czwartek, 21 grudnia 2017

Książko-post maj 2017

Ostro lecę z tematem i nadrabiam brakujące miesiące. Trzymajcie kciuki żeby się udało! Tymczasem konkrety:

1. "Everybody writes" - Ann Handley. Poradnik przeczytany w ramach wzmacniania pozycji mojego bloga w internecie, bo wiecie, plan jest taki, że on kiedyś podbije rynek. Co prawda póki co za rzadko piszę, żeby go milionowo zmonetyzować, ale moment sławy jeszcze kiedyś nadejdzie. A wracając do samej książki, to jest to kawał cholernie dobrze wykonanej roboty. Pierwsza pozycja tego typu jaką czytałem, może one wszystkie są takie wow, ale Everybody mi zaimponowało, bo było jak całkowita odwrotność mojego liceum - życiowe, konkretne i z szacunkiem dla czasu drugiej osoby. Było tam o specyfice tekstów internetowych, bo o to głównie tam chodzi, blogów i stronek, analiza sukcesów największych serwisów w ostatnim czasie, dużo refleksji nad tym jak powinien wyglądać tytuł, tak żeby był czymś pomiędzy clickbaitem a rzeczowym ujęciem itd. Kurcze, tam naprawdę dużo informacji było, co do pisania, technologii i tematów na styku tego, a autorka dobrze wiedziała o czym mówi, bo przykładami i danymi sypała jak magik królikami z rękawa

Magik

Było też dużo o narzędziach, które pomagają zbierać dane na temat swoich czytelników, a nawet o programach do ładnego ubierania tych danych w wykresy, tabele i inne takie, które potem można pokazać w drętwej prezentacji w power poincie, tudzież Prezi dla pr0sów.

Zastanawiacie się pewnie: Jakub, no ale skoro ta książka jest taka zajebista, a Twoje pisanie takie gawędziarskie i plynne, to czemu jeszcze nie jesteś sławny i bogaty? Otóż moi drodzy, chyba jestem zbyt leniwą bułą na razie żeby wprowadzać ten cały agresywny internetowy marketing w ruch, no i zawsze jest jeszcze argument ze studiów filozoficznych, czyli, że ta twórczość musi odczekać na odpowiedni moment rozwoju ducha. Abstrahując, jeśli jesteście zainteresowani media-workingiem, podniesienie na wyższy poziom swojego profilu na fejsbuku, zdobyciem nowych followersów na instagramie, albo interesuje was jak zrobić ładny kołowy wykres analizujący stosunek użycia słów Macierewicz i kwadrat w waszej pracy magisterskiej, to książeczka jest dla Was.


2. "The handmaids tale" - Margaret Atwood.  Tak, przeczytałem książkę przed serialem, zanim stała się modna.

                                                    Nawet okulary mam podobne

Swoją drogą "czytałem książkę zanim powstał serial/film/gra/stała sie modna" to taki trochę crossfit, weganizm albo studiowanie prawa dla inteligentów/aspirujących do inteligencji/pesudo-inteligentów/czytaczy etc etc. Nie żeby inteligent nie mógł studiować prawa, być weganinem, albo chodzić na crossfit, ale wiecie, ja nie robię żadnych z tych rzeczy, więc ekhm.

No ale wracając do powieści, bo może ominęła was jej popularność, to tak, opowiada ona o niedalekiej przyszłości, kiedy to władzę w Stanach Zjednoczonych przejęli ekstremiści religijni, ukierunkowani na Stary Testament, opresje kobiet i nie tylko, właściwie uznali, że dobrym pomysłem będzie dokręcić śrubę każdemu, ale o tym zaraz. Władzę przejęli, bo na świecie zapanowała plaga bezpłodności (straszne prawda?) i trzeba było przeciwdziałać, a że osobowość autorytarna  ratunek dla świata najchętniej widzi w gnojeniu innych, to dzieją się rzeczy. Mamy więc niewielką raczej i cichą rewolucję, nowy rząd i zmienianie prawa, ustawa po ustawie w stronę totalitaryzmu (brzmi znajomo, co?). Najpierw zakaz pracy kobiet, potem kobiety tracą dostep do kont bankowych etc etc w końcu leci pełen odjazd i władza uznaje kobiety za środki produkcji, pozbawia jej jakiegokolwiek prawa do decydowania o własnej osobie, właściwie odbiera im status osoby, no i dzieją się rzeczy.

Akcja powieści dzieje się już w świecie ukonstytuowanym i rządzonym przez tych ekstremistów. Stany są państwem religijnym, innowiercy albo dokonują chrystianizacji, albo kula w łeb, mniejszości seksualne - kula łeb, osoby związane wcześniej z aborcją - kula w łeb, niebiali - kula w łeb, krytykowanie władzy - kula w łeb. Sytuacja nie jest kolorowa, władza kontroluje każdy aspekt życia swoich obywateli podzielonych na sztywne kasty, no ale wracam do kobiet, bo to ich los jest tutaj najważniejszy. Podzielono je między trzy kasty, żony, Marty i Podręczne. Żony to takie ozdoby mężczyzny, mają ładnie wyglądać, prezentować się i niewiele więcej; są bezpłodne z czym wiążą się Podręczne, bo to kobiety sprowadzone wyłącznie do roli chodzącego inkubatora. Niektórzy, wybrani, mężczyźni mają w swoich domach take właśnie podręczne, które regularnie gwałcą, dążąc do zapłodnienia (pamiętajmy, że panuje tutaj straaaszna apokalipsa bezpłodności), ale że są to religijnie skrzywieni fanatycy, to odbywa się to w dziwnym układzie, mężczyzna gwałci Podręczną, kiedy ta leży na żonie, taki wywijas, że on niby uprawia seks z żoną, a to wszytko w religijnym, staro testamentowym sosie. Oczywiście Podręczna nie ma żadnych wolności, jeśli jej się nie podoba jej los, to nie może nawet liczyć na kule w łeb, gdyż jej macica jest najważniejsza. Paskudnie. No i są jeszcze Marty, czyli służące, kucharki i sprzątaczki w jednym. Jak widzicie te trzy role, to rozbicie konserwatywnej wizji kobiety na trzy, jest tu więc też taki mały harem .Jako, że to opresyjnie konserwatywne społeczeństwo, to związki poza takimi układami są w ogóle nietolerowane i na kartach powieści spotykamy wielu sfrustrowanych takim stanem rzeczy mężczyzn, którzy nie mają dostępu do płci przeciwnej - czyżby nikt nie był z tego systemu zadowolony? OTÓŻ NIE.

Teraz opowiem Wam o tym fragmencie powieści, który wstrząsnął mną najbardziej. Bo w całym tym świecie przedstawionym, do pewnego momentu, to wszystko jakoś działa. Jest ta skrajnie nieelastyczna struktura społeczna, gwałty, opresja, kontrola, brak wolności (zarówno pozytywnej jak i negatywnej), ale to wszystko ma jakiś swój własny pomysł, idee, która tam się realizuje. Jest to idea straszna, ale spójna i konsekwentna... z tym, że niestety nie. W pewnym momencie powieści poznajemy miejsce, klub, w którym umieszczono część kobiet i zmusza się je tam do, no cóż zaspokajania i zabawiania mężczyzn. Mamy więc fasadowy konserwatyzm, seks w jednej ustalonej rządowo pozycji, brak jakiejkolwiek czułości, zasady "moralne" zatrzymujące każde namiętności i afekty, zakaz produkcji i posiadania bielizny innej niż najbardziej podstawowa - no pełna kontrola nad erosem, a tutaj nagle takie miejsce. I nie żeby pracujące tam dziewczyny miały jakąkolwiek większą wolność, o nie. Po prostu je tam zamknięto i tak jak te zamknięte poza tym miejscem zmusza się do 'skromności' i ograniczania jakiejkolwiek własnej ekspresji, tak te tutaj zmusza się do realizowania wizji 'kobiety upadłej' bywających tam panów. No świetnie. Robimy totalitarną, konserwatywną rewolucje, po to, żeby po cichu wymykać się do burdelu... Cała powieść jest wstrząsająca, pokazuje obrzydliwy system społeczny, zero wolności i nie dający radości wprost nikomu - zadowoleni są tylko bywalcy burdelu, ale to miejsce funkcjonuje nielegalnie, nie ma prawa bytu w ideologii, która tam panuje, jest abominacją. I to właśnie to jedno miejsce mnie najbardziej w tym wszystkim dotknęło - ogrom pracy i opresji po to, żeby robić wyjątki sprzeczne całkowicie z nową wizją.

