czwartek, 1 marca 2018

Książko-post lipiec/sierpień 2017

Wakacyjne wyjazdy mocno ograniczyły mi przeczytane lektury, aż trochę wstyd, że przez dwa miesiące weszły tylko dwie książki. Mam wrażenie, że liczba wyjazdów, aż tak bardzo tego nie usprawiedliwia i chyba udzieliło mi się hm... swobodne zażywanie beztroski.


1. "Zabobon rozwodu" Chesterton.  Dawno nie było żadnego Chestertona prawda? A no to dlatego, że nasz romans był bardzo płomienny (dał owoce w postaci licencjatu i magisterki), jednakże wypalił się i na dzień dzisiejszy są to już tylko pogodne wspomnienia minionej przygody. Niemniej sporo się od niego nauczyłem, cały czas bardzo cenię ten styl formułowania argumentów, no i są też kwestie w których zawsze będzie nam po drodze. Tak właśnie jest z antykapitalizmem, który ważnym elementem chestertonowskiej myśli dotyczącej rozwodów - zrobiłem w tym miejscu małą woltę, bo on on sam ten wątek ukrywa w książce bardzo długo, żeby ujawnić dopiero na końcu. Dobry trik pisarski, no ale Gilbert zawodowo zajmował się pisaniem (80 książek na koncie, hoho).




Dla Chestertona podstawową jednostką zdolną przeciwstawić się opresji kapitalistycznemu systemowi wyzysku społecznego jest rodzina. Odmalowuje on wizje trochę naiwną i romantyczną wizje, niemniej jest to całkiem wartościowy sojusznik, bo ładnie wypunktowuje ciemne strony brytyjskiego kapitalizmu z przełomu XIX i XX wieku. Żałuję, że książkę zostawiłem w innym mieście, bo cytowałbym, no ale musicie zadowolić się moją relacją. Tak więc jeśli chodzi o samą finałową myśl, to interesująca, co prawda rodzinę w jego rozumieniu, czyli związek kobiety i mężczyzny plus dzieci etc ja sam mógłbym podmienić na inne, mocno związane z sobą wspólnoty ludzkie, czy to około rodzinne ale w innych układach, czy może oderwane od aspektu rodzinnego, jednakże zwrócenie uwagi na alienacje i trudność sprawczego działania jako pojedynczy atom jest cenne. 


No ale ten antykapitalistyczny wątek dzieje się w finale, a co wcześniej? A no Chesterton snuje rozważania, że rozwód jest zabobonem, ponieważ jako taki nie istnieje, gdyż ślub, który zostaje złamany, nie został zawarty ze szczerą intencją, zrozumieniem etc czyli ślub jest albo doprowadzony do końca, albo już wcześniej zawierał w sobie jakąś skazę, która odbierała mu jego status. Przy czym pisząc o ślubach nie ma on na myśli tylko i wyłącznie sakramentu małżeństwa, tylko chodzi tam też o śluby z rodzaju jakichś rycerskich ślubowań, coś ala Zbyszko z Bogdańca i trzy pawie pióra dla jego ukochanej. Jego koncepcja opiera się na bardzo mocnej wyobrażonej wizji romantycznego średniowiecza, w którym wszystko było osnute na chrześcijańskich zasadach, romantyczni ludzie podejmowali szaleńcze śluby, których dotrzymywali za wszelką cenę etc etc. Brzmi to jak opis jakiegoś lajtowego, trochę kiczowatego crpga high fantasy, a jednak jest to fundament pewnego światopoglądu. No i tu zaczyna się nasz intelektualny rozbrat, ale ja nie o tym miałem pisać. 

Więc jak to jest z tym zabobonem rozwodu? Konserwatywny tekst, z którego bardzo mocno bije scementowana i zamknięta wizja rodziny, związku, małżeństwa etc chciałoby się powiedzieć mannheimem, że jest są to definicje czysto ideologiczne, na usługach dominującego systemu społecznego. Na szczęście Chesterton, to Chesterton i wszystko to opisuje lekkim piórem oraz z humorem, więc w lekturze przyjemne, nawet jeśli z zupełniej odległej mi opcji ideologicznej. Zgadzamy się z tym, że kapitalizm rozbija relacje społeczne, że warto temu zapobiegać, mamy inny pomysł na metody, ale nie wykluczają się one, aż tak bardzo.

Czy warto czytać? Można się zapoznać, żeby poszerzyć spektrum opinii o konserwatystę, który nie jest betonem, jakich wielu we współczesnych mediach. Jeśli komuś taki punkt widzenia jest bliski, to przeżyje prawdopodobnie przyjemną intelektualną podróż, zaś jeśli jest komuś odległy, to również będzie to przyjemna intelektualna podróż, choć może być okraszona pewną dozą irytacji, że no ale jak to, czemu on tak gada i co to za reakcyjne poglądy - mnie taka doza irytacji doskonale motywuje do pracy twórczej (co też luba często mi przypomina, podkreślając, że jej ulubione książko-posty to te w których coś ostro krytykuje), więc może i kogoś z Was to zainspiruje? 


2. "Pro. Odzyskajmy prawo do aborcji" Katha Pollit.  A to w kontraście do Chestertona. Aborcja dla wszystkich! Bardzo udana książka, do której sięgnąłem żeby poukładać sobie w końcu porządnie poglądy na sprawę. Wcześniej już miałem zdanie, jakieś dane i pomysły, jednakże była to raczej mgławica, która swobodnie sobie płynęła i bardzo żywo oraz elastycznie reagowała na to co działo się wokół, a przy pomocy tej lektury i pracy własnej w końcu wszystko się ułożyło w jakiś, mam nadzieję koherentny, system, który sobie powoli ewoluuje, ale ma już ramy i konkretny kierunek (też tak macie, że mija trochę czasu i książek zanim ustalicie konkretne, mocne zdanie na jakiś temat?)

Książka ma na celu omówienie aborcji, jej współczesnej historii, losów w sądownictwie, przebiegu samego procesu, konsekwencji prawnych/zdrowotnych/psychologicznych/społecznych itd itd przewodnik po aborcji jak te różne wydawane przez KryPe w których macie wszystkie podstawowe informacje, żeby się orientować, móc błyszczeć na afterach po demonstracjach i mieć fundament do dalszej pracy badawczej.


Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej
Tak wygląda przykładowy przewodnik KryPy

Dzięki temu Pro była doskonała do celu jaki przed nią postawiłem. Dowiedziałem się, że ciąża i poród są o wiele bardziej ryzykowne dla zdrowia/życia aniżeli aborcja przeprowadzona w bezpiecznych warunkach. Jakie są procedury, które przed aborcją w niektórych stanach USA muszą przejść kobiety, z czego one wynikają i dlaczego są poniżające. Poznałem ceny zabiegów i kwestie dostępności klinik i geeez Stany Zjednoczone to wielki kraj, wszędzie daleko, a jak się nie ma pieniędzy, to przekichane, ale na szczęście dowiedziałem się też o istnieniu czegoś w rodzaju stowarzyszeń opłacających kobietom częściowo podróż i zabieg. Chociaż tyle.

Z mało przyjemnych rzeczy poznałem sprawę Savity Halappanavar, która zginęła z powodu odmowy przeprowadzenia aborcji. W książce było jeszcze kilka podobnych przykładów, ale ten najbardziej mnie poruszył i dał do myślenia. Zresztą dużo tam jest takich życiowych i powszechnych przykładów.

Główna myśl autorki jest taka, że zakaz aborcji związany jest z dyscyplinowaniem seksualnym kobiet. Że ciąża ma być nieodwołalną karą za seks, widmem, które wisi nad każdą kobietą i w przypomina jej cały czas, że jej wolność podejmowania decyzji, plany na przyszłość i zamierzenia są bardzo kruche, że w każdej chwili mogą zostać roztrzaskane. Dodając do tego wszystkie ryzyka zdrowotne związane z ciążą, porodem oraz chorobami płodu, jest to bardzo dużo straszak. No bo biorąc pod uwagę skalę przemocy seksualnej, to taki całkowity zakaz aborcji, brzmi dla mnie jak ogromny stres.

Kupować, wypożyczać, czytać, legalizować aborcje.


Zdjęcie pochodzi z okładki Wysokich Obcasów, a pożyczyłem je ze strony: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/wysokie-obcasy-aborcja-jest-ok-wojciech-krzyzaniak-to-skandaliczne-haslo-jest-skutkiem-zamkniecia-sie-redaktorek-we-wlasnym-srodowisku





Klasa pomocników nie może stworzyć tego typu ideologii, którąby przyjąć mogła klasa panów, ponieważ pierwsza zajmuje się raczej sprawami drugich, aniżeli własnymi interesami. Ideologia jej nabiera charakteru porad, dawanych przez prawników, historyków lub uczonych na temat zagadnień, które się im przedstawia do rozstrzygnięcia. Ażeby sobie taką pracę ułatwić, należy wszystko przeprowadzić w sposób szkolny; i dlatego we Francyi każda opinia stała się zależną od abstrakcyjnych formuł, od ogólnych teoryi, od filozoficznych poglądów. Ten sposób rozumowania nie odpowiada zupeł­ nie ludziom, zajmującym się własnymi interesami, którzy też stosują zwykle swój sposób działania, do warunków rozsądku i do osobistego doświadczenia. 

środa, 21 lutego 2018

Książko-post czerwiec 2017

Czerwiec to dominacja literatury filozoficznej. Co prawda średnia mi spadła, ale jakościowo przeczytane rzeczy były naprawdę srogie, więc mogę sobie to wybaczyć.


1."The penguin and the leviathan: how cooperation triumphs over self-interest" - Yochai Benkler. Książeczka o bardzo długim tytule, ładnej okładce i super treści. Autor zajmuje się w niej zagadnieniem kooperacji i egoizmu, na wielu przykładach, począwszy od graczy, przez rybaków na poławiaczach krewetek kończąc. Jego idea jest taka, że nie ma czegoś takiego jak naturalne skłonności do jednego czy drugiego typu pracy, najważniejsze są warunki w których umieszcza się uczestników relacji, a oni na ich podstawie przyjmują konkretne zachowania. Jako przykład przytoczę moje ulubione badanie z książki, dotyczące nazwania i sposobu zaprezentowania gry w której uczestniczyli badani. Obie gry miały takie same zasady (podobny do dylematu więźnia) tylko miały inną oprawę i nazwę, jedna była czymś w rodzaju Wilki z Wall Street, a druga opowiadała o zarządzaniu wspólnie miastem. Te same zasady, dwie różne oprawy, dwa różne style gry. Benkler powołuje się w tamtym miejscu na Frame Analysys Goffmana.

(...) If you know the other person believes they are playing a "Community game", you might expect them to cooperate; then you might be more willing to take the risk of cooperating as well (even assumption you're not the kind of person who is out for yourself, you don't want to be taken for the sucker either).

Tak to ładnie podsumowuje Benkler.



Autor również zbiera w książce pokaźną pule przykładów na zalety wynikające z kooperacji, chociażby zawartego już w tytule Linuksowego pingwina, ale też Wikipedie, stowarzyszenia działające na rzecz praw pacjentów, strony internetowe skupiające cierpiących na rzadkie choroby (działające jako grupy wsparcia i doradztwa), podaje przykład policji w Chicago, której działania zyskały na skuteczności po wprowadzeniu regularnych spotkań z mieszkańcami i wspólnych naradach dotyczących podejmowanych działań. Wymienia także skuteczność akcji crowfundingowych, wspierania artystów poprzez kupowanie ich dzieł bezpośrednio, bez uczestnictwa pośredników i skuteczność systemu "pay what you want".

Mnie przykłady podawane przez Benklera i w ogóle idea jego książki jak najbardziej przekonują. Nie jest to zresztą nic wielce rewolucyjnego, chyba? No jeśli ktoś jest "darwinistą społecznyn", neolibkiem czy innym takim, to rzeczywiście może to być chwytające za serce, ale nie w odruchu "oh jak miło", tylko raczej "mam zawał!". Niemniej, jeśli komuś nieobce są ludzkie odruchy, to The Pungin and Leviatan są dobrym uzupełnieniem przemyśleń, dobrą bazą konkretnych przykładów, naukowych badań i co najważniejsze dla mnie odnośników do innych książek oraz badaczy tego zagadnienia. Na koniec cytacik:

I've hoped to show, by cutting through the breadth of scientific and observational evidence now available to us, that we aren't suckers or naive idealists when we trust, or reciprocate trust. Adn along the way I've hoped to show how cooperation triumphs self-interest -maybe not all the time, for everyone, but far more consistently than we've long thought.



2. "Społeczeństwo bez szkoły" - Ivan Illich.   Na początek opisu wrażeń z lektury muszę Wam się do czegoś przyznać, otóż bardzo długo myślałem, że ten tekst popełnił trochę inny Illich, a dokładniej, to Włodzimierz Ilijicz Uljanow i byłem bardzo zaskoczony kiedy w bibliotece dostałem jakiegoś Ivana Illicha. Potem zaskoczeniu nie było końca, ale to już z powodu samej treści książki





Plik:Bundesarchiv Bild 183-71043-0003, Wladimir Iljitsch Lenin.jpg

Tak wygląda Włodzimierz Illijicz 

Ivan Illich.jpg

A Ivan Illivch wygląda tak

Autor bierze na celownik współczesną szkołę i oświatę (pisane w latach 70, ale chyba u nas za wiele się nie zmieniło), nie zostawiając na niej suchej nitki. Zaczyna z grubej rury, bo od krytyki instytucji w ogóle, jako tworów, które pierwotnie stworzone przez i dla człowieka, wyrwały się spod jego władzy i tego człowiek zmuszony jest żyć dla nich i według ich zasad - czysty Kafka! Najważniejsze jednak dla jego rozważań jest jednak środowisko szkolne. Jak pisze:

Szkoła - specyficzny dla danego wieku, związany z nauczycielem proces wymagający obecności w pełnym wymiarze godzin i wypełniania programu


I odnosi się do instytucjonalnego zniewolenia zarówno uczniów jak i nauczycieli, których relacje krępowane są poprzez siły, żywioły w ogromnym stopniu od nich niezależne.

Jest tam sporo uwag dziś już powszechnych, automatyczne wkuwanie programu, oderwanie biegu szkolnego od indywidualnych zainteresowań i pasji ucznia, nauczyciel już nie jako przewodnik a urzędnik wykonujący określone zadania etc etc. Z rzeczy mniej oczywistych, to Illich krytykuje szkołę jako współczesną formę systemu stanowego, nadającą status arystokracji osobom z odpowiednim dyplomem (prywatne, prestiżowe, drogie uczelnie), a im gorszy dyplom, tym niższy stan, aż do bez-dyplomowego chłopstwa. Jest to krytyka systemu, który nie jest po prostu obiegiem osób dokładających starania dla zdobycia wykształcenia i osiągających z tego powodu korzyści, a raczej floydowskim przycinaniem do standardów, które po wsparciu kapitałem kulturowym oraz finansowym rodziny daje status arystokraty.

Miałem szczęście, że przed przeczytaniem książki usłyszałem o niej na zajęciach akademickich, od razu w formie krytycznej - Illich krytykuję szkołę jako wykształcony pisarz, filozof, który ma już pewną pozycję, a pozostaje jeszcze spora część mieszkańców świata, którzy poprzez kapitalistyczny system relacji relacji społecznych, wypchnięci na jego peryferie nie mają innego wyjścia jak przejść długą drogę edukacji żeby mieć bezpieczny dostęp do dóbr. Inaczej rzecz ujmując: będąc mieszkańcem jakiegoś rozdartego wojnami i biedą państwem, w celu poprawienia swojego losu można: pozostać w kraju z bardzo ciężko sytuacją, próbować się przedostać się jako uchodźca do Europy i tym samym ryzykując śmiercią po drodze i status człowieka drugiej kategorii na miejscu, bądź uzyskawszy odpowiednie wykształcenie wyjechać (drenaż mózgów). To oczywiście uproszczony model i nie posądzajcie mnie o coachingowanie mieszkańców krajów trzeciego świata (Chcieć to móc! Po co umierać na malarie, skoro można zostać neurobiologiem i produkować wzmocnione pasze w Teksasie! Wstań i w trzech prostych krokach zmień swoje życie.), ale zasadę mam nadzieje widać dosyć wyraźnie, jeśli jestem z grupy uciskanej, pozbawionej statusu, to muszę go sam wytwarzać.

Illich to dobry rebel, który miał ciekawy pomysł na świat. Potrafił dokonać konkretnej obserwacji, analizy i wyznaczyć program działania, który nie przetrwał próby czasu, internetu i wyzwań współczesnej edukacji, niemniej jego pierwsze dwa kroki nadal pozostają aktualne, skłaniają do myślenia i dobrze by je byłoby uwzględniać w wykształceniu nauczycieli. No ja jeśli będę miał taką możliwość, to uczniom z chęcią o niej opowiem.

3. "Rose Madder" King.  To się nazywa ostre otwarcie! Z braku zajęcia wypożyczam książkę z biblioteki, bez żadnego wstępnego wywiadu, siadam na ławce, czytam i jebs kamieniem fabularnym na twarz. Przemoc domowa, maltretowana kobieta, poronienie - pierwszych kilka stron, opisuje przerażające sceny. Byłem nieźle poruszony tym co tam przeczytałem i rozważałem, czy by nie porzucić lektury, no ale za chwilę główna bohaterka ucieka od swojego męża kata, żeby rozpocząć nowe życie, z dala od potwora, no i zostałem, co mnie bardzo cieszy, bo książka jest super.

book cover of Rose Madder

King bardzo wyraziście i przekonująco opisuje na kartach powieści, to co się działo w umyśle uciekającej od męża Rosie. Panika, przerażeniem przypadkowość wielu decyzji, poszukiwanie jakiejś przyjaznej osoby, co doprowadzana ją do bezpiecznej przystani. Historia jej małżeństwa, przeradzającego się w koszmar, też jest realistyczna, zaś opisy jej domowego życia... no cóż, uh, są takie jakie powinny być czyli bardzo nieprzyjemne, duszne i aż chce się samemu ukatrupić jej męża. Męża, który jest policjantem, co trochę kliszowo, ale pozwala wzmocnić gęstą atmosferę, bo przecież koleguje się z policjantami, kiedy na niego doniesiesz, to nikt ci nie uwierzy, a kiedy rusza za nią w pościg, to może sobie pozwolić na więcej. Jest to jednak postać typowa dla kingowskich villainów, traci nad sobą panowanie w wyniku dziwnego zamroczenia, odczuwa częsty ból głowy, który skłania go do agresywnych reakcji, był molestowany w dzieciństwie - no jest to bardzo problematyczna postać, jednowymiarowa i bez potrzeby, w szkodliwy sposób próbowano nadać jej jakąś głębie. Lepiej byłoby okroić tekst z fragmentów próbujących opowiadać o tej postaci z innej perspektywy niż jego żony, powieść tylko by na tym zyskała.

Za to części pisane z perspektywy Rosie są ciekawe i wydaje mi się, że w jakimś stopniu dobrze oddają temat. Po drodze trafia ona do stowarzyszenia "Matki i córki", które zajmuje się pomaganiem kobietom w ciężkiej sytuacji i staje się ono narzędziem do zaprezentowania ciekawych postaci oraz ich niełatwych losów płci doświadczającej większości przemocy domowej. Na kartach powieści obserwujemy jak mieszkające w tym miejscu kobiety zmieniają się, doświadczając ciepła i pomocy, a także jak radzą sobie z mężem Rosie, który w pewnym momencie odnajduje jej trop i postanawia odzyskać co jego. Tak, na końcu czeka nas bitwa sił dobra ze złem :D

Dobrym ruchem ze strony Kinga byłoby też ograniczenie wątków fantastycznych, które się tutaj znajdują. Główna bohaterka kupuje w antykwariacie obraz przedstawiający antyczny krajobraz z kobietą podobną do niej, który to obraz daje jej siłę do działania i jest później przyczyną kilku ciekawych scen, które pominę, bo spojlery. Jest to ciekawe zagranie, tylko im bliżej finału tym za dużo zagarnia światła i częściowo psuje finał. Niemniej, jest to interesujący motyw, który opiera się na klasycznym tropie magicznego obrazu i ukrytego w nim świata, ale wykorzystany zostaje tutaj trochę inaczej.

Dla mnie wciągająca, miejscami straszna, miejscami szkodliwe napisana, powieść w klimacie thrilleru, z ciekawym przedstawieniem dużej liczby kobiecych postaci. Dobre do pociągu, albo na plaże.

4. "Szkarłatna Litera" Hawtorne.  Nie była to porywająca lektura, no ale 1850 rok wydania, pierwsza amerykańska powieść psychologiczna... sratata i tak się nudziłem. Akcja dzieje się w jakiejś purytańskiej osadzie w nowo kolonizowanej przez Europejczyków Ameryce Północnej i wszystko opowiada o głównej bohaterce, która zdradziła pod nieobecność swojego męża, ma z tego powodu dziecko, a jej sąsiedzi uznali, że dobrym pomysłem będzie jej przyszyć do ubrania znaczek za karę i dawać jej do zrozumienia na każdym kroku, iż uważają ją za złą kobietę. No i główna bohaterka zamiast założyć w wiosce komórkę PPSu i dążyć do zmiany stosunków produkcji oraz genderowych relacji i dyscyplinowania seksualności, pogrąża się w smutku i cierpi przez jakieś 100-150 storn.

No i ona wychowuje swoją córkę i cierpi, ukrywa przed wszystkimi z kim miała romans, żeby go chronić (głupia nie rozumie, że "im gorzej tym lepiej" i oddala od siebie rewolucje wywołaną niezadowoleniem z purytańskiej moralności, tym samym pogarszając swój los), potem jej mąż wraca skądś tam w ukryciu i obserwuje całą sytuację. No dramaty, panie, dramaty.


 Fajnie, fajnie, z tym, że nie.


5. "Wyobraźnia ontologiczna. Filozoficzna (re)konstrukcja fronetycznych nauk społecznych" Andrzej W. Nowak.  To była dopiero grubaśna książka! Grubaśna zarówno pod względem objętości jak i zawartości, no ale nie ma się co dziwić jeśli autor stawia przed sobą takie zadanie jak propozycja przebudowy nauk społecznych. Tutaj odbywa się to przy pomocy kilku interesujących postaci i metod uprawiania nauki / ciekawego opowiadania o niej. Najlepiej zacznę cytatem prosto z książki, który wyjaśnia jej cel:

"Dlaczego filozofowie akademiccy w dużej mierze utracili zdolność opowiadania tak intrygujących opowieści o świecie? Pozwólmy sobie na małe ćwiczenie intelektualne: gdybyśmy zapytali któregoś ze współczesnych czy dwudziestowiecznych filozofów oto, jak powstał dzisiejszy Egipt, prawdopodobnie żaden z nich nie wspomniałby o komarze czy nowym rodzaju malarycznego pierwotniaka. Filozofia akademicka utraciła zdolność słuchania takich dziwnych, choć ugruntowanych w codzienności , przyziemnych historii. (...) Książka, którą właśnie rozpoczyna, narodziła się z ambicji, by filozofię, a szerzej, także nauki społeczne nauczyć na nowo słyszeć owe głosy. Z pożytkiem dla wszystkich."


Z powodu tak wyznaczonego celu książka pracuje na dwóch płaszczyznach, jedna to płaszczyzna szerokiego spojrzenia, wyobraźni socjologicznej C. W. Millsa, a druga skupia się na przedmiotach, rozumianych jako aktorach życia społecznego i uczestnikach jego przemian. Ta druga płaszczyzna najlepiej zaprezentowana jest w przytoczonej przez autora historii o udziale komara i malarii podczas walk toczonych w Egipcie podczas drugiej wojny światowej. Chodzi własnie o zwrócenie uwagi na czynniki powszechnie pomijane w narracji wojennej, która skupia się zazwyczaj na celowych ludzkich działaniach, a pomija własnie takie sprawy jak choroby dziesiątkujące żołnierzy. Oddajmy głoś generałowi Macarthurowi:

 “This will be a long war if for every division I have facing the enemy I must count on a second division in hospital with malaria and a third division convalescing from this debilitating disease!”

Wyobraźnia socjologiczna z pierwszej płaszczyzny ma służyć do umiejętnego określenia swojego usytuowania w świecie, w taki sposób, aby uniknąć jakiejś formy fałszywej świadomości (Polecam w tym temacie "Co z tym Kansas" Franka.), która mogłaby utrudniać działanie na rzecz dobrej sprawy. Dalej znajdują się rozważania na temat roli intelektualistów i różnych typów postaw jakie mogą przyjmować we współczesnym świecie - to i dużo, dużo więcej. 

Dla mnie to pozycja bardzo dobra, pobudzająca do myślenia, która rozpoznaje, analizuje i daje propozycje do kolejnych kroków. Napisana zgodnie z cytatem z początku, czyli poza byciem naukowa, jest też ciekawą opowieścią, którą płynnie się czyta, dużo tam odniesień do wydarzeń historycznych oraz niespodziewanych zwrotów akcji w narracji (znajduje się tam nawet rozdział o grze Go - który jest umocowany w całości tekstu i logicznie pasuje, to nie żadna dygresja z czapy). Polecam zarówno dla filozofów, jak i niefilozofów.