wtorek, 29 listopada 2016

Książko-post wrzesień 2016

Aye! Wrzesień pod względem literatury stał na bardzo dobrym poziomie, zarówno jeśli chodzi o ciężar tytułów, jak i ich ilość. Weszło mi wtedy siedem dobrych książek, które zapamiętam na długo, a i a propos dwóch z nich chciałbym kiedyś coś większego napisać; mam tu na myśli książkę Kafki i  o Kafce. W ogóle kwestia egzystencji ludzkiej i radości w pisarstwie prażanina nie jest tak jednoznaczna jak się może na pierwszy rzut oka wydawać; warto o tym pamiętać. A jaka jego biografia jest interesująca! No ale o książkach miało być, oto one:

1. "O wolności ludzkiej woli" Schopenhauer - W końcu spotkałem się z Arturem w formie dłuższej niż memiczna i było to bardzo miłe spotkanie. Traktacik króciutki, napisany na konkurs dla królewskiej akademii, która nagrody mu nie przyznała, o czym Artur wielokrotnie we wstępie wspomina, dissując ową komisje. W ogóle dużo hejtów jest w środku, autor dobrych kilka stron  poświęca na wyzywanie Hegla, jego fanów, stanu filozofii uniwersyteckiej Niemiec i jeszcze paru innych instytucji i osób. Cholera, jak on to dobrze robi! Chciałbym i nie chciałbym mieć z nim na pieńku. Jeśli podobał wam się list kozaków zaporoskich do Sułtana, bądź jesteście wielbicielami tuwimowskiego Całujcie mnie wszyscy w dupę, albo chociaż lubicie Millera cytującego Tuwima, to Shopenhauerowskie dissy ujmą was za serce; "hiperakrobata filozoficzny"weszło do mojego codziennego słownika. Myślę, że Artur mógłby stworzyć wesoły duet z Witkacym. "Hiperakrobatyczna dziwka-filozofka w majonezie" brzmi godnie, prawda? Ale do traktatu! Dotyczy on tytułowej kwestii, z którą autor rozprawia się na pierwszych stronach, następnie tylko dobija jeszcze wolną wolę z różnych pozycji i nie bierze jeńców. Robi to w stylu filozofii najznamienitszej, czyli przejrzystej, klarownej i nastawionej na rozjaśnianie, a nie zaciemnianie; pojęcia są używane z rozmysłem, najpierw definiowane, a dopiero potem wykorzystywane, zaś ciąg argumentacyjny jest przyjemnie spójny i płynny. Chciałbym, żeby gdzieś tak chociaż dziesięć procent tego warsztatu spłynęło do współczesnej sfery publicznej. No może chociaż pięć.  Książkę zdecydowanie polecam; filozofom i niefilozofom.

2. "Sonderkomando"
Shlomo Venezia - Nie wiem dlaczego wziąłem się za tę książkę. Dokładnie wiedziałem o czym ona jest, ba!, słyszałem, że była mocną inspiracją dla twórców Syna Szawła, a mimo to zacząłem ją czytać pewnego wieczoru i nie miałem przez to lekkiej nocy. Ciężko mi cokolwiek powiedzieć, bo to grubas nad grubasy, pokazujący Anus Mundi, opisujący nieopisywalne i zostawiający nieusuwalny ciężar w brzuchu. Pfff... No czytać, bo warto poszerzać swoją empatię... Choć smutno.

3. "Zamek" Kafka - Ha! Ależ mi się ta powieść podobała. Cholera jasna. Proces porwał moje serce w liceum tak bardzo, że sam zaproponowałem zrobienie prezentacji o zawartych w nim wątkach filozoficznych i historii egzystencjalizmu, zaś Zamek przypomniał mi to, co czułem wtedy. Ciężki, gruby klimat; antagonista, którego jedyną taktyką jest cofanie się, ale jednocześnie nie jest to porzucenie walki; wszędobylska ciemność, dziwne ruchy postaci, oh!, grupowanie postaci i ich zachowania w Zamku to gruby kawał materiału, powiedziałbym, że na książkę i że trzeba by coś takiego napisać, ale to już powstało i czytałem to nawet, ale o tym zaraz. Dawno nic mnie tak nie oplotło swoimi mackami klimatu i gęstości! Zewsząd widać Zamek, znikąd nie można do niego dojść; wszędzie panuje dym i półmrok, a wszyscy mieszkańcy wioski mówią zawile, jakby zagadkami. Słyszałem wiele negatywnych opinii o tej książce, że nic się nie dzieje, że nuda. No cóż, mam wrażenie, że w niej własnie chodzi o to, aby było "nudno", aby K. zmagał się ciągle z przeciwnościami i nigdy nie mógł zyskać realnej przewagi. Na obronę mojego stanowiska podeprę się za chwilę autorytetem Martina Walsera, ale żeby jeszcze przy samej powieści pozostać, opowiem cosik o uczuciach towarzyszących mi przy lekturze. Z jednej strony zadziwienie światem, jego budzącymi lęk sposobami działania, konstrukcją przypominającą mroczny sen (Zamek do którego bohater cały czas zmierza, ale dojść nie może przypomina mi bardzo długie około-koszmarowe sny), z drugiej sympatyzowanie z K. i frustracja tym samym światem, który tak mi się podobał. To że utrudnia geometrze jego cel, tak prosty i trudny zarazem, że wszystko co ten człowiek próbuje zrobić jest przez otaczające go środowisko niweczone, ale w sposób pasywny, bez agresji. Fascynujące.  Cały czas miałem świadomość pewnej powtarzalności wydarzeń, ale budziło to też moją ekscytację, wszak napisane jest to wszystko bardzo ładnie, a wszystko tu, włącznie z powtarzalnością, czemuś służy. Ahh... Polecam zdecydowanie, najbardziej chyba z całego wrześniowego zestawienia. Ja będę do książki na pewno wielokrotnie wracał.

4. "Wampetery, foma i granfalony" Vonnegut.  Tego pana wszyscy znamy, a jeśli nie, to marsz do biblioteki po "Rzeźnie numer pięć, czyli Krucjatę dziecięcą, czyli Obowiązkowy taniec ze śmiercią", przy czym wystarczy powiedzieć obsłudze, że szukacie Rzeźni numer pięć, ogarną temat. A Wampetery... to zbiór różnych esejów i wykładów, wygłaszanych i niewygłaszanych przez Vonneguta na przestrzeni wielu lat jego życia, jest tu nawet krótki scenariusz filmowy, który jest jak cała jego twórczość, trochu śmieszno, trochu straszno, czyli super. Teksty czytało mi się bardzo przyjemnie, niektóre powinny interesować mnie mniej, na przykład rejs jachtem po rzekach Stanów, ale Vonnegut opisuje to takim językiem i z takimi spostrzeżeniami, że wszedłem w to jak świnia w agrest. Chciałbym mieć jego umiejętność przekuwania obserwacji w interesujący tekst, bo robi to wybornie. A poza esejami z pozoru nudnymi, znalazłem tam też, które od razu trafiały do mojego serca: opis wojny w Biafrze, przemówienie wygłoszone na jakimś uniwersytecie, gdzie Vonnegut z humorem opowiada o swoim braku wykształcenia pisarskiego (fragment w którym przyznaje się, że dopiero niedawno przeczytał Panią Bovary jest miodny! Wyobrażam sobie twarze tych wszystkich czerstwych profesorów siedzących na sali), a wspomniany przeze mnie wcześniej scenariusz jest warty zrealizowania. Może ktoś kiedyś się za niego chwyci. Lektura przyjemna, miejscami lekka, a miejscami kłująca w brzuch, ale generalnie wszystko w ilościach odpowiednich dla równowagi psychicznej czytelnika, który chce coś inteligentnego, czasem poruszającego, ale też bez zbytniej karuzeli, bo ileż można się rzucać w smutki przez książki.

5. "Opis formy, Studium o Kafce"
Martin Walser. Nazwisko tego pana usilnie w mojej głowie układa się w "Wasler", pieprzone l i s ciągle zamieniają się miejscami, biegając w jakimś psychopatycznym tańcu między W i S, pokręcone są jakieś. No ale pasuje to do tematu przytoczonej tu książki, bo Kafka lubił umieszczać w swoich tekstach postacie dokonujące szalonych czynów, w szalonych światach. Książka jest o książkach, czyli metaksiążka. Zabrałem się za nią po czytanym kilka dni wcześniej Zamku, żeby lepiej zrozumieć o co w tym wszystkim chodziło i zostałem ostro przelecony w mózg, a było to dobre. Nigdy wcześniej nie chwytałem się profesjonalnych opracowań tekstów Kafki, tyle co odwiedziłem jego muzeum w Pradze, tak więc była lektura była dla mnie wielką i wspaniałą przygodą intelektualną. Autor rozkłada wszystkie trzy powieści prażanina i dobiera im się mocno do tyłków, analizując, rozbierając i wyciągając; jest więc dużo rzucania światła na takie kwestie jak rodzaje postaci, środowisk, sposób tworzenia opisu oraz metawątek dotyczący losu samych powieści i udziału Maxa Broda w ich wydawaniu. Kawał dobrej lektury, która zrobiła mi bardzo dużo, bardzo dobrego w mózg. Żałuje, że w liceum nie miałem okazji jej poznać, bo może wcześniej zaczęłaby się moja poważna fascynacja postacią Kafki. Czytać, nawet jeśli ktoś nie siedzi mocno w temacie, to może po tej lekturze zacznie.

                                      Max Brod wyglądał jak Trocki urodzony we Francji.


6. "Złodziej czasu" Pratchett. Hahaha! Generalnie w tym miejscu mógłbym skończyć ten akapit, no ale nie zostawię was w niepewności co do rodzaju i źródła tego śmiechu, a był on głośny, radosny i zdrowy, zaś spowodowały go przygody dwóch mnichów, dziwnego zegarmistrza, przerażającej nauczycielki i armii bezdusznych audytorów pragnących zniszczyć świat. Oh, ileż dobra jest w tej powieści, ileż wspaniałych nawiązań i nawet wzruszające momenty się tam znalazły. Mój ulubiony fragment to rozmowa o filozofii i wspomnienie "Xenona z Efebu", myśliciela, który uważał, że nie można trafić strzałą biegnącego człowieka hahahaha....



 No i zasady! Zasady mnichów też są wspaniałe! I zabijanie złych istot czekoladą! I  Igor z Uberwaldu! I....i... no wszystko jest tam super!



7. "Kochaj bliźniego swego" Remarque. A to był powrót do poważnych i ciężkich klimatów. Czyli "smucimy się, ażeby poszerzać empatię", boli, ale to dobry ból, czyli to co Von Sacher-Masoch lubił najbardziej. Powieść opowiada o losach uchodźców, wygnanych z Nazistowskich Niemiec za takie zbrodnie jak: bycie Żydem, bycie pół-Żydówką, bycie socjal-demokratą i inne przewinienia, które również i współcześni fani marszów chcieliby surowo karać. Trzeba wam wiedzieć, że bycie uchodźcą było wtedy, tak jak i dziś cholernie nieprzyjemne. Bezpaństwowcy pozbawieni paszportów i obywatelstwa nie istnieli prawnie, nie mogli otrzymać wiz, czy pozwoleń na pobyt w krajach w których się znajdowali, a więc najczęściej trafiali do więzień, następnie zaś odprowadzano ich na granicę i kazano uciekać do innego kraju. Bez domu, bez dobytku, gdziekolwiek się znaleźli byli traktowani jak przestępcy, tułali się więc i chwytali drobnych sposobów zarabiania pieniędzy, unikając policji i żandarmerii, która nie była dla nich wyrozumiała. Na kartach powieści poznajemy wiele rodzajów ludzkiego skurwysyństwa, bezduszności i czystej nienawiści do osób słabszych, pozbawionych ochrony, potrzebujących. Książka często wzbudzała we mnie uczucie bezsilności i frustracji, gdyż bohaterowie są w sytuacji z rodzaju kafkowskich, z powodów sił od nich niezależnych zostali wygnani z własnych domów, a teraz z powodu opieszałości innych sił (debatującej nad ich losem Ligi Narodów) są jakby wiecznymi przestępcami-tułaczami i choćby nie wiem jak bardzo się starali odmienić swój los, próbowali wywalczyć normalność, to niezależna od nich siła, fatum, jest bezlitosna.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz