1. "O wolności ludzkiej woli" Schopenhauer - W końcu spotkałem się z Arturem w formie dłuższej niż memiczna i było to bardzo miłe spotkanie. Traktacik króciutki, napisany na konkurs dla królewskiej akademii, która nagrody mu nie przyznała, o czym Artur wielokrotnie we wstępie wspomina, dissując ową komisje. W ogóle dużo hejtów jest w środku, autor dobrych kilka stron poświęca na wyzywanie Hegla, jego fanów, stanu filozofii uniwersyteckiej Niemiec i jeszcze paru innych instytucji i osób. Cholera, jak on to dobrze robi! Chciałbym i nie chciałbym mieć z nim na pieńku. Jeśli podobał wam się list kozaków zaporoskich do Sułtana, bądź jesteście wielbicielami tuwimowskiego Całujcie mnie wszyscy w dupę, albo chociaż lubicie Millera cytującego Tuwima, to Shopenhauerowskie dissy ujmą was za serce; "hiperakrobata filozoficzny"weszło do mojego codziennego słownika. Myślę, że Artur mógłby stworzyć wesoły duet z Witkacym. "Hiperakrobatyczna dziwka-filozofka w majonezie" brzmi godnie, prawda? Ale do traktatu! Dotyczy on tytułowej kwestii, z którą autor rozprawia się na pierwszych stronach, następnie tylko dobija jeszcze wolną wolę z różnych pozycji i nie bierze jeńców. Robi to w stylu filozofii najznamienitszej, czyli przejrzystej, klarownej i nastawionej na rozjaśnianie, a nie zaciemnianie; pojęcia są używane z rozmysłem, najpierw definiowane, a dopiero potem wykorzystywane, zaś ciąg argumentacyjny jest przyjemnie spójny i płynny. Chciałbym, żeby gdzieś tak chociaż dziesięć procent tego warsztatu spłynęło do współczesnej sfery publicznej. No może chociaż pięć. Książkę zdecydowanie polecam; filozofom i niefilozofom.
2. "Sonderkomando" Shlomo Venezia - Nie wiem dlaczego wziąłem się za tę książkę. Dokładnie wiedziałem o czym ona jest, ba!, słyszałem, że była mocną inspiracją dla twórców Syna Szawła, a mimo to zacząłem ją czytać pewnego wieczoru i nie miałem przez to lekkiej nocy. Ciężko mi cokolwiek powiedzieć, bo to grubas nad grubasy, pokazujący Anus Mundi, opisujący nieopisywalne i zostawiający nieusuwalny ciężar w brzuchu. Pfff... No czytać, bo warto poszerzać swoją empatię... Choć smutno.
3. "Zamek" Kafka - Ha! Ależ mi się ta powieść podobała. Cholera jasna. Proces porwał moje serce w liceum tak bardzo, że sam zaproponowałem zrobienie prezentacji o zawartych w nim wątkach filozoficznych i historii egzystencjalizmu, zaś Zamek przypomniał mi to, co czułem wtedy. Ciężki, gruby klimat; antagonista, którego jedyną taktyką jest cofanie się, ale jednocześnie nie jest to porzucenie walki; wszędobylska ciemność, dziwne ruchy postaci, oh!, grupowanie postaci i ich zachowania w Zamku to gruby kawał materiału, powiedziałbym, że na książkę i że trzeba by coś takiego napisać, ale to już powstało i czytałem to nawet, ale o tym zaraz. Dawno nic mnie tak nie oplotło swoimi mackami klimatu i gęstości! Zewsząd widać Zamek, znikąd nie można do niego dojść; wszędzie panuje dym i półmrok, a wszyscy mieszkańcy wioski mówią zawile, jakby zagadkami. Słyszałem wiele negatywnych opinii o tej książce, że nic się nie dzieje, że nuda. No cóż, mam wrażenie, że w niej własnie chodzi o to, aby było "nudno", aby K. zmagał się ciągle z przeciwnościami i nigdy nie mógł zyskać realnej przewagi. Na obronę mojego stanowiska podeprę się za chwilę autorytetem Martina Walsera, ale żeby jeszcze przy samej powieści pozostać, opowiem cosik o uczuciach towarzyszących mi przy lekturze. Z jednej strony zadziwienie światem, jego budzącymi lęk sposobami działania, konstrukcją przypominającą mroczny sen (Zamek do którego bohater cały czas zmierza, ale dojść nie może przypomina mi bardzo długie około-koszmarowe sny), z drugiej sympatyzowanie z K. i frustracja tym samym światem, który tak mi się podobał. To że utrudnia geometrze jego cel, tak prosty i trudny zarazem, że wszystko co ten człowiek próbuje zrobić jest przez otaczające go środowisko niweczone, ale w sposób pasywny, bez agresji. Fascynujące. Cały czas miałem świadomość pewnej powtarzalności wydarzeń, ale budziło to też moją ekscytację, wszak napisane jest to wszystko bardzo ładnie, a wszystko tu, włącznie z powtarzalnością, czemuś służy. Ahh... Polecam zdecydowanie, najbardziej chyba z całego wrześniowego zestawienia. Ja będę do książki na pewno wielokrotnie wracał.
5. "Opis formy, Studium o Kafce" Martin Walser. Nazwisko tego pana usilnie w mojej głowie układa się w "Wasler", pieprzone l i s ciągle zamieniają się miejscami, biegając w jakimś psychopatycznym tańcu między W i S, pokręcone są jakieś. No ale pasuje to do tematu przytoczonej tu książki, bo Kafka lubił umieszczać w swoich tekstach postacie dokonujące szalonych czynów, w szalonych światach. Książka jest o książkach, czyli metaksiążka. Zabrałem się za nią po czytanym kilka dni wcześniej Zamku, żeby lepiej zrozumieć o co w tym wszystkim chodziło i zostałem ostro przelecony w mózg, a było to dobre. Nigdy wcześniej nie chwytałem się profesjonalnych opracowań tekstów Kafki, tyle co odwiedziłem jego muzeum w Pradze, tak więc była lektura była dla mnie wielką i wspaniałą przygodą intelektualną. Autor rozkłada wszystkie trzy powieści prażanina i dobiera im się mocno do tyłków, analizując, rozbierając i wyciągając; jest więc dużo rzucania światła na takie kwestie jak rodzaje postaci, środowisk, sposób tworzenia opisu oraz metawątek dotyczący losu samych powieści i udziału Maxa Broda w ich wydawaniu. Kawał dobrej lektury, która zrobiła mi bardzo dużo, bardzo dobrego w mózg. Żałuje, że w liceum nie miałem okazji jej poznać, bo może wcześniej zaczęłaby się moja poważna fascynacja postacią Kafki. Czytać, nawet jeśli ktoś nie siedzi mocno w temacie, to może po tej lekturze zacznie.
Max Brod wyglądał jak Trocki urodzony we Francji.
6. "Złodziej czasu" Pratchett. Hahaha! Generalnie w tym miejscu mógłbym skończyć ten akapit, no ale nie zostawię was w niepewności co do rodzaju i źródła tego śmiechu, a był on głośny, radosny i zdrowy, zaś spowodowały go przygody dwóch mnichów, dziwnego zegarmistrza, przerażającej nauczycielki i armii bezdusznych audytorów pragnących zniszczyć świat. Oh, ileż dobra jest w tej powieści, ileż wspaniałych nawiązań i nawet wzruszające momenty się tam znalazły. Mój ulubiony fragment to rozmowa o filozofii i wspomnienie "Xenona z Efebu", myśliciela, który uważał, że nie można trafić strzałą biegnącego człowieka hahahaha....
No i zasady! Zasady mnichów też są wspaniałe! I zabijanie złych istot czekoladą! I Igor z Uberwaldu! I....i... no wszystko jest tam super!
7. "Kochaj bliźniego swego" Remarque. A to był powrót do poważnych i ciężkich klimatów. Czyli "smucimy się, ażeby poszerzać empatię", boli, ale to dobry ból, czyli to co Von Sacher-Masoch lubił najbardziej. Powieść opowiada o losach uchodźców, wygnanych z Nazistowskich Niemiec za takie zbrodnie jak: bycie Żydem, bycie pół-Żydówką, bycie socjal-demokratą i inne przewinienia, które również i współcześni fani marszów chcieliby surowo karać. Trzeba wam wiedzieć, że bycie uchodźcą było wtedy, tak jak i dziś cholernie nieprzyjemne. Bezpaństwowcy pozbawieni paszportów i obywatelstwa nie istnieli prawnie, nie mogli otrzymać wiz, czy pozwoleń na pobyt w krajach w których się znajdowali, a więc najczęściej trafiali do więzień, następnie zaś odprowadzano ich na granicę i kazano uciekać do innego kraju. Bez domu, bez dobytku, gdziekolwiek się znaleźli byli traktowani jak przestępcy, tułali się więc i chwytali drobnych sposobów zarabiania pieniędzy, unikając policji i żandarmerii, która nie była dla nich wyrozumiała. Na kartach powieści poznajemy wiele rodzajów ludzkiego skurwysyństwa, bezduszności i czystej nienawiści do osób słabszych, pozbawionych ochrony, potrzebujących. Książka często wzbudzała we mnie uczucie bezsilności i frustracji, gdyż bohaterowie są w sytuacji z rodzaju kafkowskich, z powodów sił od nich niezależnych zostali wygnani z własnych domów, a teraz z powodu opieszałości innych sił (debatującej nad ich losem Ligi Narodów) są jakby wiecznymi przestępcami-tułaczami i choćby nie wiem jak bardzo się starali odmienić swój los, próbowali wywalczyć normalność, to niezależna od nich siła, fatum, jest bezlitosna.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz