wtorek, 24 stycznia 2017

Książko-post grudzień 2016



Aye! W kalendarzu styczeń, a na blogu grudzień, wiecie co to oznacza? Że w kolejnych wpisach możecie spodziewać się podsumowań. Zamierzam napisać o najlepszych i najgorszych książkach (uważni czytelnicy już od dawna wiedzą jaka pozycja otrzyma ten drugi laur), podsumować całą akcje zatytułowaną "W tym roku czytam ile się da", no i może też jakiś fejsbukowy łańcuszek zrobię z książkami, bo w pewien pokrętny sposób ten blog wziął się właśnie z czegoś takiego. Tak czy siak zapraszam do listy grudniowych książek:


1. "(De)konstrukcja kobiecości" Mizielińska - Książkę przeczytałem w ramach nauki na egzamin z kursu o współczesnym feminizmie i żałuję, że ją wziąłem z biblioteki zamiast kupić  (zazwyczaj nie kupuje już przeczytanych pozycji), bo jest super. Wcześniej nie miałem do czynienia z literaturą naukową na temat feminizmu i konstrukcji płci, więc może nie dla każdego będzie tak super, ale ja byłem, no nadal jestem, oczarowany. Autorka zawarła w książce przekrojowy przegląd feminizmu od Beauvoir do dnia dzisiejszego pod kątem właśnie tytułowego konstruowania kobiety w ruchach feministycznych. Jest trochę czystej historii, ale głównie w kontekście zagadnienia konstruowania i Mizielińskiej wychodzi to bardzo dobrze. Dowiedziałem się jak wiele walk było wewnątrz ruchów kobiecych; że bycie osobą trans jest ciężkie nawet wewnątrz ruchów walczących o emancypacje, tak samo zresztą jak nieheteroseksualną. Domyślałem się, że różowo pewnie nie było, ale żeby aż takie walki, wykluczenia i odbieranie praw do wspólnego uczestnictwa w sprawie? Było mi nieprzyjemnie kiedy poznawałem te koleje losu. Książkę polecam wszystkim, od prawa do lewa, żeby się edukować i albo wzmacniać w poglądach, albo poznawać wroga. O i jeszcze coś, "Feminizm teorią, lesbianizm praktyką" uważam za świetne hasło dla zbrojnych bojówek, walczących karabinami z patriarchatem, rodem z mokrych snów/koszmarów prostackiego prawactwa w rodzaju pierwszego rolnika udającego dziennikarza RP.





2. "Bal w Sceaux" Balzak - Opowiadanko Balzaka, które mam wydane w tej takiej małej serii klasyki literatury światowej Książka i wiedza. Balzak jak to Balzak zachwyca mnie nieodmiennie i cały czas jednym z moich celów życiowych jest przeczytanie całej Komedii Ludzkiej. Jak o nim powiedziała Virginia Woolf, jest jednym z tych pisarzy, których wstęp do dzieła jest całym dziełem, no i tutaj też tak jest. Gawędziarsko poznajemy historię pewnego szlachcica, jego córki i tego jak to się w życiu przewrotnie układają miłostki, zmiany poglądów i losy szlachty podczas restauracji. Znowu świetny gawędziarski styl, cyniczny finał historii, bogato zarysowane tło historyczne, ekonomiczne i społeczne, a wszystko napisane w wybornym stylu. Czego chcieć więcej? (Trochę fanbojuje Balzaka)





3. "Nietzsche i filozofia" Gilles Deleuze - Kolejna pozycja przeczytana do magisterki. Jednak tym razem nie było to już takie łatwe jak z Markowskim. Deleuze jako francuski ma ekhm, no specyficzny francuski styl dzielenia się swoimi myślami z innymi. Kiedyś byłem zachwycony takim stylem, ale im dalej w las tym mniej zachwyca, żeby nie powiedzieć odrzuca. No ale też bez przesady, a ta książka przyczyniła się do renesansy myśli nietzscheańskiej w XX wieku i to czuć. Delezue zrobił z Nietzschego system. Brzmi niewiarygodnie prawda? Jak z kilkunastu dzieł, napisanych sentencjami, do tego bardzo poetyckimi i niejasnymi, zrobić system filozoficzny: zamknięty, działający sprawnie mechanizm. A no Deleuze, niczym z kawału, nie wiedział, ze się nie da i to zrobił. Efekt jest interesujący, ale wielokrotnie się gubiłem i nie wiedziałem gdzie jestem; koniec, końców jak patrze w moje notatki to są całkiem spójne, kilka dużych myśli zostało mi w głowie, zrodziły się pytania, a i nawet pewna ilość cytatów jest w pliku do pracy magisterskiej, ale ten język eh.... Polecam tylko dla fanatyków Nietzschego*. Ale okładka ładna.


4. "Obcy u naszych drzwi" Bauman - Dla jasności, książkę kupiłem jak prof Bauman jeszcze żył, żebyście sobie nie myśleli, że to taki hype pośmiertny. Jak z Jakcsonem czy coś. A skoro już mamy jasność to do książki. Jaką ona ma ładną okładkę! I jak skandalicznie mało treśći, ugh. Naprawdę, światła w tekście jest tyle, że drugą książkę można by na tych stronach wydrukować, do tego sam format jest malutki. Biorąc pod uwagę cenę jak za duży zestaw popcornu w kinie, to czuje się trochę oszukany. Trochę bardzo. Zawartość interesująca, miło napisana i celna /chociaż nie do końca, ale o tym zaraz/ no ale komuś się trochę pomyliła książka z dłuższym esejem... No ale co do treści. Bauman analizuje kryzys migracyjny, rosnące poparcie dla autorytaryzmów i zwiększanie się nakładów na bezpieczeństwo w krajach europejskich, i robi to w zgrabny sposób, ciekawym językiem, ale też mało naukowo. Brakuje mi tam tabelek, liczb, statystyk, porównań, a zamiast tego jest opowieść, dobrze napisana i interesująca, ale jakoś tak mało naukowo. Osobną kwestią jest finał książki, który... no cóż, którego nie ma, książka właściwie kończy się urwana, zostawiając czytelnika z ręką w nocniku i kupą w gaciach, bez papieru na rolce. Polecam i nie polecam jednocześnie. Sam nie wiem co o tym myśleć, ale na pewno znacie setki pozycji na które lepiej wydać taką kwotę.


5. "Aktorstwo. Sześć pierwszych lekcji" Bogusławski -  Książka pożyczona od mojej lubej w ramach poszerzania horyzontów oraz żeby mieć co czytać podczas podróży pociągiem. Wewnątrz niej Bogusławski, uczeń Stanisławskiego /czy tylko mnie bawi zbieżność? hue hue hue/, daje rady młodym aktorom i aktorkom na temat ich wymarzonego zawodu. Analizuje czym jest sztuka, czym teatr, co aktor/aktorka powinien/powinna umieć, jakie nawyki w sobie wyrabiać i do jakich ideałów dążyć. Czuć, że jest to szkoła teatru laboratorium i Moskwy, bo podejście do tematu jest hmm wzniosłe. Tak, wzniosłe to dobre słowo. Zawód aktora jest tam przedstawiany jako coś więcej niż tylko zajęcie, ćwiczenia mają doprowadzić adepta sztuki do perfekcji, zresztą nie dotyczą one tylko gry ciałem czy wyrażania emocji, ale w ogóle sfery duchowej. Myślałem, że poczytam to pod kątem RPGowym, ale dla mnie jako mistrza gry okazało się to zupełnie nieprzydatne w temacie odgrywania, acz parę pomysłów na questy czy scenariusze wpadło, bo Bogusławski zawiera w książce anegdoty o teatrze; moja ulubiona opowiada o tym, że podczas rewolucji i walk w Moskwie, obie strony konfliktu postanowiły nie ruszać teatru, jako ważnego dla wszystkich miejsca. Aż się prosi o sesje w Zew Cthulhu w tamtym miejscu i czasie. Książke... polecam? Nie polecam? Sam nie wiem. Bogusławski miał mocne nadęcie, a ja takich tekstów nie lubię, ale mimo to czytało się miło, więc może warto?

6. "Wędrując" Thoreau - A to taki eseik dołączony do poprzedniego numeru Nowego Obywatela w ramach krzewienia kultury spaceru. Tak jak i przy "On the duty of civil disobiedence' tak i tu są bardzo mi bliskie myśli, co jest zabawne, bo wydaje mi się, że samego Thoreau bym nie lubił za bardzo. Zbyt egzaltowany typ i trochę kłamczuszek. Esej dotyczy spacerów, wędrówek, no i Natury, bo to Thoreau i muszą być peany na temat pól, lasów i tego jak to pięknie podcierać się liśćmi /nie sprawdzałem/. I jak on pięknie o tym spacerowaniu i w ogóle wędrówkach pisze! Porównuje wędrowców do świętych pielgrzymów, pisze, że każda dobra wędrówka powinna odbywać się w taki sposób jakby miała być naszą ostatnią oh. Uważajcie, bo jeśli ruszycie ten esej, to poczujecie w sercach ten niebezpieczny zryw, który ciągnie ludzi w góry. Bardzo, ale to bardzo niebezpieczny esej. Czytać. Często czytać i rozmyślać nad nim.

Gdy wyruszamy na najkrótszy nawet spacer, powinniśmy pielęgnować w sercu ducha wiecznej przygody, jak byśmy mieli już nigdy nie powrócić do naszego opuszczonego królestwa, do którego wróci jedynie nasze zabalsamowane serce - relikwia po wędrowcu. 


Czujecie tę moc? Ja jak to przeczytałem, to ledwo mogłem usiedzieć na miejscu, a byłem po całodniowej wycieczce do Parku Narodowego. Obawiam się, że jeśli ten esej przeczyta ktoś, kto dawno nie wędrował, to może rzucić wszystko w cholerę i ruszyć przed siebie. Dajcie znać, jakby to naszło kogoś z was, bo z chęcią dołączę do wędrowania. 




* Mój stary to fanatyk Nietzschego, pół mieszkania zajebane Zaratustrą i Genealogią moralności, nie am tygodnia żebym sobie w nogę nie wbił któregoś z nich, bo to ostra filozofia jest i trzeba wieźć do szpitala na wyciąganie....

wtorek, 17 stycznia 2017

Ksiązko-post listopad 2016

Aye! Jako, że listopad był miesiącem paskudnym, pełnym niepogody i deszczy niespokojnych, to i przeczytałem wtedy sporo ciekawych książek, z czego jestem zadowolony. Zawsze mogło być więcej, i bywało, ale średnia utrzymana. Ich charakter jest głównie filozoficzny, acz nie bez reportażu czy beletrystyki, więc każdy powinien znaleźć tutaj pozycje dla siebie, a do każdej z nich mniej lub bardziej zachęcam. Nic spektakularnie gównianego w tym miesiącu nie wpadło. Ale zanim rzucicie się w literaturę, to jeszcze moja nowa miłość, o której esejach będziecie mogli poczytać już za kilka postów. Super wygląda c'nje?



1. "Córki chrzestne. Rozmowy w cieniu terorryzmu RAF" Albrecht i Ponto - Miesiąc zacząłem od niemałego zawodu. Książka zakupiona w Matasie za niewielkie pieniądze, podczas biegu na pociąg; wiecie, kawa, książka i można spokojnie jechać przez trzy godziny. Skusił mnie tytuł i okładka, bo i Bader-Meinhof interesujący, i osoba na okładce przyciągała moje oko. Jednak kiedy zasiadłem wygodnie w fotelu i otworzyłem książkę, nastąpił zwrot akcji, bo książka to zapis relacji pomiędzy siostrą terrorystki, a córką człowieka, którego siostra-terrorystka zabiła, no i jest o ciężkich przeżyciach, traumie, poszukiwaniach siostry, medialnej burzy, duużo życia wewnętrznego i rozterek, kiedy ja liczyłem na brawurowe strzelaniny, niezdarne pościgi starymi autami i  radykalne manifesty. No niestety. Ale tak poza tym, to książka nie jest zła; nie znam się na tego typu pisarstwie, więc właściwie mogę się mylić i kiedyś moja kariera w kulturze zostanie zatrzymana przez tę opinię, no ale niech stracę.  Dupy nie urwała, zła nie jest, a jeśli kogoś temat grupy RAF interesuje w szczegółach, bo np. pisze o tym naukową pracę, to może być dobre uzupełnienie źródeł. Ja przyjąłem to w pociągu, no ale bez szału.


2. "Dzieci Norwegii" Maciej Czarnecki -  Ależ mi ta książka zrobiła dobrze! I to tak pozytywnie dobrze, a nie tak jak to robią książki Jelinek. W końcu przyjąłem pozycję, która wyklaryfikowała mi stan faktyczny północnych rejonów Europy, tak przeze mnie lubianych, acz dotychczas głównie na podstawie wyrywkowych informacji i wyobrażeń. Ha! Teraz mam już jakiś gruby konkret. Czarnecki przedstawia społeczny system opieki nad dziećmi w Norwegii z różnych perspektyw: niezadowolonych lokalsów i przyjezdnych; urzędników; znawców norweskiej kultury i historii; zadowolonych z tego systemu lokalsów i przyjezdnych - no panorama pełna i wydaje mi się, że autorowi udało się utrzymać równość punktów widzenia w tym pluralizmie poglądów. Poza walorami warsztatowymi kupił mnie w tej książce sam obraz Norwegii i jej mieszkańców, ich  podejście do wychowania, koncepcja człowieka, państwa oraz współdziałania wewnątrz wspólnoty. Trochę poprawiony Barnevernet* widziałbym z radością działający w każdym kraju, tylko, że to wymagało by takie zaplecza historii obywatelsko-nansenowskiej jaką ma Norwegia, a to już brzmi jak duża rewolucja społeczna. No ale może kiedyś? Polecam wszystkim. Zainteresowanym Skandynawią, przeciwnikom socjalnych wikingów, przyszłym dydaktykom, pedagogom etc. Z chęcią podyskutuje z kimś o rozwiązaniach w niej przedstawionych.

* Jak to powiedział mój kolega, Barnevernet to jedyne służby socjalne świata, które mają uprawnienia służb specjalnych hehehe.

Nie mogłem znaleźć żadnego fajnego memu ze współczesnymi Norwegami, więc jest tak historycznie.


3. "Kantyczka dla Leibowitza" Miller -  Literacki rodzic Fallouta, który wydaje mi się obecnie niesłusznie zapomniany. Podzielona na trzy części w obrębie jednej książki powieść, która z dużą dozą prawdopodobieństwa przewiduje przyszłość naszej planety. Otóż kilkaset lat po wojnie atomowej jedynymi ludźmi, którzy przechowują wiedzę sprzed apokalipsy są mnisi zakonu albertyńskiego pod wezwaniem świętego Leibowitza; skrupulatnie przepisują oni pergaminy i zwoje z których nie rozumieją nic a nic, a na nich zawarte są schematy budowy żarówki, silnika, listy zakupów itp. Jednak mimo braku praktycznego zastosowania w chwili obecnej, mnisi wiedzą z jak ważnym elementem rzeczywistości mają do czynienia i za cel stawiają sobie reprodukcje pradawnej wiedzy. Każdy skrawek starego świata jest dla nich święty. Brzmi znajomo? Tak, jest to opowiedziana na nowo historia średniowiecznych mnichów, czego autor nie ukrywa. Timeline powieści skacze rozdziałami o kilkaset lat, co pozwala pokazać szeroką panoramę procesu jakim jest odbudowywanie/tworzenie się na nowo? cywilizacji. Interesującym wątkiem dla polito/socjologów będzie splot rozwoju państwowości, technologii i potrzeba odzyskiwania starożytnej wiedzy, co do której długo bohaterowie nie mają pewności czy jest faktyczną wiedzą i czy ma charakter użytkowy - mnich medytujący przy świecach nad urwanym w połowie tekstem o relatywistycznej teorii kwantów, kiedy poza klasztorem wszyscy szykują się do wojny. Na miecze i łuki. Tak na boku powiem, że struktura powieści jest dla mnie bardzo nietzscheańska: wielki powrót, wola mocy, takie rzeczy, ale nie mówię więcej, bo spojlery. Bardzo dobrze napisana, komediowo tragiczna z końcem, który zostawia wiele pytań i dziwną mieszankę uczuć w sercu, do tego tak bardzo czuć pierwszego i drugiego Fallouta. No miód. Planuje wziąć się za drugi tom niedługo. Polecam.



4. "Manifesty dla filozofii" Badiou - Wypożyczona z biblioteki przypadkowo, a czytana głównie w pracy, toteż trochę potraktowana po macoszemu, bez wnikliwych studiów. A w środku  ciekawe myśli, chociaż na filozofii Badiou  nie znam się ni w ząb i poznałem go właściwie dopiero poprzez ten traktat, ale jest on pewnego rodzaju podsumowaniem dorobku autora, więc chyba nie trafiłem najgorzej. Krótka analiza historii filozofii, jej ślepych dróg i wypaczeń, trochę typów polityki, metafizyka i różne dziwne rzeczy, których nie zrozumiałem. hmmm.... polecam jako poszerzanie zainteresowań filozoficznych, ale gdybym nie przeczytał to bym nie żałował, chociaż poznanie poglądów metafizycznych Badiou było ciekawe, bo nawiązują do Anaksymandra i apeironu hmmm.... Ale sam w sumie nie wiem.



5. "Nietzsche: filozofia interpretacji" Markowski -  A to już pozycja czysto pod pracę magisterską i spodziewałem się, że będę cierpiał, a tu taka niespodzianka. Napisana przejrzyście w jasny sposób i czuć, że autor chciał trafić do czytelnika, a nie tylko popełnić wiekopomne dzieło. Nie jest to może najprostszy podręcznik do filozofii nietzschego /w ogóle jest coś takiego? Może to będzie moja nisza/, ale z tych opracowań które czytałem jest do ogarnięcia bez pomocy sił nadprzyrodzonych. Trzeba oczywiście pamiętać, że ilu badaczy Nietzschego tyle interpretacji i nie ma w sumie jednej oficjalnej szkoły, ale taki przystępny przegląd może być ciekawy. Polecam dla zainteresowanych Fryderykiem, chociaż jest ciut za droga jak na mój gust.





6. "Jak modelować zachowania uczniów i zarządzać klasą" Paul Dix -  A to było czytane na specjalizacje nauczycielską, bo być może kiedyś jakiś młody człowiek, którego znacie/będziecie znali spotka się ze mną na sali lekcyjnej, ale może się też tak zdarzyć, że nigdy się w takiej sytuacji nie znajdę, acz gdyby miało do tego dojść, to powiem wam, że przeczytałem pod tym kątem kilka dobrych pozycji; i to jest jedna z nich. Paul Dix prezentuje tutaj w przystępnym stylu swoje doświadczenia w ukierunkowywaniu pracy z grupą młodych ludzi, w różnych przedziałach wiekowych, a główną myślą całej jego metody jest pozytywna relacja, wsparcie i chwalenie - socjaliskowa szkoła. Są też różne pomysły na wyciąganie konsekwencji i karanie niepokornych, ale główna idea jest taka, żeby było miło i przyjaźnie. Jeśli kogoś interesuje zarządzanie ludźmi, niekoniecznie w kontekście szkolnym, to może być przydatna pozycja. Napisana poradnikowym stylu, dużo przypominajek, podkreśleń, ćwiczeń, ramek z anegdotami, no autor bardzo starał się żeby było przystępnie, łatwo do zapamiętania i pozytywnie - sowa na okładce ftw!. Dla mnie bomba, przy czym wyszło mi, że większość moich dotychczasowych nauczycieli to byli psychopaci, wyżywający się na uczniach i stosujący zabronione przez autora metody jako nieefektywne, no cóż, chyba nie przypadkiem ci, których wspominam najlepiej postępowali mniej więcej zgodnie z zaleceniami autora hmm...



7. "On the duty of civil disobedience" Thoreau - Podaje angielski tytuł nie dlatego, że jestem taki fajny, albo w mowie Shakespeara czytałem, tylko dlatego, że polskie tłumaczenie "Nieposłuszeństwo obywatelskie" nie oddaje ducha oryginalnego tytułu, a cały esej jest w nim utrzymany, toteż możecie cieszyć oko tym jak to autor chciał aby było. Esej nie jest długi, ale treściwy jak mało co. Dotyczy on poglądu Thoreau na moralny aspekt relacji obywatel - państwo oraz aktywne realizowanie moralności. Ten agrarny-anarchista miał z prawem i państwem sporo problemów: sprzeciwiał się niewolnictwu, wojnie Stanów z Meksykiem i jeszcze kilku innym prawom, więc postanowił z tym walczyć trochę w stylu Ghandiego, czyli bierny opór. Odmówił płacenia podatków, zachęcał do tego sąsiadów i pisał eseje oraz wiersze, no i trafił też do więzienia jak Al Capone, przez podatki. Zaś w ciupie siedząc nie marnował czasu i jeszcze więcej myślał i pisał, dzięki czemu między innymi mamy ten tekst. Oto mój ulubiony cytat:



Jaki człowiek może czerpać satysfakcje z samego posiadania opinii? Czy można być zadowolonym z opinii, którą jest własne rozgoryczenie? (...) Postępowanie zgodnie z zasadami, rozumienie sprawiedliwości i wcielanie jej w życie, zmienia rzeczy i relacje, jest z grunty rewolucyjne i różne od wszystkiego, co było wcześniej. Nie tylko dzieli państwa i kościoły, dzieli także rodziny; co więcej, dzieli także każdego człowieka, wskazując na to, co w nim boskie, a co diabelskie.


Super prawda? Ja bym sobie to musiał gdzieś nad łóżkiem powiesić, żeby codziennie rano i wieczorem o tym myśleć. Radykalne i miłe.  Esej polecam każdemu, niezależnie od poglądów, klasy społecznej i obecnej sytuacji.  Warto przeczytać i rozważyć, nawet jeśli nie w kwestii politycznej, to spojrzeć na niego czysto etycznie.


środa, 4 stycznia 2017

Książko-post październik 2016

Aye! Październik pod względem książek był bardzo obfity; nie miałem okazji chodzić po górach, to i miałem czas na czytanie dobrych rzeczy, a muszę ich sporo przyjmować, bo cały czas boli mnie coś w środku po "De non existensia dei". Cały czas.


1. "O pocieszeniu jakie daje filozofia" Boecjusz - Czytane w ramach nadrabiania zaległości z filozofii średniowiecznej, ale to żadne tam nudy, a przyjemny dialog, który mnie ominął, bo była wiosna i sami rozumiecie. Boecjusz napisał to siedząc we więźniu, wtrącili go tam bo stanął w obronie nie tego człowieka, dostał zarzut o bezbożność, rachu ciachu i dalej to już wiecie jak to się dzieje.
                                                       


No ale póki co nie uprzedzajmy faktów. Boecjusz żyje i pisze dialog, w którym Filozofia odwiedza Boecjusza w celi żeby go pocieszać i to nie, że Boecjusz siedzi, myśli i się raduję, tylko normalnie do środka wchodzi babeczka niczego sobie, przepędza smutki, które go targają - i to dosłownie, gdyż one też są zantropomorfizowane - i zaczyna z nim rozmawiać, tłumacząc, że nie musi być smutny, bo jest filozofem, a filozofia to obcowanie z Bogiem, a obcowanie z Bogiem to najwspanialsza rzecz pod słońcem. Tak w skrócie. Czuć przejście z filozofii antycznej do Chrześcijańskiej, duże wpływy stoicyzmu i po tej lekturze już wiem skąd omyłkowe uznawanie pism stoickich za zaginione teksty świętych. Czy polecam? Raczej tylko dla fanów, bo tekst sam w sobie nie jest jakiś porywający, życia radykalnie dziś już chyba nie zmieni, a i forma utrudnia czytania. No ale mi było miło.


2. "Teologia polityczna" Carl Schmitt - Ten to dopiero był ancymon! Filozof, mocno związany z kościołem katolickim, a przez przez pewien czas także i z NDSAP. Wielbiciel silnego państwa, najlepiej religijnego - brzmi jak ktoś od kogo powinienem się trzymać jak najdalej, a czytało mi się bardzo miło i na półce czeka już jego kolejna książka. Czuć, że facet był intelektualistą i filozofem, bo wywód prowadzi błyskotliwie, argumentuje spójnie, a dodatkowo wszystko jest sprawnie napisane, okraszone dużą ilością nawiązań, czyli tak jak lubię najbardziej. Szkoda, że na współczesnej scenie politycznej nie ma myślicieli tego typu, aż miło by się z takimi dyskutowało.

3.  "Henri de Toulous-Lautrec" Perruchot - Nabyta w antykwariacie za pięćdziesiąt groszy biografia sprośnego malarza, który był pierwowzorem Tyriona Lannistera /bardziej tego z książek niż serialu/. Chorowity, brzydki karzeł z dużą ilością pieniędzy, ostrego poczucia humoru, chęcią życia i ciężkiego smutku. Postać skomplikowana, naznaczona ciężką chorobą, która nie dość, że sprowadziła nań niedorozwój fizyczny, to do tego jeszcze gniew własnego ojca, który nie mógł znieść, że jego dziedzic nie jest silny i zdolny do polowań; poświęca się swojej pasji czyli malowaniu i dołącza do grona artystów, co skazuje go na życie wśród wyrzutków i dziwaków, gdzie  może czuć się swobodnie. Interesująco-smutna postać i interesująco-smutne czasy; biografia na szczęście nie popada ani w zbytnią romantyzacje życia cyganerii paryskiej i dostałem obraz brudu wychodzącego spod pudru, pełnych stołów o podgniłych nogach i przemocy, zarówno fizycznej jak i symbolicznej, ani też w moralizowanie, więc jest tam też czasem szczery uśmiech i słońce. Polecam zapoznać się z Henrim, gdyż wiódł ciekawe życie, a jego obrazy potrafią hipnotyzować.





4. "Bone Dolls Twin" Lynn Flewelling - Polecone przez moją lubą jako quuerowe dark fantasy i jest nim w stu procentach. Mroczny świat w którym arystokracja się nie cyrtoli i jak trzeba to wycina krewnych gestem zamaszystszym niż stary Frey gości na weselach; są tam magowie, przepowiednie, wyrocznie i Zła-Magiczna-Kraina-Za-Morzem oraz Dobra-Magiczna-Kraina-Za-Morzem, z czego ta pierwsza jest w porządku, bo mało o niej w książce jest, więc tajemniczo i w ogóle, za to przedstawiciele tej drugiej siedzą w co trzecim miasteczku i pięknie wyglądają, czarują i generalnie wzbudzają we mnie potrzebę czystek etnicznych w świecie powieści. Elfy pieprzone. No i jest queer, bo powieść dotyczy ostatniej dziewczynki z królewskiego rodu, której dusze dla bezpieczeństwa umieszczono w ciele jej brata; on miał niestety mniej szczęścia, bo to dark fantasy i został jako świeży noworodek uduszony, a jego dusza zamieniona w demona kręci się po świecie, słodko prawda? A dlaczego Tobin, bo takie miano ma heroina w męskim ciele, została body-swapowana? otóż jest dziedziczką korony, a dotychczas szła ona matrylinearnie, co ukonstytuowane było pradawną wróżbą i tradycją, tyle że ostatnio pewien męski członek rodu uznał /Rhius, kutas jakich mało/, że pora na dobrą zmianę, wziął sobie koronę i rozpoczął mordowanie krewniaczek, oraz wszystkiego co związane z tradycją kobiety na tronie - czyli patriarchat wojujący. Mi się podoba bardzo i wam te serie, bo to pierwsza część trylogii, polecam. Nietuzinkowe, dobrze napisane i z pomysłem dark fantasy, które umie podejść do kwestii płciowości oraz seksualności na poważnie i z głową.


5. "Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów" Gross - Ja wiem, że z Grossem trzeba uważać, aczkolwiek nawet jeśli liczby się tutaj nie zgadzają to warto przemyśleć główny temat książki, czyli rabowanie trupów, mogił, pozostałości obozów koncentracyjnych, grabienie uciekinierów, szmalcownictwo, pogromy po-wojenne, przemoc sekusalna, pogromy  i wszystko to co związane z chciwością i wojną, u Grossa jest to badane w warunkach Polskich, ale wrażliwi mogą do tego podejść w sposób uniwersalny i przenieść te doświadczenia na inny grunt. Czyta się bardzo nieprzyjemnie, jest tam np zapis rozmowy przeprowadzonej zaraz po wojnie, między milicjantem, a kobietą, która dotyczy podziału rzeczy po zamordowanych Żydach, zamordowanych  przez miejscowych - długo siedziała mi ona na żołądku. Do tego zdjęcie, które jest głównym motywem książki... też zgrzyta w duszy. Chyba nie ma tu co więcej pisać; polecam, ale robi nieprzyjemnie na myśl jak daleko może zaprowadzić robienie z innych ludzi Innego, kompletnie odmiennego od Nas.


6. "Ecce Homo" Nietzshe- Fryderyk jest jedynym znanym mi człowiekiem, który udawał Polaka. Naprawdę, w Ecce Homo pisze on otwartym tekstem, że jest Polakiem i jest z tego dumny, bo niemiecka dusza to coś ohydnego. O Polakach pisze on tak:

"Lecz również jako Polak jestem niezwykłym atawizmem. Należałoby cofnąć się o stulecia, ażeby tę najszlachetniejszą rasę, jaka istniała na ziemi, odnaleźć w stopniu tak czystym pod względem instynktów, w jakim ja ją reprezentuję. "





A tu macie o Niemcach:

"A czego nigdy nie wybaczyłem Wagnerowi?! Że zniżył się do poziomu Niemców, że przystał do Rzeszy Niemieckiej... Dokąd sięgają Niemcy, psują kulturę."


I tego jest więcej, o wiele więcej. Wychwalanie Polaków i polskości, krytyka Niemców i niemieckiej duszy, wstawki o głupim nacjonalizmie i rodzących się kwestiach rasowych - coś ci naziści niedokładnie chyba czytali Fryderyka jak go brali za patrona. No ale poza zagłębianiem kwestii wyższości jednego narodu nad drugim, jest to pozycja w której Nietzsche podsumowuje swój dorobek intelektualny, streszcza własne poglądy na świat w rozdziałach tak zatytułowanych jak: dlaczego jestem taki rozsądny, dlaczego jestem taki mądry, dlaczego piszę tak dobre książki - po czym wnioskujecie już pewnie, że jest tam sporo samozachwytu, no cóż jest go nie mniej niż w innych jego tekstach, co nie znaczy, że to źle! Nie znam nikogo innego, kto by tak zgrabnie i miło uprawiał przechwalanie się, no i Fryderyk wpycha w to wszystko dużo soczystej i bogatej w myśli filozofii, toteż jest to strawa godna. Ale raczej tylko dla zainteresowanych wąsatym Niemcem już tak konkretnie, przygodnego czytelnika prawdopodobnie odrzuci, ale kto wie?


7. "Oczy smoka" King - Ostatnia w tym miesiącu książka miała być lekkim, krótkim czytadłem o mieczach i smokach, i udało się. Bardzo lubię Kinga i to nie tylko w krótkich formach / co z kimś gadam o Kingu, to ciągle słyszę, że najlepszy jest w krótkich. Czy to obowiązkowe hasło?/, Bastion, Pod Kopułą i inne cegły bardzo mi się podobały, ale żeby nie wyjść hipstera to krótkie też, Wielki Marsz wykręcił mi serce i podczas dłuższych wędrówek zastanawiam się ile ja bym dał radę iść cztery mile na godzinę. Ale Oczy Smoka to powieść zupełnie innego kalibru. Internet mi coś mówił, że dla dzieci, że young adult, pierdzielenie, nigdy nie jest się za starym na dobrą opowieść o złym czarnoksiężniku, dobrym bracie, któremu dzieją się złe rzeczy i złym bracie, który na końcu odkupuje swoje grzechy. King doskonale bawi się konwencją i główny zly jest tak zły, że w jego komnatach wiecznie słychać jęki i krzyki, a rozdziały z jego udziałem często kończone są słowami jego dwugłowej papugi; suspense, cliffhangery, zwroty akcji, monumentalne wieże, tajne korytarze i wiele innego dobra. Bawiłem się super, z uśmiechem na twarzy zostałem porwany do zaczarowanej krainy. Niegłupie, ciekawe i dobrze gra z konwencją, jeśli znacie młodszych czytelników, albo wiecznie takich wiecznie spragnionych przygód to polecajcie. Ja czekam na opis przygód Tomasza, który ruszył śladami czarnoksiężnika Flagga i jego dwugłowej papugi