje nieprzyjemne uczucie, a po finale czułem nienawiść do wszystkich ludzi, ze sobą włącznie. A to niby tylko opowieść o pianistce. Damn you Jelinek! Swoją drogą, obejrzałbym teraz jeszcze raz „Śmierć i dziewczynę”, spektakl nabrałby teraz większej jasności. Czytać, będziecie potem żałować, ale warto.  

środa, 5 października 2016

Ksiązko-Post lipiec 2016

Aye!

W lipcu z racji górskiej włóczęgi oraz wyjazdu na obóz przeczytałem zastraszająco mało, co prawda przeszedłem sto kilometrów, poprowadziłem szesnaście sesji, a zagrałem srogie trzy, ale i tak miesiąc ten wygląda blado przy założeniach początkowych. Weszły mi tylko dwie pozycje z czego jedna zaskakująca dobra, a to gówno nieliche – jest więc sytuacja tzw. równowagi w naturze.

1.”Egzamin zoddychania” J. J. Kolski – Jego „Jasminium” kiedyś bardzo mi się podobało, do tego dostałem polecajki na inne jego filmy od wykładowców, toteż uznałem, że powieść, i to nie mała, jego autorstwa również będzie warta uwagi. Blurb co prawda odstraszał, bo pretensjonalny i przeartyzowany, no ale odważny czytelnik nie boi się najgorszych okładek. Dziś trochę żałuję, że nie odpuściłem sobie, no ale teraz mogę przestrzegać innych przed tym błędem jako Ten Który Spróbował. Ciężko mi powiedzieć o czym jest ta powieść i to nie dlatego, że nie łapie realizmu magicznego, albo go nie lubię, ale dlatego, że nazywanie realizmem magicznym fanfica o swoim życiu, w którym to fanficu autor przedstawia się jako kogoś zbliżonego do brata supermana, moim zdaniem bardziej pasuje do szuflady tudzież osobistego bloga z paskudnym tłem, a nie książki dla szerokiej publiczności. Jakoś tak lepiej mi się czyta teksty w których autor dokonuje samokrytyki, kpi z siebie i to najlepiej na ostro, bez znieczulenia, bo takie spojrzenie na siebie wymaga pewnych zdolności intelektualnych, co bardzo często pociąga za sobą już wiele innych dobrych cech. Zaś kiedy mamy do czynienia z (Wrażliwych proszę o nie czytanie dalszego fragmentu) publiczne brandzlowanie się nad swoją zmyśloną zajebistością (Wrażliwi mogą czytać) to jakoś tak nudno. A autor zachwyca się samym sobą i to bardzo. Główny bohater powieści, jest przesilny, twardy i hardy, wszystkie kobiety, które znajdą się w zasięgu jego feromonów zamieniają się w opętane rują lochy, które bohater męsko bierze, ale nie żeby przeżywał ekstazy i euforie, nie, ekstazy i euforie są oznaką bycia ludzkim, on nawet w czasie seksu jest posągowy, męski. W toku powieści odnosi same sukcesy, których realność jest na poziomie „OCZYWIŚCIE!”, a jak cierpi to wyłącznie melancholijnie, zwycięsko, po męsku. Ah. Taka nieudana bardzo podróbka Hemingwaya. Nie czytać, omijać dalekim łukiem.

2. „Kontra” Mackiewicz – Pozycje tę dorwałem w szafce bookcrossingowej i zachwycił mnie jej blurb, znajduje się tam fragment testamentu autora, który pozwala drukować książkę we wszystkich podziemnych i nielegalnych wydawnictwach, zabrania zaś wydawnictwom koncesjonowanym przez organy państwowe. Niestety się nie udało, bo wersja którą ja mam pochodzi z takiego zwyczajnego wydawnictwa, jednakże na podstawie kontekstu biograficznego autora pozwolę sobie przypuścić, że przez wydawnictwa koncesjonowane miał na myśli reżimowe i cenzurujące, a dziś to jednak chyba wolność słowa jest i wielki brat z Moskwy nie dyktuje co czytać oraz pisać wolno. Ale dosyć o blurbie, przejdźmy do środka! Jest to powieść, wspaniała! Historyczna w której autor opowiada tragiczne losy kozaków dońskich, poszkodowanych tak, że aż w brzuchu coś mnie bolało podczas lektury. Ja nie znałem tego zagadnienia wcześniej, więc co stronę otwierałem szerzej usta zaskakiwany tym co ich spotkało. A co się z nimi dzieje? Kozacy Dońscy próbują najpierw walczyć przeciwko Bolszewikom w czasie rewolucji, potem są przez nich represjonowani, aż do granic, a kiedy wybucha druga wojna światowa szybko przyłączają się do Rzeszy, ale nie z upodobań do antysemityzmu, tylko z nienawiści do Stalina. Zaś pod koniec wojny trafiają w ręce Brytyjczyków (Oh szuje straszne!), którzy w wyniku postanowień konferencji jałtańskiej podejmują operację keelhaul (pzeciąganie pod kilem) polegającą na zwróceniu Stalinowi obywateli Związku Radzieckiego – domyślacie się zapewne, że matuszka rosja nie była łagodna dla swoich zbiegłych dzieci. Jakie to wszystko jest smutne, oh! Kozacy chcą tylko żyć w swojej krainie jako wolni ludzie, nie mają żadnych wielkich postulatów politycznych, ideologicznych, ani oczekiwań względem świata, a ciągle dostają w przysłowiową dupę. Rzesza niespecjalnie poważnie traktuje ich jako jednostkę bojową, a Brytyjczycy okłamują, najpierw obiecując wolność, a potem wysyłają pociągami do ZSRR, dusza mnie bardzo bolała kiedy czytałem o ich próbach ucieczki z konwojów, samobójstwach, czy buntach w obozach przejściowych. Przerażająco smutne i świetnie napisane – naprawdę, co kilka stron czułem ogromne współczucie dla tych ludzi, a to wszystko napisane bardzo zgrabnie płynnie i przekonywająco. Polecam nie tylko dla zainteresowanych historią drugiej wojny światowej. Jest to w gruncie rzeczy opowieść o odważnych zmaganiach z czymś ogromnym, wielką ponurą siłą. Myślę, że gdyby bohaterowie Kafki mieli możliwość podjęcia zbrojnego działania wobec czy to Zamku, czy też Sądu, to miałoby to podobny klimat – to porównanie jest pewnym krzywdzącym skrótem względem Kafki i jego bohaterów, ale myślę, że wnikliwi czytelnik rozszyfruje moje intencje.

wtorek, 6 września 2016

Książko-post - czerwiec 2016

Aye mieszkańcy internetu!

Oto lista lektur, które towarzyszyły mi w czerwcu, czyli w czasie dopełniania formalności uczelnianych i obrony pracy licencjackiej. Dużo latania z tym wszystkim było, to i książek trochę mniej, aczkolwiek dwa tytuły weszły zacne, pozostałe no cóż... to już inna historia. Ale od początku:



1. "Solaris" Lem - Nie wiem czemu nie zabrałem się za nią wcześniej. Wszyscy, wszędzie trąbili, trąbią i trąbić powinny, że to książka świetna, ale mi nie było do niej po drodze. Lema znałem z "Dzienników gwiazdowych", anegdot i przyjemnego wykładu, który dotyczył lemowskiej historiozofii, co dawało mi niezły obraz tego jak dobrym jest on pisarzem, jednak wyobrażenia to tylko wyobrażenia. Solaris mnie całkowicie poskładało. Ale nie tak, że tylko w jedną stronę, jak inteligentny dowcip albo cios w brzuch, tylko właśnie w obie. Byłem zachwycony pięknem solarystyki, dopracowaniem jej opisu, poszczególnymi fazami i naukowcami, zakochany w samym głównym pomyśle, ogromnego organizmu prawdopodobnie zamkniętego na komunikacje, ale też jednocześnie dostałem potężnego kopa w brzuch przez wątek romantyczny, oj to bardzo bolało, żeby nie spojlerować praktycznie nic nie mogę napisać, ale wiedzcie, że to grubas nad grubasy, taki hiper-grubas wątków tragiczno-romantycznych, które czyta się z dużym bólem i na długo pozostają w głowie i sercu. Grubość ala Białe Noce Dostojewskiego, który gdyby urodził się później to zdecydowanie docenił by losy Harey i Kevina. Kutas.... Nie ma tu co więcej mówić, czytać dziatwa!



2. "Światy równoległe" Michniewicz - Ładnie wydany zbiór kilku reportaży z podróży po całym świecie. Jest tam Pakistan, więzienie San Quentin, Johanesburg, jakieś miejsce w Indiach i nie pamiętam co tam jeszcze. Ładnie to wygląda, bo dużo zdjęć, papier śliski, okładka konkretna, tylko nazwy rozdziałów na siłę głębokie, zamiast praktyczne. No ale to taki drobny coelhianizm, wybaczam. Wygląda naprawdę ładnie, ale w środku jest raczej ubogo, licho w intelektualnej kalorie. Zamysł był taki żeby pokazać światy cechujące się egzotyką dla polskiego czytelnika (dla polaka nie czytelnika [63%] egzotyką jest książka bez względu na treść) i autor z tego celu się wywiązuje, ale niestety robi to cholernie płytko. Każda z napotkanych osób jest raczej tylko tropem, tło ma zawsze warstwę globalną i tą "prawdziwą" do której dokopuje się autor, przy czym jest to osnowa jak z naiwnej powieści młodzieżowej. Trochę szkoda, ale w sumie żadnych oczekiwań wobec książki nie miałem, a czyta się bardzo szybko, więc zero cierpienia. Niepogłębiona, ładnie wygląda na półce. Czytać można, ale po co, skoro jest taki na przykład Korabiewicz. Jeśli chcecie przygody i egzotyki to łapcie "Kajakiem do minaretów" i poczytajcie jak facet popłynął tytułowym wehikułem do Turcji. 



3. "Rzeczpospolita dla moich wnuków" Kuroń - Kupiona na promocji w Matrasie i patrząc na jakość wydania to dziwie się, że ktoś normalnie chciał za to więcej niż 5zł. Małe to i papier jak z odzysku. Szkoda, bo treść zacna, a taki ja często kieruje się zmysłem estetycznym podczas spontanicznych wizyt w księgarniach, dzięki czemu mam sporą kolekcje książek słabych, a ładnych, których kiedyś będę musiał się pozbyć, no bo jak połączymy z lubą biblioteczki, to przecież nie będę tam wnosił Pie... ekhm. Pewnego pisarza. No ale wracając do Kuronia! Jest to jego ostatnia książka, a właściwie szkic w którym zawarł swoje poglądy filozoficzne, około polityczne, plus jest tam trochę wspomnień o nim. To ostatnie jest nudne, bo brzmi jak wszystkie inne wspomnienia o Jacku Kuroniu, że dobry człowiek, ale pił, że lubił czytać, dużo palił, no i uniwersytet w Teremiskach. Filozoficznie mi się podobało, ale to nic odkrywczego, takie rozważania z "nurtu" powiedzmy około koraczkowo-levinasowskiego, czyli dużo o roli miłości, szacunku i pracy intelektualnej oraz sporo idealistycznego podejścia do roli edukacji. W tej ostatniej kwestii Kuroń ostro popłynął, przypisując wykształceniu rolę odnowiciela społecznego ładu, strażnika sprawiedliwości, postulował utworzenie ogólno-światowych kolegiów, wymian uczniów z całego świata, taki utopizm-edukacyjny, a rozdział ten napisany był z taką energią i wiarą w sprawę
, że przypomniał mi od razu Czerwony Balonik Grotowskiego (nigdzie nie mogłem znaleźć tego manifestu w internecie, będę wdzięczny za podlinkowanie). Zaskakujące, że człowiek pod koniec życia może mieć tak ogromny plan i tyle werwy. Książka dla mnie była interesująca. W warstwie filozoficznej to niepogłębiona apologetyka dialogu, bardziej felietonowa niż systemowa, a w części politycznej czadowo odjechany manifest edukowania całego świata i to napisany z dużą energią. Nie wiem komu by ją polecić, bo mam świadomość w jak niszowe upodobania mi trafiła, ale za pięć złotych możecie zaryzykować, a i Kuronia nie wstyd mieć w biblioteczce. 



4. "Na dwóch biegunach" Anna Kacprzyk - Chciałbym napisać o tej książce coś dobrego
, albo chociaż podkopać swoją negatywną opinie, wiecie, że nie jest, aż tak źle, że czytałem ją z bólem brzucha i to zmąciło mój sąd, albo że mimo wad warto się z nią zapoznać, ale nie. Sprawy zaś nie ułatwia fakt, że myśl, która przyświecała powstaniu tej książki jest moim zdaniem dobra i powinna zostać kiedyś zrealizowana z profesjonalizmem, bo póki co jest źle. Na sandały Tezemacha, tak bardzo źle... Książka to wspomnienia kobiety chorej na chorobę afektywną dwubiegunową (a nie jak myślał mój tata książką podróżniczą Jasia Meli) i pomysł jak dla mnie bardzo zacny, poznać świat oczami chorej osoby, jej myśli, spostrzeżenia, takie rozwijanie empatii poprzez literaturę, ala Borges czy coś w ten deseń. 
Niestety problem polega na tym, że autorka kompletnie nie umie pisać i jest to taka nieumiejętność, że aż boli. Zupełnie miesza czas, miejsce i postacie, przez większość lektury nie byłem pewien gdzie i kiedy właśnie jestem, a jak już się dowiedziałem, to zaraz pojawiała się dygresja odnosząca się do dialogu w innym czasie, który poruszał wydarzenia z jeszcze innego czasu - powieść szkatułkowa najwyższych lotów. Do tego język jest, ekhm, prosty, nie mówiąc już o autorce... Jej podejście do świata, czy relacji międzyludzkich jest gdzieś na poziomie wczesnego gimnazjum i nie chodzi mi tu w żadnym razie o części związane z chorobą, tylko jej zwyczajne refleksje na temat tego wszystkiego. Dlaczego porzucił ją w danym momencie facet, co powinna była zrobić, oceny zachowań jej rodziny itp. Moim ulubionym fragmentem jest, jak przepraszający ją facet wygrywa argumentem, że obejrzał film "czego pragną kobiety" i już wie, że źle postąpił ignorując ją przez pół roku - autorka do samego końca książki przeżywa podobne przygody z tym zawadiaką. Uhh, czułem się jakbym czytał nudnego bloga gimnazjalistki. Na obronę mogę powiedzieć, że jeśli znajdzie się czytelną część, która opowiada tylko o chorobie to jest to interesujące, plus ktoś mądry wstawił między rozdziały pogrubione myśli podsumowujące dany aspekt choroby dwubiegunowej. Jeśli o to chodzi to jest w porządku. Ale te wszystkie "głębokie" myśli autorki, patrzenie na jej relacje i wszystko to było ciężkie, bardzo ciężkie. Gdyby książka nie była krótka niczym ulotka Empiku, musiałbym się pewnie zmuszać do czytania, a tak na szczęście zanim zaczęło porządnie boleć to już było po wszystkim. No nie polecam, zdecydowanie, nie polecam.