czwartek, 27 października 2016

Książko-Post sierpnień 2016

Aye! Oto książki przeczytane w sierpniu. Po słabym czytelniczo, acz bogatym w wędrówki, lipcu lista książek wydłużyła się zacnie o kilka mocnych tytułów. Zapraszam do lektury:


1. „Życie codzienne w czasach Joanny D'arc” Marcelin Defourneaux – Moja luba wyhaczyła to w antykwariacie, a ja szybko kupiłem w celach RPGowych. Był to udany zakup, gdyż książka wywiązuje się ze swojego tytułu bardzo dobrze. Opowiada o Francji i Paryżu, jako najbardziej reprezentatywnym miejscu tamtych czasów, poznałem więc szerokie ramy historyczne, społeczne i gospodarcze, a potem zgodnie z zasadą „od ogółu do szczegółu”, klasy społeczne, regiony, aż do przykładów jednostkowych, rycerze, rycerki (bo kobiet z mieczem nie brakowało), a nawet i księża na czele zbronych oddziałów. Napisana żywym językiem i nie zanudza nadmierną ilością dat czy suchych informacji, dużo anegdot, zabawnych dykteryjek, a postacie opisywane są nie z kronikarskiego obowiązku, tylko żeby podkreślić jakąś charakterystyczną cechę czasów (np. pierdolca na punkcie honoru rycerskiego i śmierć podczas frontalnej szarży na armatę). Książka poukładała mi wiedzę, która gdzieś tam się zbierała z różnych filmów, seriali i książek rozrywkowych, a także dodała trochę nowości. Polecam mistrzom gry i zainteresowanym mieczami oraz rycerzami, przy czym mediewistów pewnie znudzi gawędziarski styl. 

2. „Kompania zmierzch” Freed Alexander – Książka wydana w tej nowej serii powieści ze świata Gwiezdnych Wojen, tak jak np. „Tarkin” o którym słyszałem, że zebrał dobre recenzje,„Kompania zmierzch” moim zdaniem zasługuje na recenzje raczej umiarkowane. Pomysł jest super: pokazać wojnę rebeliantów z Imperium na przykładzie prostych żołnierzy, takich co to o Jedi słyszeli tylko w legendach, generała Skywalkera widzieli raz w życiu, a informacja o zniszczeniu Gwiazdy Śmierci dotarła do nich długo po czasie. Dodatkowo braki w zaopatrzeniu, dezinformacja, bezduszna machina wojenna, czyli to co lubię w opowieściach militarnych: krew, pot i przekleństwa. Ładnie to brzmi, ale udaje się połowicznie, gdyż z jednej strony jest ten trup ścielący się gęsto, często pada i brakuje amunicji, ale czuć, że powieść miała trafić do jak największej ilości czytelników, w tym głównego targetu obecnego właściciela marki, więc wszystko jest ugładzone zanim się zdąży dobrze rozkręcić. Lekki niesmak, no ale w sumie czego się spodziewałem. Dobrze zagrały autorowi postacie, moja faworytka to eks łączniczka kompanii, wulgarna alkoholiczka, która nocami pisała z kapitanem sprośne poematy; no miód! Opisy też trafiają się zacne, niektóre porównania na stałe weszły do mojego słownika; jednakże w tym wszystkim zabrakło umiejętności konstruowania napięcia, wiedzy militarnej i rozgrywania scen batalistycznych. Kompania to zdecydowanie zbyt mała jednostka taktyczna żeby atakować całe planety, sposób szkolenia rekrutów jest do bani, a zarządzanie ludźmi woła o pomstę do nieba. Do tego jeszcze napięcie podczas bitew jest praktycznie zerowe, bo zazwyczaj autor już na początku podaje jaki będzie jej wynik, a potem pozostaje tylko niezbyt emocjonujący opis, który swoją drogą też mocno kuleje jeśli chodzi o reali pola walki. Szkoda, bo pomysł autor miał zacny. Może w kolejnych powieściach poprawi warsztat militarysty? No ale poza wspomnianymi wadami jest jeszcze jedna, która całkowicie przekreśliła dla mnie te powieść. Zakończenie jest tak gówniane, tak głupie, tak prostacie, że poczułem się jakby mi ktoś wymierzył policzek. Mokrym chujem.



3. „Książeczka o człowieku” R. Ingarden – Kolejna przypadkiem dorwana w antykwariacie. Króciutka interesująca pozycja z zakresu etyki i antropologii; Ingarden prezentuje w niej swoją wizję człowieka, próbuje rozwikłać problem dualizmu psychofizycznego i jest tu też esej o obiektywnie istniejących wartościach. Dla mnie najciekawsze było to pierwsze i ostatnie, bo w stosunku problemu dualizmu zachowuje raczej izostenię, aniżeli jakiekolwiek stanowisko, a i antropologia i wartości, są bliskie moim zainteresowaniom badawczym. To pierwsze opisuje człowieka jako istotę rozdartą między naturę (dziką, nieokiełznaną, aetyczną) a człowieczeństwem (twórczym, miłosiernym), interesujące i widzę w tym kilka ścieżek w stronę Tischnera (choć biorąc pod uwagę kto był czyim uczniem, powinienem powiedzieć, że u Tischnera znajduje ściezki do Ingardena). A najważniejszy dla mnie z całej książeczki tekścik polecam z całego serca. Obiektywnie istniejące wartości do których w każdym czasie i miejscu można się odnosić. Jak dla mnie ten tekst ma w sobie dużo budującej filozofii, rześkiej i dodającej otuchy, mówiąc Nietzschem. Polecam, a w ramach ciekawostki dodam, że z tego co widzę na wewnętrznej stronie okładki książka ta była kiedyś lekturą w liceach. O!


4. „Kulista tajemnica” Wadim Szeffner – Radzieckie sci-fi jest dla mnie niezmiernie interesujące, gdyż lubię czytać o dziwnych maszynach i konstrukcjach, kiedy w tle są hotele robotnicze, ruble, towarzysz Stalin, milicja i różne tam Narodowe Instytuty ds. Cybernetyki im. Tow. Lenina, klimacik niepowtarzalny. Ta powiastka dostała się w moje ręce za sprawą allegro i aukcji „trzydzieści książek za trzydzieści złotych”, polecam można trafić na ciekawe rzeczy. Akcja opowiadania dzieje się w Moskwie, głównym bohaterem jest mierny i biedny dziennikarz o pseudonimie Anakonda, a przyczyną rozpoczęcia się jego przygód jest znalezienie przez niego dziwnej kuli, gdzieś na podmoskiewskich bagnach, kiedy to wracał po przeprowadzeniu wywiadu z portierem teatralnym (ważne dla fabuły!). Nie będę zdradzał co się dalej dzieje, ale jest zabawnie i pouczająco, tak w stylu Twaina, tego jego opowiadania o worku pieniędzy w małym mieście, gdzieś na prowincji, tytuł wyleciał mi z głowy. Podobne schematy i przesłanie, ale dla mnie najcenniejsze był klimat tła, ahhhh Moskwa i tamte czasy mają w sobie tyle tajemniczości co w dobrym hard sci-fi.


5. „Pragmatyzm” W. James – Lubię sobie wyobrażać, że James był takim kowbojem-filozofem. Łapał bandytów, handlował z Indianami, a wieczorem przy ognisku pisał swoje traktaty. Pewnie tak nie było, ale wizja fajna. Książka to zbiór jego wykładów wygłoszonych o, jak to sam mówił, metodzie pragmatycznej, a nie nowym prądzie filozoficznym. Propozycja ciekawa, ale muszę przeczytać więcej żeby się wypowiadać, bo brakuje mi realnych przykładów wykorzystania, możliwych do osiągnięcia efektów no i jest też pytanie, czy w oczach wszystkich filozofów klasycznych ich własne ścieżki nie były pragmatyczne? Do zbadania. Książkę polecam, bo łatwo się czyta, a kosztuje jakieś dziesięć złotych w serii Meandry Kultury. Warto poszerzyć horyzonty o filozofie kowbojów!



6. „Zaklęty miecz” Anderson – Jedna z trzech powieści, które jak słyszałem zainspirowały twórców pierwszych Dedeków do stworzenia gry znanej i lubianej (swoją drogą, piąta edycja jest super!) . Bardzo mroczna baśń, pełna kazirodztwa, super-przemocy, bratobójstw, zdrad, klątw, tajemnic, ludobójstw, elfobójstw, trolobójstw etc etc No dzieje się bardzo krwiście, jakby to Tarantino albo inny Shakespearwyreżyserował. Fabuła nie poraża, bo to raczej prosta historia o zmaganiach z losem, klątwą i o wojnie dwóch zwaśnionych królestw istot nieludzkich, ale warto się z tym zapoznać, bo jest tam dużo klimatu. Zarówno elfy jak i trole nie mają w sobie prawie nic dobrego, ludzie są pomniejszą rasą raczej wykorzystywaną niż mającą siłę sprawczą (choć nie zawsze), a świat przedstawiony pełen jest ingerencji złośliwych bóstw, mrocznych miejsc i zaczarowanych zamków. Wbrew temu co może się wydawać nie ma tam mroku w typie kicz, tylko ponura baśń z dużą dozą groteski. Polecam, choć nie obowiązkowo.

7. „Pianistka” Jelinek – Łojeja jakaż to jest siekiera! Książka, której zdecydowanie nie chciałbym mieć przeczytanej na koncie gdybym wiedział jaka jest jej zawartość. Kopie w brzuch, wykręca jaja i ściska za gardło. Z każdej strony leje nieprzyjemne uczucie, a po finale czułem nienawiść do wszystkich ludzi, ze sobą włącznie. A to niby tylko opowieść o pianistce. Damn you Jelinek! Swoją drogą, obejrzałbym teraz jeszcze raz „Śmierć i dziewczynę”, spektakl nabrałby teraz większej jasności. Czytać, będziecie potem żałować, ale warto.  

środa, 5 października 2016

Ksiązko-Post lipiec 2016

Aye!

W lipcu z racji górskiej włóczęgi oraz wyjazdu na obóz przeczytałem zastraszająco mało, co prawda przeszedłem sto kilometrów, poprowadziłem szesnaście sesji, a zagrałem srogie trzy, ale i tak miesiąc ten wygląda blado przy założeniach początkowych. Weszły mi tylko dwie pozycje z czego jedna zaskakująca dobra, a to gówno nieliche – jest więc sytuacja tzw. równowagi w naturze.

1.”Egzamin zoddychania” J. J. Kolski – Jego „Jasminium” kiedyś bardzo mi się podobało, do tego dostałem polecajki na inne jego filmy od wykładowców, toteż uznałem, że powieść, i to nie mała, jego autorstwa również będzie warta uwagi. Blurb co prawda odstraszał, bo pretensjonalny i przeartyzowany, no ale odważny czytelnik nie boi się najgorszych okładek. Dziś trochę żałuję, że nie odpuściłem sobie, no ale teraz mogę przestrzegać innych przed tym błędem jako Ten Który Spróbował. Ciężko mi powiedzieć o czym jest ta powieść i to nie dlatego, że nie łapie realizmu magicznego, albo go nie lubię, ale dlatego, że nazywanie realizmem magicznym fanfica o swoim życiu, w którym to fanficu autor przedstawia się jako kogoś zbliżonego do brata supermana, moim zdaniem bardziej pasuje do szuflady tudzież osobistego bloga z paskudnym tłem, a nie książki dla szerokiej publiczności. Jakoś tak lepiej mi się czyta teksty w których autor dokonuje samokrytyki, kpi z siebie i to najlepiej na ostro, bez znieczulenia, bo takie spojrzenie na siebie wymaga pewnych zdolności intelektualnych, co bardzo często pociąga za sobą już wiele innych dobrych cech. Zaś kiedy mamy do czynienia z (Wrażliwych proszę o nie czytanie dalszego fragmentu) publiczne brandzlowanie się nad swoją zmyśloną zajebistością (Wrażliwi mogą czytać) to jakoś tak nudno. A autor zachwyca się samym sobą i to bardzo. Główny bohater powieści, jest przesilny, twardy i hardy, wszystkie kobiety, które znajdą się w zasięgu jego feromonów zamieniają się w opętane rują lochy, które bohater męsko bierze, ale nie żeby przeżywał ekstazy i euforie, nie, ekstazy i euforie są oznaką bycia ludzkim, on nawet w czasie seksu jest posągowy, męski. W toku powieści odnosi same sukcesy, których realność jest na poziomie „OCZYWIŚCIE!”, a jak cierpi to wyłącznie melancholijnie, zwycięsko, po męsku. Ah. Taka nieudana bardzo podróbka Hemingwaya. Nie czytać, omijać dalekim łukiem.

2. „Kontra” Mackiewicz – Pozycje tę dorwałem w szafce bookcrossingowej i zachwycił mnie jej blurb, znajduje się tam fragment testamentu autora, który pozwala drukować książkę we wszystkich podziemnych i nielegalnych wydawnictwach, zabrania zaś wydawnictwom koncesjonowanym przez organy państwowe. Niestety się nie udało, bo wersja którą ja mam pochodzi z takiego zwyczajnego wydawnictwa, jednakże na podstawie kontekstu biograficznego autora pozwolę sobie przypuścić, że przez wydawnictwa koncesjonowane miał na myśli reżimowe i cenzurujące, a dziś to jednak chyba wolność słowa jest i wielki brat z Moskwy nie dyktuje co czytać oraz pisać wolno. Ale dosyć o blurbie, przejdźmy do środka! Jest to powieść, wspaniała! Historyczna w której autor opowiada tragiczne losy kozaków dońskich, poszkodowanych tak, że aż w brzuchu coś mnie bolało podczas lektury. Ja nie znałem tego zagadnienia wcześniej, więc co stronę otwierałem szerzej usta zaskakiwany tym co ich spotkało. A co się z nimi dzieje? Kozacy Dońscy próbują najpierw walczyć przeciwko Bolszewikom w czasie rewolucji, potem są przez nich represjonowani, aż do granic, a kiedy wybucha druga wojna światowa szybko przyłączają się do Rzeszy, ale nie z upodobań do antysemityzmu, tylko z nienawiści do Stalina. Zaś pod koniec wojny trafiają w ręce Brytyjczyków (Oh szuje straszne!), którzy w wyniku postanowień konferencji jałtańskiej podejmują operację keelhaul (pzeciąganie pod kilem) polegającą na zwróceniu Stalinowi obywateli Związku Radzieckiego – domyślacie się zapewne, że matuszka rosja nie była łagodna dla swoich zbiegłych dzieci. Jakie to wszystko jest smutne, oh! Kozacy chcą tylko żyć w swojej krainie jako wolni ludzie, nie mają żadnych wielkich postulatów politycznych, ideologicznych, ani oczekiwań względem świata, a ciągle dostają w przysłowiową dupę. Rzesza niespecjalnie poważnie traktuje ich jako jednostkę bojową, a Brytyjczycy okłamują, najpierw obiecując wolność, a potem wysyłają pociągami do ZSRR, dusza mnie bardzo bolała kiedy czytałem o ich próbach ucieczki z konwojów, samobójstwach, czy buntach w obozach przejściowych. Przerażająco smutne i świetnie napisane – naprawdę, co kilka stron czułem ogromne współczucie dla tych ludzi, a to wszystko napisane bardzo zgrabnie płynnie i przekonywająco. Polecam nie tylko dla zainteresowanych historią drugiej wojny światowej. Jest to w gruncie rzeczy opowieść o odważnych zmaganiach z czymś ogromnym, wielką ponurą siłą. Myślę, że gdyby bohaterowie Kafki mieli możliwość podjęcia zbrojnego działania wobec czy to Zamku, czy też Sądu, to miałoby to podobny klimat – to porównanie jest pewnym krzywdzącym skrótem względem Kafki i jego bohaterów, ale myślę, że wnikliwi czytelnik rozszyfruje moje intencje.