Sporo się rozpisałem, ale temat ważny, ciągle bieżący i warty rozpatrywania w nowych kontekstach. Czytajcie. 

3. "Nietzsche" - Deleuze.  Nie istnieje dla mnie Nietzsche bez Deleuza. Sam nie jestem w stanie zbyt wiele z Fryderyka wyciągnąć, no a przynajmniej na tyle, żeby dało się to ułożyć w jakiś spójny system, filozoficzny pogląd albo argument, zaś Deleuze zrobił w swojej książce doskonałą robotę. Właściwie powinienem powiedzieć, że książkach, bo ta omawiana tutaj jest skrótem innej, dłuższej, w której Deleuze bardzo szeroko omawia Nietzschego, ale ona pojawi się w innym ksiązko-poście. 

Deleuzowi udaje ująć się nietzscheańską myśl jako jeden spójny system, w którym wszystko ze sobą współgra, wyrasta z mocnych fundamentów i dąży w konkretną stronę. Jego analiza zamieniła dla mnie zbiór wieloznacznych aforyzmów w konkretne narzędzie, które można wykorzystywać w analizie rzeczywistości - ja sam z radością korzystam z pracy Deleuza w mojej magisterce. Co do konkretów, to chyba je sobie odpuszczę, bo zainteresowani sami sprawdzą, a jeśli kogoś to nie ciekawi, to co mu będę truł. Na pewno jeśli chcecie zapoznać się z Nietzschem, to powinniście kupić prace Deleuza i to przez ich pryzmat poznawać różne Zaratustry czy Ecce Homo. Dla mnie to must have. 


4. "Sekretne życie drzew"- Peter Wohlleben. Kolejny dowód na to, że studia filozoficzne są najlepszymi możliwymi studiami oraz, ze mój Instytut Filozofii jest super. Miałem tą książkę w spisie lektur do egzaminu z Posthumanizmu (piąteczka była) i z radością czytałem. O kurcze, czułem się jakbym poznawał jakiś nowy, wspaniały, nieznany świat. 

Autor jest leśnikiem, miłośnikiem natury i badaczem drzew. Postanowił podzielić się ze światem swoimi obserwacjami i wiedzą na ich temat, ubierając to wszystko w zgrabnie wykonaną opowieść. Dowiadujemy się, że drzewa w lesie często są jednym wielkim organizmem połączonym korzeniami, że drzewa za pomocą wydzielania związków chemicznych mogą się komunikować, ile ma lat najstarsze drzewo na świecie (bardzo dużo), jak drzewa się rozmnażają i dlaczego w taki sposób, jak walczą o światło i jak pięknym, zróżnicowanym organizmem jest las. O kurcze, ja może nie uważałem za bardzo na biologii w liceum, więc to wszystko było dla mnie rewolucyjne, nowe, otwierające ścieżki intelektualne, ale myślę, że nawet jeśli Wy słuchaliście, to w tej książce znajdziecie dużo intelektualnej przyjemności. A no i znienawidzicie p. Szyszko jeszcze bardziej, jeśli zostały Wam na skali nienawiści wolne kropki.





5. "Życie, które mówi" - Joanna Bednarek.  Chodziłem do dr Bednarek na zajęcia, które były opracowane na podstawie jej książki. Kawał dobrych zajęć dotyczących hmm zwierząt, życia, ludzi, ich relacji, ale też nowoczesności i było trochę ciemnych kart filozofów wobec zwierząt (patrzę na ciebie Kartezjusz...) A książeczkę przeczytałem żeby dopełnić informacje wykładowe i nie żałuję. Jeśli kogoś interesuje konkretny tekst, podchodzący w naukowy i poważny sposób do zagadnienia, to niech sięga, tylko raczej nie kupujcie, bo tam gdzie ja się spotkałem, to książka była stanowczo za droga. Nie wiem kto ustala ceny niektórych naukowych publikacji w tym kraju, ale to wygląda jak stare ceny w euro na Steamie, "No masz polaczku, gra na promocji ze 100 na 80 euro, czego nie kupujesz? Taka promocja".

Treści "Życia, które mówi" przybliżał Wam nie będę z podobnych względów co przy książeczce Deleuza. Zainteresowania już sami rzucą okiem, a mój opis nie byłby zapewne zbyt ciekawy, bo najlepiej wychodzi mi pisanie o tym, co mnie wkurza i mi nie podoba, a ten tekst bardzo mi się podobał, ale też nie zmienił mojego życia na tyle, żebym budował wielopiętrowe metafory, peany etc etc.

środa, 20 grudnia 2017

Książko-post kwiecień 2017

Nie będę komentował tego jak bardzo opóźniony w relacjonowaniu moich przygód czytelniczych jestem. Spuszczam na to po prostu zasłonę milczenia i przejdę teraz do konkretów. Książek w kwietniu przeczytałem siedem i była to bardzo losowa banda, składająca się z nieprzemyślanych zakupów i wypożyczeń, planowanej nauki oraz poszerzania wiedzy na temat polskiej socjologicznej starej sci-fi. Co do tego ostatniego, to dziś, kiedy jestem już kilka książek dalej, mam poczucie, że nie warto było, choć gdybym chciał popełnić prace wywodzącą polskie problemy w relacjach damsko-męskich z kultury literackiej, to materiału mam sporo.


1. "Trockizm. Doktryna i ruch polityczny" - Urszula Łagowska i August Grabski. Prawdę mówiąc zupełnie nie pamiętam czemu zabrałem się za tę książkę. Pewnie z ciekawości, ale czemu akurat ta i w tym momencie? Nie kontynuowałem studiów nad tym zagadnieniem, a i czytałem ją dosyć hmm pobieżnie. Krótka, konkretna, zrozumiały język. Nie stałem się fanem idei, ale to za krótki tekst był żebym wyrobił sobie szersze zdanie, ale też publikacja przez swoją krótką formę nie nadaje się do czegoś takiego.

Znalezione obrazy dla zapytania kfc trotsky


2. "Marta" - Eliza Orzeszkowa. Feministyczna powieść! Z taką myślą się za nią zabrałem i dostałem to czego oczekiwałem, plus jeszcze trochę dodatków. Książka to feminizm pierwszej fali, mamy więc tytułową bohaterkę, która przez powszechne w 19 wieku przysposobienie kobiet z dobrych szlacheckich domów do życia nie umie nic konkretnego i kiedy umiera jej mąż, ona sama jest na dobrej drodze do śmierci głodowej. Sytuacja wyjściowa jak widać jest dramatyczna, a potem jest już tylko coraz gorzej. Marta próbuje wykorzystać swoje śladowe umiejętności muzyczne i znajomość języka francuskiego na podobnym poziomie, no ale pod zaborami działa niewidzialna ręka wolnego rynku, wyrzucając z rynku jej usługi na niskim poziomie. Głód zagląda w oczy matce i córce, bo nie wspomniałem wcześniej, ale Marta ma córkę. Mały szkrab bardzo cierpi z powodu niedoli i służy autorce powieści do uwypuklania cierpienia poprzez głód, choroby, brak zabawek i najbardziej drętwe dialogi w historii literatury. Nawet moje próby literackie są bardziej zgrabne w tej materii, aniżeli rozmowy Marty z jej córką; cieszcie się, że nie zrobiłem zdjęć tym fragmentom, bo wylądowalibyście na SORze z pękniętymi przeponami. No ale Marcie nie było do śmiechu, bo wraz z postępującą akcją, ona sama ma coraz mniejsze środki do życia, coraz mniej mebli do sprzedania i jest w coraz bardziej zdesperowanym nastroju. Powieść jednak nie przeradza się w erotyk, a etnologiczny opis warszawskiego sweatshopu w którym zdesperowane kobiety harują wykorzystywane przez zepsutą do szpiku kości właścicielkę szwalni. Nie jestem pewien czy dobrze pamiętam, ale ona chyba była Żydówką? No ale niezależnie od kwestii etnicznych praca w sweatshopie jest ciężka, płaca mała, no niezbyt klawo. Niestety nieuświadomiona klasowo Marta zamiast utworzyć w miejscu pracy komórkę PPSu i dążyć do strajku generalnego mającego na celu poprawę swoich warunków bytowych, zawala robotę, traci jedyne źródło utrzymania i koniec końców kradnie rubelki ze sklepu. Szczęście nie trwa długo, bo zaraz ruszają za nią żandarmi, a ona widząc, że nie da rady uciec woli skoczyć pod koła wozu, niż zhańbić się więzieniem. Niewolnicy nie mają do stracenia nic oprócz kajdan, ale Marta nie była niewolnikiem, wyszła ze swojej strefy komfortu tak radykalnie, że aż uwolniła swojego ducha z okowów materii. Co się dzieje dalej z jej córką nie wiemy, ale prawdopodobnie umiera w chorobie.

Bardzo przyjemnie czytało mi się tą powieść, Warszawa w kontekście relacji genderowych została zaprezentowana ciekawie, a kwestia poruszane w książce, dziś być może już archaiczna, ale wtedy była żywa i warto spojrzeć na nią przez pryzmat literatury z okresu. Jedyne co, to te nieszczęsne dialogi z dzieckiem i wątpliwe jak dla mnie zakończenie, no ale to drobnica w porównaniu do tego jak dobrze się to czyta oraz jakie jest pożyteczne intelektualnie. Wypożyczać, czytać, shareować.

3. "Limes Inferior" - Zajdel. Nuda. Kolejna wizja totalitarnego państwa, tym razem podana w sosie zagadnień ekonomiczno-antropologicznym, czyli pytanie na jakich zasadach przeprowadzana jest dystrybucja towarów w gospodarce niedoboru, jak klasyfikowani są obywatele oraz kim są rządzący. Na to ostatnie pytanie oczywiście wszyscy znamy odpowiedź, bandą opresyjnych łotrów, którzy pod płaszczykiem szczytnych idei osiągają ogromne korzyści, tutaj nic nowego, zresztą każde inne pytanie nie podaje żadnej nowej odpowiedzi. Klasyfikacja, która w założeniach ma dopasowywać człowieka pod względem jego możliwości intelektualnych do zawodu szwankuje, ludzie kupują usługi oszustów, którzy dają im lepsze/gorsze kategorie, reglamentacja towarów oczywiście też nie działa tak jak powinna i spryciarze oraz prywaciarze załatwiają co tylko chcą, a uczciwi stachanowcy żrą gruz. No i kobiety, nie zapominajmy, że polscy pisarze sci-fi uważają te tajemnicze i mistyczne istoty za niemożliwe do przeniknięcia, czy choćby szczątkowego poznania, dlatego też na kartach powieści pojawiają się zbiory wyobrażeń na ich temat. Obrzydliwe.

Główna intryga powieści polega na tym, że powszechna równość na świecie została narzucona ludzkim władcom przez kosmitów, których fantazją jest zaprowadzanie takiego własnie porządku w całym kosmosie. Ludzki rząd stara się tak manewrować sytuacją żeby kosmici pozwolili trwać jeszcze w jakiejś minimalnej niepodległości ludziom. Nuda straszna, jeśli się czytało inne książki Zajdla. Na końcu, dosłownie ostatnie strony, jest jeszcze jakiś mistyczny fragment, ale nie mam pojęcia co on może oznaczać; jeśli nie jest to zaszyfrowany kod, który pozwala zupełnie inaczej przeczytać powieść, to niewiele zmienia. Nie polecam.

4. "Menażeria ludzka" - Zapolska. Taka przyjemna, króciutka lekturka, którą dorwałem na bookcroosingu i machnąłem w pociągu do rodziców. Kilka historyjek opisujących ludzi w nieprzyjemnych układach społecznych. Z pozoru przykładna żona zdradzająca męża; mąż tyran, odmawiający żonie pieniędzy, który ją zdradza; pogardzany nauczyciel, który znosi trudy dla chorych rodziców itp. Napisane ze swadą dobrej gawędziarki opowieści, którym niczego nie brakuje, ani nic bym do nich nie dodał. Jak się już wczyta w schemat to nie zaskakują, bo wiemy, że w pewnym momencie każdej opowieści następuję odwrócenie sytuacji albo portretowanej osoby, jednak jest to zrobione świadomie, zgrabnie i ma swój cel, który spełnia.  Mnie najbardziej dotknęła historia nauczyciela, wyśmiewanego przez uczniów, nielubianego przez innych, który na końcu opowiadanka czyta list od starych rodziców, którzy oszczędności życia wyłożyli na jego edukację i dumni są z osiągnięć. Co prawda zasjpojlerowałem wam, ale jeśli macie możliwość, albo wolny slot czytelniczy to polecam wam sięgnąć po tę lekturę. Zapolska uprawia tam gawędę bardzo dobrej jakości, a do tego znaleźć tam można ciekawy opis dziewiętnastowiecznego świata, zwyczaje, przedmioty, miłe ciekawostki dla rpgowców.

5. "Delusion of gender" - Cordelia Fine. Książka cholernie grubego kalibru, która zasługuje na co najmniej osobną notkę i to dużą. Fine bierze na celownik neuroseksizm, rozpasane wykorzystywanie neuronauk i biologii w usprawiedliwianiu seksizmu jako czegoś wychodzącego "z natury, czy to "naturalnych" relacji między zwierzętami, czy zaglądając w głąb człowieka z jego pracy mózgu. Cordelia Fine szarżuje w ogromny, rozrośnięty rak neurosekzimu i rozjeżdża bez skrupułów, nie biorąc jeńców. Zaczyna od seksizmu naszego powszedniego, który sprawia, że jeśli przypomni się uczestnikom badań jakiej są płci, to zmienia to wyniki badań, przez problemy z możliwością zaistnienia genderless-owego wychowania w świecie mocnego i wyraźnego podziału na płcie, żeby potem zaatakować rezonans mózgu, popularne książki dotyczące zagadnienia płci mózgu i wiele wiele więcej. Wszystko to spisane jest dowcipnym i bardzo fachowym językiem, okraszone milionami przypisów oraz źródeł, no a sama Fine jest specjalistką w temacie, która ma na koncie sporo prac i ukazują się następne.

Jak dla mnie to pozycja obowiązkowa dla każdego i każdej osoby. Niezależnie od jakichkolwiek dystynkcji międzyludzkich, czytelniku/czytelniczko rzuć wszystko co teraz robisz i pobiegnij do księgarni/biblioteki/mojego mieszkania i kup, wypożycz bądź pożycz ją, ponieważ nie zdajesz sobie nawet sprawy jak wiele w naszym zdrowym rozsądku, wiedzy potocznej, powiedzonkach i kulturowych kodach jest seksizmu oraz jak bardzo jest to szkodliwe. Mówiąc językiem reklamy: już dziś, własnymi siłami, możesz dołączyć do powstrzymywania pożogi seksizmu!


6. "Płynna nowoczesność" - Bauman. W końcu udało mi się do niej zabrać i żałuję, że tyle to trwało. Co prawda Bauman robi tutaj ten sam ruch co we wszystkich swoich praca, które czytałem, czyli duże tezy i obserwacje, a mało mięcha na ich potwierdzenie, aczkolwiek w wielu punktach ciężko mi się z nim nie zgodzić. Całościowy opis rzeczywistości ulegającej (uległej?) przemianie, ze stałej i statycznej w coraz bardziej zmienną, czyli właśnie płynną. W książce pod tym kątem analizowana jest sytuacja gospodarcza, egzystencjalna człowieka, polityczna oraz także miejsca znajdujące się na styku ich wszystkich. Pod wpływem ich przemian sytuacja ludzka staje się coraz mniej stabilna, bardziej prekarna. Najlepiej oddam w tym momencie głos samemu Baumanowi:



Z Baumana nie czytałem dotąd wiele. Ot raptem trzy książki, z czego ostatnia, wydana już po jego śmierci, była ewidentnym skokiem na kasę i żałuje, że tyle monet uciekło z mojego portfela; zaś jego książka o socjalizmie jest świetna i na pewno znajdzie się w top 10 moich książek tego roku, a czy będzie tam Płynna Nowoczesność? Sam nie wiem. Mam z nią ten sam problem co podczas czytania różnych klasycznych dla fantastyki pozycji. W pewnym momencie historycznym były one na tyle nowe i przełomowe, że doczekały się wielu analizatorów, recenzentów, omówienie itd. A ja jako jednostka wchodząca w ten prąd intelektualny/literacki po pewnym czasie najpierw chcąc nie chcąc stykam się z dziełami wtórnymi/kontynuatorami wobec "tekstu klasycznego", więc kiedy docieram już do niego samego to jego tezy i założenia nie mają dla mnie niestety świeżości. Nie oznacza, to, że w takim razie "klasyczne teksty" są bezwartościowe, czy, że nie warto do nich sięgać, bo warto, gdyż żadna analiza nie da tego co obcowanie z materiałem jeden na jeden i jest to intelektualna przygoda. Jednakże w moim przypadku często ciężko mi się później odnieść w jakiś interesujący sposób do poznanych treści. Wam rzecz jasna polecam, jest napisana przejrzyście, klarownie i próg wejścia jest  bardzo przystępny; może się zdarzyć tak, iż jeśli nie jesteście zaznajomieni z kontynuatorami/krytykami tej koncepcji, że będzie to dla Was coś bardzo świeżego intelektualnie, rozsuwającego zasłony z rzeczywistości - i proszę tego w żadnym razie nie odczytywać ironicznie, to jest pisane w pełni poważnie. Bardzo lubię jak literatura rozsznurowuje czy odkrywa mi różne mechanizmy świata.

7. "Pięciu na Deimosie" - Władimir Michajłow.   - Kiedyś w ramach ratowania zbiorów pewnej biblioteki zakupiłem od niej trzydzieści powieści science-fiction za trzydzieści złotych i była to bardzo dobra decyzja. Po pierwsze lubię kupować książki, a do tego jeśli pieniądze idą na tak szczytny cel jak ratowanie innych zbiorów, to przyjemność jest podwójna, a po drugie dostałem w swoje ręce perełki myśli science-fiction z zupełnie innego świata. Większość z tych książeczek to radzieccy pisarze, wydawani w popularnych seriach o ogromnych nakładach (pierwsza z brzegu: wyd. 3, nakład 180 tysięcy), czyli z namaszczeniem władzy, więc w książkach tych nie ma "sprytnie zawoalowanej" (patrzę na ciebie Zajdel...) krytyki systemu, a są za to podróże kosmiczne, socjalistyczni astronauci itd. Bardzo ciekawie się to czyta w kontrze do  krytycznej science-fiction socjoligcznej, bo tu pierwsze skrzypce gra coś zupełnie innego, i tak w "Pięciu na Deimosie" mamy do czynienia z misją kosmiczną, która natrafia na dziwny obiekt, postanawia go zbadać i dzieją się rzeczy.


Piękna okładka, prawda?


Fabuła jest nudna jak flaki z olejem, okazuje się, że ten obiekt to konstrukcja kosmitów, którzy go opuścili i właściwie tyle. Lecą, badają, poznają i finito. Jednakże bawiłem się przy tej lekturze świetnie, ale nie z powodu intencjonalnie poczynionych przez autora działań, a z powodu ducha jego epoki, który objawia się w szczegółach powieści. Bo kto by pomyślał, że cechą wyróżniającą kapitana misji kosmicznej jest umiłowanie do baletu i że potrafi on rozmawiać o nim, w sposób profesjonalny, bardzo rozlegle, oczywiście mowa tutaj o rosyjskiej/radzieckiej szkole baletowej. Inna sprawa to rozmowy pilotów i scena kiedy jedne poucza drugiego, że nie powinno o sobie myśleć jako o bohaterach wśród gwiazd, bo bohaterami jest cały naród, którego robotnicy wyprodukowali ten statek, z materiałów przygotowanych przez górników i hutników, według planów inżynierów, a teraz ich misja nadzorowana jest przez sztaby naukowców itd itd. Brzmi to trochę śmiesznie, ale jest interesujące i pedagogicznie pozytywne, bo piloci mają rację podkreślając wagę sytuacji historycznej, która pozwoliła im jako zwieńczeniu pewnego projektu przebywać w kosmosie. Teraz małe wtrącenie naukowe, sytuacja w której mamy indywidualistycznych pilotów, bohaterów, którzy poruszają do przodu machinę świata swoimi indywidualnymi osiągnięciami i sukcesami byłaby wariantem wig history (wig science-ficiton?), a w tej powieści jest perspektywa zupełnie odmienna.

 (...)tak zwany „wig history” (Hughes 2005), gdzie kładzie się nacisk na osobę innowatora, a nie społeczeństwo, z którego się on wywodzi. (...)  Jak dostrzegły to etnografki Praktyka Teoretyczna 1(15)/2015 270 STS, szczególnie te pracujące w tradycji feministycznej, relacje w zbiorowości dużo trudniej przekazać w opisie (popularnym lub naukowym) niż klasyczne narracje heroiczne o wielkich jednostkach (np. Star 1990). Skrótowość i popularność pcha nas łatwo w objęcia narracji indywidualnych i heroicznych. [1]

Dużo jest tam takich kulturowych różnic pokazujących jak może wyglądać science-fiction. Można to oczywiście oskarżyć o propagandowy wydźwięk, gołosłowne wstawki dla cenzury, co nie zmienia faktu, że dzięki temu jest to coś odmiennego.

Jeśli nie interesują was klimaty radzieckich, oświeceniowych kosmonautów, to nie polecam, bo jak pisałem wcześniej, poza tym to nuda mocno. Dla mnie to była bombowa przygoda intelektualna i czytałem też inne tomiki, które wtedy kupiłem, bardzo dobra zabawa.





[1] Marcin Zaród, "Polityka, organizacja i praktyki tworzenia wiedzy w kolektywach otwartego kodu. Socjolog techniki czyta Inną Rzeczpospolitą Jana Sowy |", z Praktyka Teoretyczna 1 (2015) s.269
http://numery.praktykateoretyczna.pl/PT_nr15_2015_Praca_i_wartosc/PT_nr15_2015_Praca_i_wartosc.pdf