czwartek, 21 grudnia 2017

Książko-post maj 2017

Ostro lecę z tematem i nadrabiam brakujące miesiące. Trzymajcie kciuki żeby się udało! Tymczasem konkrety:

1. "Everybody writes" - Ann Handley. Poradnik przeczytany w ramach wzmacniania pozycji mojego bloga w internecie, bo wiecie, plan jest taki, że on kiedyś podbije rynek. Co prawda póki co za rzadko piszę, żeby go milionowo zmonetyzować, ale moment sławy jeszcze kiedyś nadejdzie. A wracając do samej książki, to jest to kawał cholernie dobrze wykonanej roboty. Pierwsza pozycja tego typu jaką czytałem, może one wszystkie są takie wow, ale Everybody mi zaimponowało, bo było jak całkowita odwrotność mojego liceum - życiowe, konkretne i z szacunkiem dla czasu drugiej osoby. Było tam o specyfice tekstów internetowych, bo o to głównie tam chodzi, blogów i stronek, analiza sukcesów największych serwisów w ostatnim czasie, dużo refleksji nad tym jak powinien wyglądać tytuł, tak żeby był czymś pomiędzy clickbaitem a rzeczowym ujęciem itd. Kurcze, tam naprawdę dużo informacji było, co do pisania, technologii i tematów na styku tego, a autorka dobrze wiedziała o czym mówi, bo przykładami i danymi sypała jak magik królikami z rękawa

Magik

Było też dużo o narzędziach, które pomagają zbierać dane na temat swoich czytelników, a nawet o programach do ładnego ubierania tych danych w wykresy, tabele i inne takie, które potem można pokazać w drętwej prezentacji w power poincie, tudzież Prezi dla pr0sów.

Zastanawiacie się pewnie: Jakub, no ale skoro ta książka jest taka zajebista, a Twoje pisanie takie gawędziarskie i plynne, to czemu jeszcze nie jesteś sławny i bogaty? Otóż moi drodzy, chyba jestem zbyt leniwą bułą na razie żeby wprowadzać ten cały agresywny internetowy marketing w ruch, no i zawsze jest jeszcze argument ze studiów filozoficznych, czyli, że ta twórczość musi odczekać na odpowiedni moment rozwoju ducha. Abstrahując, jeśli jesteście zainteresowani media-workingiem, podniesienie na wyższy poziom swojego profilu na fejsbuku, zdobyciem nowych followersów na instagramie, albo interesuje was jak zrobić ładny kołowy wykres analizujący stosunek użycia słów Macierewicz i kwadrat w waszej pracy magisterskiej, to książeczka jest dla Was.


2. "The handmaids tale" - Margaret Atwood.  Tak, przeczytałem książkę przed serialem, zanim stała się modna.

                                                    Nawet okulary mam podobne

Swoją drogą "czytałem książkę zanim powstał serial/film/gra/stała sie modna" to taki trochę crossfit, weganizm albo studiowanie prawa dla inteligentów/aspirujących do inteligencji/pesudo-inteligentów/czytaczy etc etc. Nie żeby inteligent nie mógł studiować prawa, być weganinem, albo chodzić na crossfit, ale wiecie, ja nie robię żadnych z tych rzeczy, więc ekhm.

No ale wracając do powieści, bo może ominęła was jej popularność, to tak, opowiada ona o niedalekiej przyszłości, kiedy to władzę w Stanach Zjednoczonych przejęli ekstremiści religijni, ukierunkowani na Stary Testament, opresje kobiet i nie tylko, właściwie uznali, że dobrym pomysłem będzie dokręcić śrubę każdemu, ale o tym zaraz. Władzę przejęli, bo na świecie zapanowała plaga bezpłodności (straszne prawda?) i trzeba było przeciwdziałać, a że osobowość autorytarna  ratunek dla świata najchętniej widzi w gnojeniu innych, to dzieją się rzeczy. Mamy więc niewielką raczej i cichą rewolucję, nowy rząd i zmienianie prawa, ustawa po ustawie w stronę totalitaryzmu (brzmi znajomo, co?). Najpierw zakaz pracy kobiet, potem kobiety tracą dostep do kont bankowych etc etc w końcu leci pełen odjazd i władza uznaje kobiety za środki produkcji, pozbawia jej jakiegokolwiek prawa do decydowania o własnej osobie, właściwie odbiera im status osoby, no i dzieją się rzeczy.

Akcja powieści dzieje się już w świecie ukonstytuowanym i rządzonym przez tych ekstremistów. Stany są państwem religijnym, innowiercy albo dokonują chrystianizacji, albo kula w łeb, mniejszości seksualne - kula łeb, osoby związane wcześniej z aborcją - kula w łeb, niebiali - kula w łeb, krytykowanie władzy - kula w łeb. Sytuacja nie jest kolorowa, władza kontroluje każdy aspekt życia swoich obywateli podzielonych na sztywne kasty, no ale wracam do kobiet, bo to ich los jest tutaj najważniejszy. Podzielono je między trzy kasty, żony, Marty i Podręczne. Żony to takie ozdoby mężczyzny, mają ładnie wyglądać, prezentować się i niewiele więcej; są bezpłodne z czym wiążą się Podręczne, bo to kobiety sprowadzone wyłącznie do roli chodzącego inkubatora. Niektórzy, wybrani, mężczyźni mają w swoich domach take właśnie podręczne, które regularnie gwałcą, dążąc do zapłodnienia (pamiętajmy, że panuje tutaj straaaszna apokalipsa bezpłodności), ale że są to religijnie skrzywieni fanatycy, to odbywa się to w dziwnym układzie, mężczyzna gwałci Podręczną, kiedy ta leży na żonie, taki wywijas, że on niby uprawia seks z żoną, a to wszytko w religijnym, staro testamentowym sosie. Oczywiście Podręczna nie ma żadnych wolności, jeśli jej się nie podoba jej los, to nie może nawet liczyć na kule w łeb, gdyż jej macica jest najważniejsza. Paskudnie. No i są jeszcze Marty, czyli służące, kucharki i sprzątaczki w jednym. Jak widzicie te trzy role, to rozbicie konserwatywnej wizji kobiety na trzy, jest tu więc też taki mały harem .Jako, że to opresyjnie konserwatywne społeczeństwo, to związki poza takimi układami są w ogóle nietolerowane i na kartach powieści spotykamy wielu sfrustrowanych takim stanem rzeczy mężczyzn, którzy nie mają dostępu do płci przeciwnej - czyżby nikt nie był z tego systemu zadowolony? OTÓŻ NIE.

Teraz opowiem Wam o tym fragmencie powieści, który wstrząsnął mną najbardziej. Bo w całym tym świecie przedstawionym, do pewnego momentu, to wszystko jakoś działa. Jest ta skrajnie nieelastyczna struktura społeczna, gwałty, opresja, kontrola, brak wolności (zarówno pozytywnej jak i negatywnej), ale to wszystko ma jakiś swój własny pomysł, idee, która tam się realizuje. Jest to idea straszna, ale spójna i konsekwentna... z tym, że niestety nie. W pewnym momencie powieści poznajemy miejsce, klub, w którym umieszczono część kobiet i zmusza się je tam do, no cóż zaspokajania i zabawiania mężczyzn. Mamy więc fasadowy konserwatyzm, seks w jednej ustalonej rządowo pozycji, brak jakiejkolwiek czułości, zasady "moralne" zatrzymujące każde namiętności i afekty, zakaz produkcji i posiadania bielizny innej niż najbardziej podstawowa - no pełna kontrola nad erosem, a tutaj nagle takie miejsce. I nie żeby pracujące tam dziewczyny miały jakąkolwiek większą wolność, o nie. Po prostu je tam zamknięto i tak jak te zamknięte poza tym miejscem zmusza się do 'skromności' i ograniczania jakiejkolwiek własnej ekspresji, tak te tutaj zmusza się do realizowania wizji 'kobiety upadłej' bywających tam panów. No świetnie. Robimy totalitarną, konserwatywną rewolucje, po to, żeby po cichu wymykać się do burdelu... Cała powieść jest wstrząsająca, pokazuje obrzydliwy system społeczny, zero wolności i nie dający radości wprost nikomu - zadowoleni są tylko bywalcy burdelu, ale to miejsce funkcjonuje nielegalnie, nie ma prawa bytu w ideologii, która tam panuje, jest abominacją. I to właśnie to jedno miejsce mnie najbardziej w tym wszystkim dotknęło - ogrom pracy i opresji po to, żeby robić wyjątki sprzeczne całkowicie z nową wizją.

Sporo się rozpisałem, ale temat ważny, ciągle bieżący i warty rozpatrywania w nowych kontekstach. Czytajcie. 

3. "Nietzsche" - Deleuze.  Nie istnieje dla mnie Nietzsche bez Deleuza. Sam nie jestem w stanie zbyt wiele z Fryderyka wyciągnąć, no a przynajmniej na tyle, żeby dało się to ułożyć w jakiś spójny system, filozoficzny pogląd albo argument, zaś Deleuze zrobił w swojej książce doskonałą robotę. Właściwie powinienem powiedzieć, że książkach, bo ta omawiana tutaj jest skrótem innej, dłuższej, w której Deleuze bardzo szeroko omawia Nietzschego, ale ona pojawi się w innym ksiązko-poście. 

Deleuzowi udaje ująć się nietzscheańską myśl jako jeden spójny system, w którym wszystko ze sobą współgra, wyrasta z mocnych fundamentów i dąży w konkretną stronę. Jego analiza zamieniła dla mnie zbiór wieloznacznych aforyzmów w konkretne narzędzie, które można wykorzystywać w analizie rzeczywistości - ja sam z radością korzystam z pracy Deleuza w mojej magisterce. Co do konkretów, to chyba je sobie odpuszczę, bo zainteresowani sami sprawdzą, a jeśli kogoś to nie ciekawi, to co mu będę truł. Na pewno jeśli chcecie zapoznać się z Nietzschem, to powinniście kupić prace Deleuza i to przez ich pryzmat poznawać różne Zaratustry czy Ecce Homo. Dla mnie to must have. 


4. "Sekretne życie drzew"- Peter Wohlleben. Kolejny dowód na to, że studia filozoficzne są najlepszymi możliwymi studiami oraz, ze mój Instytut Filozofii jest super. Miałem tą książkę w spisie lektur do egzaminu z Posthumanizmu (piąteczka była) i z radością czytałem. O kurcze, czułem się jakbym poznawał jakiś nowy, wspaniały, nieznany świat. 

Autor jest leśnikiem, miłośnikiem natury i badaczem drzew. Postanowił podzielić się ze światem swoimi obserwacjami i wiedzą na ich temat, ubierając to wszystko w zgrabnie wykonaną opowieść. Dowiadujemy się, że drzewa w lesie często są jednym wielkim organizmem połączonym korzeniami, że drzewa za pomocą wydzielania związków chemicznych mogą się komunikować, ile ma lat najstarsze drzewo na świecie (bardzo dużo), jak drzewa się rozmnażają i dlaczego w taki sposób, jak walczą o światło i jak pięknym, zróżnicowanym organizmem jest las. O kurcze, ja może nie uważałem za bardzo na biologii w liceum, więc to wszystko było dla mnie rewolucyjne, nowe, otwierające ścieżki intelektualne, ale myślę, że nawet jeśli Wy słuchaliście, to w tej książce znajdziecie dużo intelektualnej przyjemności. A no i znienawidzicie p. Szyszko jeszcze bardziej, jeśli zostały Wam na skali nienawiści wolne kropki.





5. "Życie, które mówi" - Joanna Bednarek.  Chodziłem do dr Bednarek na zajęcia, które były opracowane na podstawie jej książki. Kawał dobrych zajęć dotyczących hmm zwierząt, życia, ludzi, ich relacji, ale też nowoczesności i było trochę ciemnych kart filozofów wobec zwierząt (patrzę na ciebie Kartezjusz...) A książeczkę przeczytałem żeby dopełnić informacje wykładowe i nie żałuję. Jeśli kogoś interesuje konkretny tekst, podchodzący w naukowy i poważny sposób do zagadnienia, to niech sięga, tylko raczej nie kupujcie, bo tam gdzie ja się spotkałem, to książka była stanowczo za droga. Nie wiem kto ustala ceny niektórych naukowych publikacji w tym kraju, ale to wygląda jak stare ceny w euro na Steamie, "No masz polaczku, gra na promocji ze 100 na 80 euro, czego nie kupujesz? Taka promocja".

Treści "Życia, które mówi" przybliżał Wam nie będę z podobnych względów co przy książeczce Deleuza. Zainteresowania już sami rzucą okiem, a mój opis nie byłby zapewne zbyt ciekawy, bo najlepiej wychodzi mi pisanie o tym, co mnie wkurza i mi nie podoba, a ten tekst bardzo mi się podobał, ale też nie zmienił mojego życia na tyle, żebym budował wielopiętrowe metafory, peany etc etc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz