Aye! Oto książki przeczytane w
sierpniu. Po słabym czytelniczo, acz bogatym w wędrówki, lipcu
lista książek wydłużyła się zacnie o kilka mocnych tytułów.
Zapraszam do lektury:
1. „Życie codzienne w czasach Joanny D'arc” Marcelin Defourneaux – Moja luba wyhaczyła to w antykwariacie, a ja szybko kupiłem w celach RPGowych. Był to udany zakup, gdyż książka wywiązuje się ze swojego tytułu bardzo dobrze. Opowiada o Francji i Paryżu, jako najbardziej reprezentatywnym miejscu tamtych czasów, poznałem więc szerokie ramy historyczne, społeczne i gospodarcze, a potem zgodnie z zasadą „od ogółu do szczegółu”, klasy społeczne, regiony, aż do przykładów jednostkowych, rycerze, rycerki (bo kobiet z mieczem nie brakowało), a nawet i księża na czele zbronych oddziałów. Napisana żywym językiem i nie zanudza nadmierną ilością dat czy suchych informacji, dużo anegdot, zabawnych dykteryjek, a postacie opisywane są nie z kronikarskiego obowiązku, tylko żeby podkreślić jakąś charakterystyczną cechę czasów (np. pierdolca na punkcie honoru rycerskiego i śmierć podczas frontalnej szarży na armatę). Książka poukładała mi wiedzę, która gdzieś tam się zbierała z różnych filmów, seriali i książek rozrywkowych, a także dodała trochę nowości. Polecam mistrzom gry i zainteresowanym mieczami oraz rycerzami, przy czym mediewistów pewnie znudzi gawędziarski styl.
1. „Życie codzienne w czasach Joanny D'arc” Marcelin Defourneaux – Moja luba wyhaczyła to w antykwariacie, a ja szybko kupiłem w celach RPGowych. Był to udany zakup, gdyż książka wywiązuje się ze swojego tytułu bardzo dobrze. Opowiada o Francji i Paryżu, jako najbardziej reprezentatywnym miejscu tamtych czasów, poznałem więc szerokie ramy historyczne, społeczne i gospodarcze, a potem zgodnie z zasadą „od ogółu do szczegółu”, klasy społeczne, regiony, aż do przykładów jednostkowych, rycerze, rycerki (bo kobiet z mieczem nie brakowało), a nawet i księża na czele zbronych oddziałów. Napisana żywym językiem i nie zanudza nadmierną ilością dat czy suchych informacji, dużo anegdot, zabawnych dykteryjek, a postacie opisywane są nie z kronikarskiego obowiązku, tylko żeby podkreślić jakąś charakterystyczną cechę czasów (np. pierdolca na punkcie honoru rycerskiego i śmierć podczas frontalnej szarży na armatę). Książka poukładała mi wiedzę, która gdzieś tam się zbierała z różnych filmów, seriali i książek rozrywkowych, a także dodała trochę nowości. Polecam mistrzom gry i zainteresowanym mieczami oraz rycerzami, przy czym mediewistów pewnie znudzi gawędziarski styl.
2. „Kompania zmierzch” Freed Alexander – Książka wydana w tej nowej serii powieści ze świata Gwiezdnych Wojen, tak jak np. „Tarkin” o którym słyszałem, że zebrał dobre recenzje,„Kompania zmierzch” moim zdaniem zasługuje na recenzje raczej umiarkowane. Pomysł jest super: pokazać wojnę rebeliantów z Imperium na przykładzie prostych żołnierzy, takich co to o Jedi słyszeli tylko w legendach, generała Skywalkera widzieli raz w życiu, a informacja o zniszczeniu Gwiazdy Śmierci dotarła do nich długo po czasie. Dodatkowo braki w zaopatrzeniu, dezinformacja, bezduszna machina wojenna, czyli to co lubię w opowieściach militarnych: krew, pot i przekleństwa. Ładnie to brzmi, ale udaje się połowicznie, gdyż z jednej strony jest ten trup ścielący się gęsto, często pada i brakuje amunicji, ale czuć, że powieść miała trafić do jak największej ilości czytelników, w tym głównego targetu obecnego właściciela marki, więc wszystko jest ugładzone zanim się zdąży dobrze rozkręcić. Lekki niesmak, no ale w sumie czego się spodziewałem. Dobrze zagrały autorowi postacie, moja faworytka to eks łączniczka kompanii, wulgarna alkoholiczka, która nocami pisała z kapitanem sprośne poematy; no miód! Opisy też trafiają się zacne, niektóre porównania na stałe weszły do mojego słownika; jednakże w tym wszystkim zabrakło umiejętności konstruowania napięcia, wiedzy militarnej i rozgrywania scen batalistycznych. Kompania to zdecydowanie zbyt mała jednostka taktyczna żeby atakować całe planety, sposób szkolenia rekrutów jest do bani, a zarządzanie ludźmi woła o pomstę do nieba. Do tego jeszcze napięcie podczas bitew jest praktycznie zerowe, bo zazwyczaj autor już na początku podaje jaki będzie jej wynik, a potem pozostaje tylko niezbyt emocjonujący opis, który swoją drogą też mocno kuleje jeśli chodzi o reali pola walki. Szkoda, bo pomysł autor miał zacny. Może w kolejnych powieściach poprawi warsztat militarysty? No ale poza wspomnianymi wadami jest jeszcze jedna, która całkowicie przekreśliła dla mnie te powieść. Zakończenie jest tak gówniane, tak głupie, tak prostacie, że poczułem się jakby mi ktoś wymierzył policzek. Mokrym chujem.
3. „Książeczka o człowieku” R.
Ingarden – Kolejna przypadkiem dorwana w antykwariacie. Króciutka
interesująca pozycja z zakresu etyki i antropologii; Ingarden
prezentuje w niej swoją wizję człowieka, próbuje rozwikłać
problem dualizmu psychofizycznego i jest tu też esej o obiektywnie
istniejących wartościach. Dla mnie najciekawsze było to pierwsze i
ostatnie, bo w stosunku problemu dualizmu zachowuje raczej
izostenię, aniżeli jakiekolwiek stanowisko, a i antropologia i
wartości, są bliskie moim zainteresowaniom badawczym. To pierwsze
opisuje człowieka jako istotę rozdartą między naturę (dziką,
nieokiełznaną, aetyczną) a człowieczeństwem (twórczym,
miłosiernym), interesujące i widzę w tym kilka ścieżek w stronę
Tischnera (choć biorąc pod uwagę kto był czyim uczniem, powinienem
powiedzieć, że u Tischnera znajduje ściezki do Ingardena). A
najważniejszy dla mnie z całej książeczki tekścik polecam z
całego serca. Obiektywnie istniejące wartości do których w każdym
czasie i miejscu można się odnosić. Jak dla mnie ten tekst ma w
sobie dużo budującej filozofii, rześkiej i dodającej otuchy,
mówiąc Nietzschem. Polecam, a w ramach ciekawostki dodam, że z
tego co widzę na wewnętrznej stronie okładki książka ta była
kiedyś lekturą w liceach. O!
4. „Kulista tajemnica” Wadim
Szeffner – Radzieckie sci-fi jest dla mnie niezmiernie
interesujące, gdyż lubię czytać o dziwnych maszynach i
konstrukcjach, kiedy w tle są hotele robotnicze, ruble, towarzysz
Stalin, milicja i różne tam Narodowe Instytuty ds. Cybernetyki im.
Tow. Lenina, klimacik niepowtarzalny. Ta powiastka dostała się w
moje ręce za sprawą allegro i aukcji „trzydzieści książek za
trzydzieści złotych”, polecam można trafić na ciekawe rzeczy.
Akcja opowiadania dzieje się w Moskwie, głównym bohaterem jest
mierny i biedny dziennikarz o pseudonimie Anakonda, a przyczyną
rozpoczęcia się jego przygód jest znalezienie przez niego dziwnej
kuli, gdzieś na podmoskiewskich bagnach, kiedy to wracał po
przeprowadzeniu wywiadu z portierem teatralnym (ważne dla fabuły!).
Nie będę zdradzał co się dalej dzieje, ale jest zabawnie i
pouczająco, tak w stylu Twaina, tego jego opowiadania o worku
pieniędzy w małym mieście, gdzieś na prowincji, tytuł wyleciał
mi z głowy. Podobne schematy i przesłanie, ale dla mnie
najcenniejsze był klimat tła, ahhhh Moskwa i tamte czasy mają w
sobie tyle tajemniczości co w dobrym hard sci-fi.
5. „Pragmatyzm” W. James – Lubię
sobie wyobrażać, że James był takim kowbojem-filozofem. Łapał
bandytów, handlował z Indianami, a wieczorem przy ognisku pisał
swoje traktaty. Pewnie tak nie było, ale wizja fajna. Książka to
zbiór jego wykładów wygłoszonych o, jak to sam mówił, metodzie
pragmatycznej, a nie nowym prądzie filozoficznym. Propozycja
ciekawa, ale muszę przeczytać więcej żeby się wypowiadać, bo
brakuje mi realnych przykładów wykorzystania, możliwych do
osiągnięcia efektów no i jest też pytanie, czy w oczach
wszystkich filozofów klasycznych ich własne ścieżki nie były
pragmatyczne? Do zbadania. Książkę polecam, bo łatwo się czyta,
a kosztuje jakieś dziesięć złotych w serii Meandry Kultury. Warto
poszerzyć horyzonty o filozofie kowbojów!
6. „Zaklęty miecz” Anderson –
Jedna z trzech powieści, które jak słyszałem zainspirowały
twórców pierwszych Dedeków do stworzenia gry znanej i lubianej
(swoją drogą, piąta edycja jest super!) . Bardzo mroczna baśń,
pełna kazirodztwa, super-przemocy, bratobójstw, zdrad, klątw,
tajemnic, ludobójstw, elfobójstw, trolobójstw etc etc No dzieje
się bardzo krwiście, jakby to Tarantino albo inny Shakespearwyreżyserował. Fabuła nie poraża, bo to raczej prosta historia o
zmaganiach z losem, klątwą i o wojnie dwóch zwaśnionych królestw
istot nieludzkich, ale warto się z tym zapoznać, bo jest tam dużo
klimatu. Zarówno elfy jak i trole nie mają w sobie prawie nic
dobrego, ludzie są pomniejszą rasą raczej wykorzystywaną niż
mającą siłę sprawczą (choć nie zawsze), a świat przedstawiony
pełen jest ingerencji złośliwych bóstw, mrocznych miejsc i
zaczarowanych zamków. Wbrew temu co może się wydawać nie ma tam
mroku w typie kicz, tylko ponura baśń z dużą dozą groteski.
Polecam, choć nie obowiązkowo.
7. „Pianistka” Jelinek – Łojeja jakaż to jest siekiera! Książka, której zdecydowanie nie chciałbym mieć przeczytanej na koncie gdybym wiedział jaka jest jej zawartość. Kopie w brzuch, wykręca jaja i ściska za gardło. Z każdej strony leje nieprzyjemne uczucie, a po finale czułem nienawiść do wszystkich ludzi, ze sobą włącznie. A to niby tylko opowieść o pianistce. Damn you Jelinek! Swoją drogą, obejrzałbym teraz jeszcze raz „Śmierć i dziewczynę”, spektakl nabrałby teraz większej jasności. Czytać, będziecie potem żałować, ale warto.
7. „Pianistka” Jelinek – Łojeja jakaż to jest siekiera! Książka, której zdecydowanie nie chciałbym mieć przeczytanej na koncie gdybym wiedział jaka jest jej zawartość. Kopie w brzuch, wykręca jaja i ściska za gardło. Z każdej strony leje nieprzyjemne uczucie, a po finale czułem nienawiść do wszystkich ludzi, ze sobą włącznie. A to niby tylko opowieść o pianistce. Damn you Jelinek! Swoją drogą, obejrzałbym teraz jeszcze raz „Śmierć i dziewczynę”, spektakl nabrałby teraz większej jasności. Czytać, będziecie potem żałować, ale warto.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz