środa, 4 stycznia 2017

Książko-post październik 2016

Aye! Październik pod względem książek był bardzo obfity; nie miałem okazji chodzić po górach, to i miałem czas na czytanie dobrych rzeczy, a muszę ich sporo przyjmować, bo cały czas boli mnie coś w środku po "De non existensia dei". Cały czas.


1. "O pocieszeniu jakie daje filozofia" Boecjusz - Czytane w ramach nadrabiania zaległości z filozofii średniowiecznej, ale to żadne tam nudy, a przyjemny dialog, który mnie ominął, bo była wiosna i sami rozumiecie. Boecjusz napisał to siedząc we więźniu, wtrącili go tam bo stanął w obronie nie tego człowieka, dostał zarzut o bezbożność, rachu ciachu i dalej to już wiecie jak to się dzieje.
                                                       


No ale póki co nie uprzedzajmy faktów. Boecjusz żyje i pisze dialog, w którym Filozofia odwiedza Boecjusza w celi żeby go pocieszać i to nie, że Boecjusz siedzi, myśli i się raduję, tylko normalnie do środka wchodzi babeczka niczego sobie, przepędza smutki, które go targają - i to dosłownie, gdyż one też są zantropomorfizowane - i zaczyna z nim rozmawiać, tłumacząc, że nie musi być smutny, bo jest filozofem, a filozofia to obcowanie z Bogiem, a obcowanie z Bogiem to najwspanialsza rzecz pod słońcem. Tak w skrócie. Czuć przejście z filozofii antycznej do Chrześcijańskiej, duże wpływy stoicyzmu i po tej lekturze już wiem skąd omyłkowe uznawanie pism stoickich za zaginione teksty świętych. Czy polecam? Raczej tylko dla fanów, bo tekst sam w sobie nie jest jakiś porywający, życia radykalnie dziś już chyba nie zmieni, a i forma utrudnia czytania. No ale mi było miło.


2. "Teologia polityczna" Carl Schmitt - Ten to dopiero był ancymon! Filozof, mocno związany z kościołem katolickim, a przez przez pewien czas także i z NDSAP. Wielbiciel silnego państwa, najlepiej religijnego - brzmi jak ktoś od kogo powinienem się trzymać jak najdalej, a czytało mi się bardzo miło i na półce czeka już jego kolejna książka. Czuć, że facet był intelektualistą i filozofem, bo wywód prowadzi błyskotliwie, argumentuje spójnie, a dodatkowo wszystko jest sprawnie napisane, okraszone dużą ilością nawiązań, czyli tak jak lubię najbardziej. Szkoda, że na współczesnej scenie politycznej nie ma myślicieli tego typu, aż miło by się z takimi dyskutowało.

3.  "Henri de Toulous-Lautrec" Perruchot - Nabyta w antykwariacie za pięćdziesiąt groszy biografia sprośnego malarza, który był pierwowzorem Tyriona Lannistera /bardziej tego z książek niż serialu/. Chorowity, brzydki karzeł z dużą ilością pieniędzy, ostrego poczucia humoru, chęcią życia i ciężkiego smutku. Postać skomplikowana, naznaczona ciężką chorobą, która nie dość, że sprowadziła nań niedorozwój fizyczny, to do tego jeszcze gniew własnego ojca, który nie mógł znieść, że jego dziedzic nie jest silny i zdolny do polowań; poświęca się swojej pasji czyli malowaniu i dołącza do grona artystów, co skazuje go na życie wśród wyrzutków i dziwaków, gdzie  może czuć się swobodnie. Interesująco-smutna postać i interesująco-smutne czasy; biografia na szczęście nie popada ani w zbytnią romantyzacje życia cyganerii paryskiej i dostałem obraz brudu wychodzącego spod pudru, pełnych stołów o podgniłych nogach i przemocy, zarówno fizycznej jak i symbolicznej, ani też w moralizowanie, więc jest tam też czasem szczery uśmiech i słońce. Polecam zapoznać się z Henrim, gdyż wiódł ciekawe życie, a jego obrazy potrafią hipnotyzować.





4. "Bone Dolls Twin" Lynn Flewelling - Polecone przez moją lubą jako quuerowe dark fantasy i jest nim w stu procentach. Mroczny świat w którym arystokracja się nie cyrtoli i jak trzeba to wycina krewnych gestem zamaszystszym niż stary Frey gości na weselach; są tam magowie, przepowiednie, wyrocznie i Zła-Magiczna-Kraina-Za-Morzem oraz Dobra-Magiczna-Kraina-Za-Morzem, z czego ta pierwsza jest w porządku, bo mało o niej w książce jest, więc tajemniczo i w ogóle, za to przedstawiciele tej drugiej siedzą w co trzecim miasteczku i pięknie wyglądają, czarują i generalnie wzbudzają we mnie potrzebę czystek etnicznych w świecie powieści. Elfy pieprzone. No i jest queer, bo powieść dotyczy ostatniej dziewczynki z królewskiego rodu, której dusze dla bezpieczeństwa umieszczono w ciele jej brata; on miał niestety mniej szczęścia, bo to dark fantasy i został jako świeży noworodek uduszony, a jego dusza zamieniona w demona kręci się po świecie, słodko prawda? A dlaczego Tobin, bo takie miano ma heroina w męskim ciele, została body-swapowana? otóż jest dziedziczką korony, a dotychczas szła ona matrylinearnie, co ukonstytuowane było pradawną wróżbą i tradycją, tyle że ostatnio pewien męski członek rodu uznał /Rhius, kutas jakich mało/, że pora na dobrą zmianę, wziął sobie koronę i rozpoczął mordowanie krewniaczek, oraz wszystkiego co związane z tradycją kobiety na tronie - czyli patriarchat wojujący. Mi się podoba bardzo i wam te serie, bo to pierwsza część trylogii, polecam. Nietuzinkowe, dobrze napisane i z pomysłem dark fantasy, które umie podejść do kwestii płciowości oraz seksualności na poważnie i z głową.


5. "Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów" Gross - Ja wiem, że z Grossem trzeba uważać, aczkolwiek nawet jeśli liczby się tutaj nie zgadzają to warto przemyśleć główny temat książki, czyli rabowanie trupów, mogił, pozostałości obozów koncentracyjnych, grabienie uciekinierów, szmalcownictwo, pogromy po-wojenne, przemoc sekusalna, pogromy  i wszystko to co związane z chciwością i wojną, u Grossa jest to badane w warunkach Polskich, ale wrażliwi mogą do tego podejść w sposób uniwersalny i przenieść te doświadczenia na inny grunt. Czyta się bardzo nieprzyjemnie, jest tam np zapis rozmowy przeprowadzonej zaraz po wojnie, między milicjantem, a kobietą, która dotyczy podziału rzeczy po zamordowanych Żydach, zamordowanych  przez miejscowych - długo siedziała mi ona na żołądku. Do tego zdjęcie, które jest głównym motywem książki... też zgrzyta w duszy. Chyba nie ma tu co więcej pisać; polecam, ale robi nieprzyjemnie na myśl jak daleko może zaprowadzić robienie z innych ludzi Innego, kompletnie odmiennego od Nas.


6. "Ecce Homo" Nietzshe- Fryderyk jest jedynym znanym mi człowiekiem, który udawał Polaka. Naprawdę, w Ecce Homo pisze on otwartym tekstem, że jest Polakiem i jest z tego dumny, bo niemiecka dusza to coś ohydnego. O Polakach pisze on tak:

"Lecz również jako Polak jestem niezwykłym atawizmem. Należałoby cofnąć się o stulecia, ażeby tę najszlachetniejszą rasę, jaka istniała na ziemi, odnaleźć w stopniu tak czystym pod względem instynktów, w jakim ja ją reprezentuję. "





A tu macie o Niemcach:

"A czego nigdy nie wybaczyłem Wagnerowi?! Że zniżył się do poziomu Niemców, że przystał do Rzeszy Niemieckiej... Dokąd sięgają Niemcy, psują kulturę."


I tego jest więcej, o wiele więcej. Wychwalanie Polaków i polskości, krytyka Niemców i niemieckiej duszy, wstawki o głupim nacjonalizmie i rodzących się kwestiach rasowych - coś ci naziści niedokładnie chyba czytali Fryderyka jak go brali za patrona. No ale poza zagłębianiem kwestii wyższości jednego narodu nad drugim, jest to pozycja w której Nietzsche podsumowuje swój dorobek intelektualny, streszcza własne poglądy na świat w rozdziałach tak zatytułowanych jak: dlaczego jestem taki rozsądny, dlaczego jestem taki mądry, dlaczego piszę tak dobre książki - po czym wnioskujecie już pewnie, że jest tam sporo samozachwytu, no cóż jest go nie mniej niż w innych jego tekstach, co nie znaczy, że to źle! Nie znam nikogo innego, kto by tak zgrabnie i miło uprawiał przechwalanie się, no i Fryderyk wpycha w to wszystko dużo soczystej i bogatej w myśli filozofii, toteż jest to strawa godna. Ale raczej tylko dla zainteresowanych wąsatym Niemcem już tak konkretnie, przygodnego czytelnika prawdopodobnie odrzuci, ale kto wie?


7. "Oczy smoka" King - Ostatnia w tym miesiącu książka miała być lekkim, krótkim czytadłem o mieczach i smokach, i udało się. Bardzo lubię Kinga i to nie tylko w krótkich formach / co z kimś gadam o Kingu, to ciągle słyszę, że najlepszy jest w krótkich. Czy to obowiązkowe hasło?/, Bastion, Pod Kopułą i inne cegły bardzo mi się podobały, ale żeby nie wyjść hipstera to krótkie też, Wielki Marsz wykręcił mi serce i podczas dłuższych wędrówek zastanawiam się ile ja bym dał radę iść cztery mile na godzinę. Ale Oczy Smoka to powieść zupełnie innego kalibru. Internet mi coś mówił, że dla dzieci, że young adult, pierdzielenie, nigdy nie jest się za starym na dobrą opowieść o złym czarnoksiężniku, dobrym bracie, któremu dzieją się złe rzeczy i złym bracie, który na końcu odkupuje swoje grzechy. King doskonale bawi się konwencją i główny zly jest tak zły, że w jego komnatach wiecznie słychać jęki i krzyki, a rozdziały z jego udziałem często kończone są słowami jego dwugłowej papugi; suspense, cliffhangery, zwroty akcji, monumentalne wieże, tajne korytarze i wiele innego dobra. Bawiłem się super, z uśmiechem na twarzy zostałem porwany do zaczarowanej krainy. Niegłupie, ciekawe i dobrze gra z konwencją, jeśli znacie młodszych czytelników, albo wiecznie takich wiecznie spragnionych przygód to polecajcie. Ja czekam na opis przygód Tomasza, który ruszył śladami czarnoksiężnika Flagga i jego dwugłowej papugi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz