1. "Trockizm. Doktryna i ruch polityczny" - Urszula Łagowska i August Grabski. Prawdę mówiąc zupełnie nie pamiętam czemu zabrałem się za tę książkę. Pewnie z ciekawości, ale czemu akurat ta i w tym momencie? Nie kontynuowałem studiów nad tym zagadnieniem, a i czytałem ją dosyć hmm pobieżnie. Krótka, konkretna, zrozumiały język. Nie stałem się fanem idei, ale to za krótki tekst był żebym wyrobił sobie szersze zdanie, ale też publikacja przez swoją krótką formę nie nadaje się do czegoś takiego.
Bardzo przyjemnie czytało mi się tą powieść, Warszawa w kontekście relacji genderowych została zaprezentowana ciekawie, a kwestia poruszane w książce, dziś być może już archaiczna, ale wtedy była żywa i warto spojrzeć na nią przez pryzmat literatury z okresu. Jedyne co, to te nieszczęsne dialogi z dzieckiem i wątpliwe jak dla mnie zakończenie, no ale to drobnica w porównaniu do tego jak dobrze się to czyta oraz jakie jest pożyteczne intelektualnie. Wypożyczać, czytać, shareować.
3. "Limes Inferior" - Zajdel. Nuda. Kolejna wizja totalitarnego państwa, tym razem podana w sosie zagadnień ekonomiczno-antropologicznym, czyli pytanie na jakich zasadach przeprowadzana jest dystrybucja towarów w gospodarce niedoboru, jak klasyfikowani są obywatele oraz kim są rządzący. Na to ostatnie pytanie oczywiście wszyscy znamy odpowiedź, bandą opresyjnych łotrów, którzy pod płaszczykiem szczytnych idei osiągają ogromne korzyści, tutaj nic nowego, zresztą każde inne pytanie nie podaje żadnej nowej odpowiedzi. Klasyfikacja, która w założeniach ma dopasowywać człowieka pod względem jego możliwości intelektualnych do zawodu szwankuje, ludzie kupują usługi oszustów, którzy dają im lepsze/gorsze kategorie, reglamentacja towarów oczywiście też nie działa tak jak powinna i spryciarze oraz prywaciarze załatwiają co tylko chcą, a uczciwi stachanowcy żrą gruz. No i kobiety, nie zapominajmy, że polscy pisarze sci-fi uważają te tajemnicze i mistyczne istoty za niemożliwe do przeniknięcia, czy choćby szczątkowego poznania, dlatego też na kartach powieści pojawiają się zbiory wyobrażeń na ich temat. Obrzydliwe.
Główna intryga powieści polega na tym, że powszechna równość na świecie została narzucona ludzkim władcom przez kosmitów, których fantazją jest zaprowadzanie takiego własnie porządku w całym kosmosie. Ludzki rząd stara się tak manewrować sytuacją żeby kosmici pozwolili trwać jeszcze w jakiejś minimalnej niepodległości ludziom. Nuda straszna, jeśli się czytało inne książki Zajdla. Na końcu, dosłownie ostatnie strony, jest jeszcze jakiś mistyczny fragment, ale nie mam pojęcia co on może oznaczać; jeśli nie jest to zaszyfrowany kod, który pozwala zupełnie inaczej przeczytać powieść, to niewiele zmienia. Nie polecam.
4. "Menażeria ludzka" - Zapolska. Taka przyjemna, króciutka lekturka, którą dorwałem na bookcroosingu i machnąłem w pociągu do rodziców. Kilka historyjek opisujących ludzi w nieprzyjemnych układach społecznych. Z pozoru przykładna żona zdradzająca męża; mąż tyran, odmawiający żonie pieniędzy, który ją zdradza; pogardzany nauczyciel, który znosi trudy dla chorych rodziców itp. Napisane ze swadą dobrej gawędziarki opowieści, którym niczego nie brakuje, ani nic bym do nich nie dodał. Jak się już wczyta w schemat to nie zaskakują, bo wiemy, że w pewnym momencie każdej opowieści następuję odwrócenie sytuacji albo portretowanej osoby, jednak jest to zrobione świadomie, zgrabnie i ma swój cel, który spełnia. Mnie najbardziej dotknęła historia nauczyciela, wyśmiewanego przez uczniów, nielubianego przez innych, który na końcu opowiadanka czyta list od starych rodziców, którzy oszczędności życia wyłożyli na jego edukację i dumni są z osiągnięć. Co prawda zasjpojlerowałem wam, ale jeśli macie możliwość, albo wolny slot czytelniczy to polecam wam sięgnąć po tę lekturę. Zapolska uprawia tam gawędę bardzo dobrej jakości, a do tego znaleźć tam można ciekawy opis dziewiętnastowiecznego świata, zwyczaje, przedmioty, miłe ciekawostki dla rpgowców.
5. "Delusion of gender" - Cordelia Fine. Książka cholernie grubego kalibru, która zasługuje na co najmniej osobną notkę i to dużą. Fine bierze na celownik neuroseksizm, rozpasane wykorzystywanie neuronauk i biologii w usprawiedliwianiu seksizmu jako czegoś wychodzącego "z natury, czy to "naturalnych" relacji między zwierzętami, czy zaglądając w głąb człowieka z jego pracy mózgu. Cordelia Fine szarżuje w ogromny, rozrośnięty rak neurosekzimu i rozjeżdża bez skrupułów, nie biorąc jeńców. Zaczyna od seksizmu naszego powszedniego, który sprawia, że jeśli przypomni się uczestnikom badań jakiej są płci, to zmienia to wyniki badań, przez problemy z możliwością zaistnienia genderless-owego wychowania w świecie mocnego i wyraźnego podziału na płcie, żeby potem zaatakować rezonans mózgu, popularne książki dotyczące zagadnienia płci mózgu i wiele wiele więcej. Wszystko to spisane jest dowcipnym i bardzo fachowym językiem, okraszone milionami przypisów oraz źródeł, no a sama Fine jest specjalistką w temacie, która ma na koncie sporo prac i ukazują się następne.
Jak dla mnie to pozycja obowiązkowa dla każdego i każdej osoby. Niezależnie od jakichkolwiek dystynkcji międzyludzkich, czytelniku/czytelniczko rzuć wszystko co teraz robisz i pobiegnij do księgarni/biblioteki/mojego mieszkania i kup, wypożycz bądź pożycz ją, ponieważ nie zdajesz sobie nawet sprawy jak wiele w naszym zdrowym rozsądku, wiedzy potocznej, powiedzonkach i kulturowych kodach jest seksizmu oraz jak bardzo jest to szkodliwe. Mówiąc językiem reklamy: już dziś, własnymi siłami, możesz dołączyć do powstrzymywania pożogi seksizmu!
Z Baumana nie czytałem dotąd wiele. Ot raptem trzy książki, z czego ostatnia, wydana już po jego śmierci, była ewidentnym skokiem na kasę i żałuje, że tyle monet uciekło z mojego portfela; zaś jego książka o socjalizmie jest świetna i na pewno znajdzie się w top 10 moich książek tego roku, a czy będzie tam Płynna Nowoczesność? Sam nie wiem. Mam z nią ten sam problem co podczas czytania różnych klasycznych dla fantastyki pozycji. W pewnym momencie historycznym były one na tyle nowe i przełomowe, że doczekały się wielu analizatorów, recenzentów, omówienie itd. A ja jako jednostka wchodząca w ten prąd intelektualny/literacki po pewnym czasie najpierw chcąc nie chcąc stykam się z dziełami wtórnymi/kontynuatorami wobec "tekstu klasycznego", więc kiedy docieram już do niego samego to jego tezy i założenia nie mają dla mnie niestety świeżości. Nie oznacza, to, że w takim razie "klasyczne teksty" są bezwartościowe, czy, że nie warto do nich sięgać, bo warto, gdyż żadna analiza nie da tego co obcowanie z materiałem jeden na jeden i jest to intelektualna przygoda. Jednakże w moim przypadku często ciężko mi się później odnieść w jakiś interesujący sposób do poznanych treści. Wam rzecz jasna polecam, jest napisana przejrzyście, klarownie i próg wejścia jest bardzo przystępny; może się zdarzyć tak, iż jeśli nie jesteście zaznajomieni z kontynuatorami/krytykami tej koncepcji, że będzie to dla Was coś bardzo świeżego intelektualnie, rozsuwającego zasłony z rzeczywistości - i proszę tego w żadnym razie nie odczytywać ironicznie, to jest pisane w pełni poważnie. Bardzo lubię jak literatura rozsznurowuje czy odkrywa mi różne mechanizmy świata.
7. "Pięciu na Deimosie" - Władimir Michajłow. - Kiedyś w ramach ratowania zbiorów pewnej biblioteki zakupiłem od niej trzydzieści powieści science-fiction za trzydzieści złotych i była to bardzo dobra decyzja. Po pierwsze lubię kupować książki, a do tego jeśli pieniądze idą na tak szczytny cel jak ratowanie innych zbiorów, to przyjemność jest podwójna, a po drugie dostałem w swoje ręce perełki myśli science-fiction z zupełnie innego świata. Większość z tych książeczek to radzieccy pisarze, wydawani w popularnych seriach o ogromnych nakładach (pierwsza z brzegu: wyd. 3, nakład 180 tysięcy), czyli z namaszczeniem władzy, więc w książkach tych nie ma "sprytnie zawoalowanej" (patrzę na ciebie Zajdel...) krytyki systemu, a są za to podróże kosmiczne, socjalistyczni astronauci itd. Bardzo ciekawie się to czyta w kontrze do krytycznej science-fiction socjoligcznej, bo tu pierwsze skrzypce gra coś zupełnie innego, i tak w "Pięciu na Deimosie" mamy do czynienia z misją kosmiczną, która natrafia na dziwny obiekt, postanawia go zbadać i dzieją się rzeczy.
Piękna okładka, prawda?
Fabuła jest nudna jak flaki z olejem, okazuje się, że ten obiekt to konstrukcja kosmitów, którzy go opuścili i właściwie tyle. Lecą, badają, poznają i finito. Jednakże bawiłem się przy tej lekturze świetnie, ale nie z powodu intencjonalnie poczynionych przez autora działań, a z powodu ducha jego epoki, który objawia się w szczegółach powieści. Bo kto by pomyślał, że cechą wyróżniającą kapitana misji kosmicznej jest umiłowanie do baletu i że potrafi on rozmawiać o nim, w sposób profesjonalny, bardzo rozlegle, oczywiście mowa tutaj o rosyjskiej/radzieckiej szkole baletowej. Inna sprawa to rozmowy pilotów i scena kiedy jedne poucza drugiego, że nie powinno o sobie myśleć jako o bohaterach wśród gwiazd, bo bohaterami jest cały naród, którego robotnicy wyprodukowali ten statek, z materiałów przygotowanych przez górników i hutników, według planów inżynierów, a teraz ich misja nadzorowana jest przez sztaby naukowców itd itd. Brzmi to trochę śmiesznie, ale jest interesujące i pedagogicznie pozytywne, bo piloci mają rację podkreślając wagę sytuacji historycznej, która pozwoliła im jako zwieńczeniu pewnego projektu przebywać w kosmosie. Teraz małe wtrącenie naukowe, sytuacja w której mamy indywidualistycznych pilotów, bohaterów, którzy poruszają do przodu machinę świata swoimi indywidualnymi osiągnięciami i sukcesami byłaby wariantem wig history (wig science-ficiton?), a w tej powieści jest perspektywa zupełnie odmienna.
(...)tak zwany „wig history” (Hughes 2005), gdzie
kładzie się nacisk na osobę innowatora, a nie społeczeństwo, z którego się on wywodzi. (...) Jak dostrzegły to etnografki
Praktyka Teoretyczna 1(15)/2015
270
STS, szczególnie te pracujące w tradycji feministycznej, relacje w zbiorowości dużo trudniej
przekazać w opisie (popularnym lub naukowym) niż klasyczne narracje heroiczne o wielkich
jednostkach (np. Star 1990). Skrótowość i popularność pcha nas łatwo w objęcia narracji
indywidualnych i heroicznych. [1]
Dużo jest tam takich kulturowych różnic pokazujących jak może wyglądać science-fiction. Można to oczywiście oskarżyć o propagandowy wydźwięk, gołosłowne wstawki dla cenzury, co nie zmienia faktu, że dzięki temu jest to coś odmiennego.
Jeśli nie interesują was klimaty radzieckich, oświeceniowych kosmonautów, to nie polecam, bo jak pisałem wcześniej, poza tym to nuda mocno. Dla mnie to była bombowa przygoda intelektualna i czytałem też inne tomiki, które wtedy kupiłem, bardzo dobra zabawa.
Jeśli nie interesują was klimaty radzieckich, oświeceniowych kosmonautów, to nie polecam, bo jak pisałem wcześniej, poza tym to nuda mocno. Dla mnie to była bombowa przygoda intelektualna i czytałem też inne tomiki, które wtedy kupiłem, bardzo dobra zabawa.
[1] Marcin Zaród, "Polityka, organizacja i praktyki tworzenia wiedzy w kolektywach
otwartego kodu. Socjolog techniki czyta Inną Rzeczpospolitą Jana
Sowy |", z Praktyka Teoretyczna 1 (2015) s.269
http://numery.praktykateoretyczna.pl/PT_nr15_2015_Praca_i_wartosc/PT_nr15_2015_Praca_i_wartosc.pdf
http://numery.praktykateoretyczna.pl/PT_nr15_2015_Praca_i_wartosc/PT_nr15_2015_Praca_i_wartosc.pdf

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz