1. "(De)konstrukcja kobiecości" Mizielińska - Książkę przeczytałem w ramach nauki na egzamin z kursu o współczesnym feminizmie i żałuję, że ją wziąłem z biblioteki zamiast kupić (zazwyczaj nie kupuje już przeczytanych pozycji), bo jest super. Wcześniej nie miałem do czynienia z literaturą naukową na temat feminizmu i konstrukcji płci, więc może nie dla każdego będzie tak super, ale ja byłem, no nadal jestem, oczarowany. Autorka zawarła w książce przekrojowy przegląd feminizmu od Beauvoir do dnia dzisiejszego pod kątem właśnie tytułowego konstruowania kobiety w ruchach feministycznych. Jest trochę czystej historii, ale głównie w kontekście zagadnienia konstruowania i Mizielińskiej wychodzi to bardzo dobrze. Dowiedziałem się jak wiele walk było wewnątrz ruchów kobiecych; że bycie osobą trans jest ciężkie nawet wewnątrz ruchów walczących o emancypacje, tak samo zresztą jak nieheteroseksualną. Domyślałem się, że różowo pewnie nie było, ale żeby aż takie walki, wykluczenia i odbieranie praw do wspólnego uczestnictwa w sprawie? Było mi nieprzyjemnie kiedy poznawałem te koleje losu. Książkę polecam wszystkim, od prawa do lewa, żeby się edukować i albo wzmacniać w poglądach, albo poznawać wroga. O i jeszcze coś, "Feminizm teorią, lesbianizm praktyką" uważam za świetne hasło dla zbrojnych bojówek, walczących karabinami z patriarchatem, rodem z mokrych snów/koszmarów prostackiego prawactwa w rodzaju pierwszego rolnika udającego dziennikarza RP.

2. "Bal w Sceaux" Balzak - Opowiadanko Balzaka, które mam wydane w tej takiej małej serii klasyki literatury światowej Książka i wiedza. Balzak jak to Balzak zachwyca mnie nieodmiennie i cały czas jednym z moich celów życiowych jest przeczytanie całej Komedii Ludzkiej. Jak o nim powiedziała Virginia Woolf, jest jednym z tych pisarzy, których wstęp do dzieła jest całym dziełem, no i tutaj też tak jest. Gawędziarsko poznajemy historię pewnego szlachcica, jego córki i tego jak to się w życiu przewrotnie układają miłostki, zmiany poglądów i losy szlachty podczas restauracji. Znowu świetny gawędziarski styl, cyniczny finał historii, bogato zarysowane tło historyczne, ekonomiczne i społeczne, a wszystko napisane w wybornym stylu. Czego chcieć więcej? (Trochę fanbojuje Balzaka)

3. "Nietzsche i filozofia" Gilles Deleuze - Kolejna pozycja przeczytana do magisterki. Jednak tym razem nie było to już takie łatwe jak z Markowskim. Deleuze jako francuski ma ekhm, no specyficzny francuski styl dzielenia się swoimi myślami z innymi. Kiedyś byłem zachwycony takim stylem, ale im dalej w las tym mniej zachwyca, żeby nie powiedzieć odrzuca. No ale też bez przesady, a ta książka przyczyniła się do renesansy myśli nietzscheańskiej w XX wieku i to czuć. Delezue zrobił z Nietzschego system. Brzmi niewiarygodnie prawda? Jak z kilkunastu dzieł, napisanych sentencjami, do tego bardzo poetyckimi i niejasnymi, zrobić system filozoficzny: zamknięty, działający sprawnie mechanizm. A no Deleuze, niczym z kawału, nie wiedział, ze się nie da i to zrobił. Efekt jest interesujący, ale wielokrotnie się gubiłem i nie wiedziałem gdzie jestem; koniec, końców jak patrze w moje notatki to są całkiem spójne, kilka dużych myśli zostało mi w głowie, zrodziły się pytania, a i nawet pewna ilość cytatów jest w pliku do pracy magisterskiej, ale ten język eh.... Polecam tylko dla fanatyków Nietzschego*. Ale okładka ładna.
4. "Obcy u naszych drzwi" Bauman - Dla jasności, książkę kupiłem jak prof Bauman jeszcze żył, żebyście sobie nie myśleli, że to taki hype pośmiertny. Jak z Jakcsonem czy coś. A skoro już mamy jasność to do książki. Jaką ona ma ładną okładkę! I jak skandalicznie mało treśći, ugh. Naprawdę, światła w tekście jest tyle, że drugą książkę można by na tych stronach wydrukować, do tego sam format jest malutki. Biorąc pod uwagę cenę jak za duży zestaw popcornu w kinie, to czuje się trochę oszukany. Trochę bardzo. Zawartość interesująca, miło napisana i celna /chociaż nie do końca, ale o tym zaraz/ no ale komuś się trochę pomyliła książka z dłuższym esejem... No ale co do treści. Bauman analizuje kryzys migracyjny, rosnące poparcie dla autorytaryzmów i zwiększanie się nakładów na bezpieczeństwo w krajach europejskich, i robi to w zgrabny sposób, ciekawym językiem, ale też mało naukowo. Brakuje mi tam tabelek, liczb, statystyk, porównań, a zamiast tego jest opowieść, dobrze napisana i interesująca, ale jakoś tak mało naukowo. Osobną kwestią jest finał książki, który... no cóż, którego nie ma, książka właściwie kończy się urwana, zostawiając czytelnika z ręką w nocniku i kupą w gaciach, bez papieru na rolce. Polecam i nie polecam jednocześnie. Sam nie wiem co o tym myśleć, ale na pewno znacie setki pozycji na które lepiej wydać taką kwotę.
5. "Aktorstwo. Sześć pierwszych lekcji" Bogusławski - Książka pożyczona od mojej lubej w ramach poszerzania horyzontów oraz żeby mieć co czytać podczas podróży pociągiem. Wewnątrz niej Bogusławski, uczeń Stanisławskiego /czy tylko mnie bawi zbieżność? hue hue hue/, daje rady młodym aktorom i aktorkom na temat ich wymarzonego zawodu. Analizuje czym jest sztuka, czym teatr, co aktor/aktorka powinien/powinna umieć, jakie nawyki w sobie wyrabiać i do jakich ideałów dążyć. Czuć, że jest to szkoła teatru laboratorium i Moskwy, bo podejście do tematu jest hmm wzniosłe. Tak, wzniosłe to dobre słowo. Zawód aktora jest tam przedstawiany jako coś więcej niż tylko zajęcie, ćwiczenia mają doprowadzić adepta sztuki do perfekcji, zresztą nie dotyczą one tylko gry ciałem czy wyrażania emocji, ale w ogóle sfery duchowej. Myślałem, że poczytam to pod kątem RPGowym, ale dla mnie jako mistrza gry okazało się to zupełnie nieprzydatne w temacie odgrywania, acz parę pomysłów na questy czy scenariusze wpadło, bo Bogusławski zawiera w książce anegdoty o teatrze; moja ulubiona opowiada o tym, że podczas rewolucji i walk w Moskwie, obie strony konfliktu postanowiły nie ruszać teatru, jako ważnego dla wszystkich miejsca. Aż się prosi o sesje w Zew Cthulhu w tamtym miejscu i czasie. Książke... polecam? Nie polecam? Sam nie wiem. Bogusławski miał mocne nadęcie, a ja takich tekstów nie lubię, ale mimo to czytało się miło, więc może warto?
6. "Wędrując" Thoreau - A to taki eseik dołączony do poprzedniego numeru Nowego Obywatela w ramach krzewienia kultury spaceru. Tak jak i przy "On the duty of civil disobiedence' tak i tu są bardzo mi bliskie myśli, co jest zabawne, bo wydaje mi się, że samego Thoreau bym nie lubił za bardzo. Zbyt egzaltowany typ i trochę kłamczuszek. Esej dotyczy spacerów, wędrówek, no i Natury, bo to Thoreau i muszą być peany na temat pól, lasów i tego jak to pięknie podcierać się liśćmi /nie sprawdzałem/. I jak on pięknie o tym spacerowaniu i w ogóle wędrówkach pisze! Porównuje wędrowców do świętych pielgrzymów, pisze, że każda dobra wędrówka powinna odbywać się w taki sposób jakby miała być naszą ostatnią oh. Uważajcie, bo jeśli ruszycie ten esej, to poczujecie w sercach ten niebezpieczny zryw, który ciągnie ludzi w góry. Bardzo, ale to bardzo niebezpieczny esej. Czytać. Często czytać i rozmyślać nad nim.
Gdy wyruszamy na najkrótszy nawet spacer, powinniśmy pielęgnować w sercu ducha wiecznej przygody, jak byśmy mieli już nigdy nie powrócić do naszego opuszczonego królestwa, do którego wróci jedynie nasze zabalsamowane serce - relikwia po wędrowcu.
Czujecie tę moc? Ja jak to przeczytałem, to ledwo mogłem usiedzieć na miejscu, a byłem po całodniowej wycieczce do Parku Narodowego. Obawiam się, że jeśli ten esej przeczyta ktoś, kto dawno nie wędrował, to może rzucić wszystko w cholerę i ruszyć przed siebie. Dajcie znać, jakby to naszło kogoś z was, bo z chęcią dołączę do wędrowania.
* Mój stary to fanatyk Nietzschego, pół mieszkania zajebane Zaratustrą i Genealogią moralności, nie am tygodnia żebym sobie w nogę nie wbił któregoś z nich, bo to ostra filozofia jest i trzeba wieźć do szpitala na wyciąganie....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz