czwartek, 21 grudnia 2017

Książko-post maj 2017

Ostro lecę z tematem i nadrabiam brakujące miesiące. Trzymajcie kciuki żeby się udało! Tymczasem konkrety:

1. "Everybody writes" - Ann Handley. Poradnik przeczytany w ramach wzmacniania pozycji mojego bloga w internecie, bo wiecie, plan jest taki, że on kiedyś podbije rynek. Co prawda póki co za rzadko piszę, żeby go milionowo zmonetyzować, ale moment sławy jeszcze kiedyś nadejdzie. A wracając do samej książki, to jest to kawał cholernie dobrze wykonanej roboty. Pierwsza pozycja tego typu jaką czytałem, może one wszystkie są takie wow, ale Everybody mi zaimponowało, bo było jak całkowita odwrotność mojego liceum - życiowe, konkretne i z szacunkiem dla czasu drugiej osoby. Było tam o specyfice tekstów internetowych, bo o to głównie tam chodzi, blogów i stronek, analiza sukcesów największych serwisów w ostatnim czasie, dużo refleksji nad tym jak powinien wyglądać tytuł, tak żeby był czymś pomiędzy clickbaitem a rzeczowym ujęciem itd. Kurcze, tam naprawdę dużo informacji było, co do pisania, technologii i tematów na styku tego, a autorka dobrze wiedziała o czym mówi, bo przykładami i danymi sypała jak magik królikami z rękawa

Magik

Było też dużo o narzędziach, które pomagają zbierać dane na temat swoich czytelników, a nawet o programach do ładnego ubierania tych danych w wykresy, tabele i inne takie, które potem można pokazać w drętwej prezentacji w power poincie, tudzież Prezi dla pr0sów.

Zastanawiacie się pewnie: Jakub, no ale skoro ta książka jest taka zajebista, a Twoje pisanie takie gawędziarskie i plynne, to czemu jeszcze nie jesteś sławny i bogaty? Otóż moi drodzy, chyba jestem zbyt leniwą bułą na razie żeby wprowadzać ten cały agresywny internetowy marketing w ruch, no i zawsze jest jeszcze argument ze studiów filozoficznych, czyli, że ta twórczość musi odczekać na odpowiedni moment rozwoju ducha. Abstrahując, jeśli jesteście zainteresowani media-workingiem, podniesienie na wyższy poziom swojego profilu na fejsbuku, zdobyciem nowych followersów na instagramie, albo interesuje was jak zrobić ładny kołowy wykres analizujący stosunek użycia słów Macierewicz i kwadrat w waszej pracy magisterskiej, to książeczka jest dla Was.


2. "The handmaids tale" - Margaret Atwood.  Tak, przeczytałem książkę przed serialem, zanim stała się modna.

                                                    Nawet okulary mam podobne

Swoją drogą "czytałem książkę zanim powstał serial/film/gra/stała sie modna" to taki trochę crossfit, weganizm albo studiowanie prawa dla inteligentów/aspirujących do inteligencji/pesudo-inteligentów/czytaczy etc etc. Nie żeby inteligent nie mógł studiować prawa, być weganinem, albo chodzić na crossfit, ale wiecie, ja nie robię żadnych z tych rzeczy, więc ekhm.

No ale wracając do powieści, bo może ominęła was jej popularność, to tak, opowiada ona o niedalekiej przyszłości, kiedy to władzę w Stanach Zjednoczonych przejęli ekstremiści religijni, ukierunkowani na Stary Testament, opresje kobiet i nie tylko, właściwie uznali, że dobrym pomysłem będzie dokręcić śrubę każdemu, ale o tym zaraz. Władzę przejęli, bo na świecie zapanowała plaga bezpłodności (straszne prawda?) i trzeba było przeciwdziałać, a że osobowość autorytarna  ratunek dla świata najchętniej widzi w gnojeniu innych, to dzieją się rzeczy. Mamy więc niewielką raczej i cichą rewolucję, nowy rząd i zmienianie prawa, ustawa po ustawie w stronę totalitaryzmu (brzmi znajomo, co?). Najpierw zakaz pracy kobiet, potem kobiety tracą dostep do kont bankowych etc etc w końcu leci pełen odjazd i władza uznaje kobiety za środki produkcji, pozbawia jej jakiegokolwiek prawa do decydowania o własnej osobie, właściwie odbiera im status osoby, no i dzieją się rzeczy.

Akcja powieści dzieje się już w świecie ukonstytuowanym i rządzonym przez tych ekstremistów. Stany są państwem religijnym, innowiercy albo dokonują chrystianizacji, albo kula w łeb, mniejszości seksualne - kula łeb, osoby związane wcześniej z aborcją - kula w łeb, niebiali - kula w łeb, krytykowanie władzy - kula w łeb. Sytuacja nie jest kolorowa, władza kontroluje każdy aspekt życia swoich obywateli podzielonych na sztywne kasty, no ale wracam do kobiet, bo to ich los jest tutaj najważniejszy. Podzielono je między trzy kasty, żony, Marty i Podręczne. Żony to takie ozdoby mężczyzny, mają ładnie wyglądać, prezentować się i niewiele więcej; są bezpłodne z czym wiążą się Podręczne, bo to kobiety sprowadzone wyłącznie do roli chodzącego inkubatora. Niektórzy, wybrani, mężczyźni mają w swoich domach take właśnie podręczne, które regularnie gwałcą, dążąc do zapłodnienia (pamiętajmy, że panuje tutaj straaaszna apokalipsa bezpłodności), ale że są to religijnie skrzywieni fanatycy, to odbywa się to w dziwnym układzie, mężczyzna gwałci Podręczną, kiedy ta leży na żonie, taki wywijas, że on niby uprawia seks z żoną, a to wszytko w religijnym, staro testamentowym sosie. Oczywiście Podręczna nie ma żadnych wolności, jeśli jej się nie podoba jej los, to nie może nawet liczyć na kule w łeb, gdyż jej macica jest najważniejsza. Paskudnie. No i są jeszcze Marty, czyli służące, kucharki i sprzątaczki w jednym. Jak widzicie te trzy role, to rozbicie konserwatywnej wizji kobiety na trzy, jest tu więc też taki mały harem .Jako, że to opresyjnie konserwatywne społeczeństwo, to związki poza takimi układami są w ogóle nietolerowane i na kartach powieści spotykamy wielu sfrustrowanych takim stanem rzeczy mężczyzn, którzy nie mają dostępu do płci przeciwnej - czyżby nikt nie był z tego systemu zadowolony? OTÓŻ NIE.

Teraz opowiem Wam o tym fragmencie powieści, który wstrząsnął mną najbardziej. Bo w całym tym świecie przedstawionym, do pewnego momentu, to wszystko jakoś działa. Jest ta skrajnie nieelastyczna struktura społeczna, gwałty, opresja, kontrola, brak wolności (zarówno pozytywnej jak i negatywnej), ale to wszystko ma jakiś swój własny pomysł, idee, która tam się realizuje. Jest to idea straszna, ale spójna i konsekwentna... z tym, że niestety nie. W pewnym momencie powieści poznajemy miejsce, klub, w którym umieszczono część kobiet i zmusza się je tam do, no cóż zaspokajania i zabawiania mężczyzn. Mamy więc fasadowy konserwatyzm, seks w jednej ustalonej rządowo pozycji, brak jakiejkolwiek czułości, zasady "moralne" zatrzymujące każde namiętności i afekty, zakaz produkcji i posiadania bielizny innej niż najbardziej podstawowa - no pełna kontrola nad erosem, a tutaj nagle takie miejsce. I nie żeby pracujące tam dziewczyny miały jakąkolwiek większą wolność, o nie. Po prostu je tam zamknięto i tak jak te zamknięte poza tym miejscem zmusza się do 'skromności' i ograniczania jakiejkolwiek własnej ekspresji, tak te tutaj zmusza się do realizowania wizji 'kobiety upadłej' bywających tam panów. No świetnie. Robimy totalitarną, konserwatywną rewolucje, po to, żeby po cichu wymykać się do burdelu... Cała powieść jest wstrząsająca, pokazuje obrzydliwy system społeczny, zero wolności i nie dający radości wprost nikomu - zadowoleni są tylko bywalcy burdelu, ale to miejsce funkcjonuje nielegalnie, nie ma prawa bytu w ideologii, która tam panuje, jest abominacją. I to właśnie to jedno miejsce mnie najbardziej w tym wszystkim dotknęło - ogrom pracy i opresji po to, żeby robić wyjątki sprzeczne całkowicie z nową wizją.

Sporo się rozpisałem, ale temat ważny, ciągle bieżący i warty rozpatrywania w nowych kontekstach. Czytajcie. 

3. "Nietzsche" - Deleuze.  Nie istnieje dla mnie Nietzsche bez Deleuza. Sam nie jestem w stanie zbyt wiele z Fryderyka wyciągnąć, no a przynajmniej na tyle, żeby dało się to ułożyć w jakiś spójny system, filozoficzny pogląd albo argument, zaś Deleuze zrobił w swojej książce doskonałą robotę. Właściwie powinienem powiedzieć, że książkach, bo ta omawiana tutaj jest skrótem innej, dłuższej, w której Deleuze bardzo szeroko omawia Nietzschego, ale ona pojawi się w innym ksiązko-poście. 

Deleuzowi udaje ująć się nietzscheańską myśl jako jeden spójny system, w którym wszystko ze sobą współgra, wyrasta z mocnych fundamentów i dąży w konkretną stronę. Jego analiza zamieniła dla mnie zbiór wieloznacznych aforyzmów w konkretne narzędzie, które można wykorzystywać w analizie rzeczywistości - ja sam z radością korzystam z pracy Deleuza w mojej magisterce. Co do konkretów, to chyba je sobie odpuszczę, bo zainteresowani sami sprawdzą, a jeśli kogoś to nie ciekawi, to co mu będę truł. Na pewno jeśli chcecie zapoznać się z Nietzschem, to powinniście kupić prace Deleuza i to przez ich pryzmat poznawać różne Zaratustry czy Ecce Homo. Dla mnie to must have. 


4. "Sekretne życie drzew"- Peter Wohlleben. Kolejny dowód na to, że studia filozoficzne są najlepszymi możliwymi studiami oraz, ze mój Instytut Filozofii jest super. Miałem tą książkę w spisie lektur do egzaminu z Posthumanizmu (piąteczka była) i z radością czytałem. O kurcze, czułem się jakbym poznawał jakiś nowy, wspaniały, nieznany świat. 

Autor jest leśnikiem, miłośnikiem natury i badaczem drzew. Postanowił podzielić się ze światem swoimi obserwacjami i wiedzą na ich temat, ubierając to wszystko w zgrabnie wykonaną opowieść. Dowiadujemy się, że drzewa w lesie często są jednym wielkim organizmem połączonym korzeniami, że drzewa za pomocą wydzielania związków chemicznych mogą się komunikować, ile ma lat najstarsze drzewo na świecie (bardzo dużo), jak drzewa się rozmnażają i dlaczego w taki sposób, jak walczą o światło i jak pięknym, zróżnicowanym organizmem jest las. O kurcze, ja może nie uważałem za bardzo na biologii w liceum, więc to wszystko było dla mnie rewolucyjne, nowe, otwierające ścieżki intelektualne, ale myślę, że nawet jeśli Wy słuchaliście, to w tej książce znajdziecie dużo intelektualnej przyjemności. A no i znienawidzicie p. Szyszko jeszcze bardziej, jeśli zostały Wam na skali nienawiści wolne kropki.





5. "Życie, które mówi" - Joanna Bednarek.  Chodziłem do dr Bednarek na zajęcia, które były opracowane na podstawie jej książki. Kawał dobrych zajęć dotyczących hmm zwierząt, życia, ludzi, ich relacji, ale też nowoczesności i było trochę ciemnych kart filozofów wobec zwierząt (patrzę na ciebie Kartezjusz...) A książeczkę przeczytałem żeby dopełnić informacje wykładowe i nie żałuję. Jeśli kogoś interesuje konkretny tekst, podchodzący w naukowy i poważny sposób do zagadnienia, to niech sięga, tylko raczej nie kupujcie, bo tam gdzie ja się spotkałem, to książka była stanowczo za droga. Nie wiem kto ustala ceny niektórych naukowych publikacji w tym kraju, ale to wygląda jak stare ceny w euro na Steamie, "No masz polaczku, gra na promocji ze 100 na 80 euro, czego nie kupujesz? Taka promocja".

Treści "Życia, które mówi" przybliżał Wam nie będę z podobnych względów co przy książeczce Deleuza. Zainteresowania już sami rzucą okiem, a mój opis nie byłby zapewne zbyt ciekawy, bo najlepiej wychodzi mi pisanie o tym, co mnie wkurza i mi nie podoba, a ten tekst bardzo mi się podobał, ale też nie zmienił mojego życia na tyle, żebym budował wielopiętrowe metafory, peany etc etc.

środa, 20 grudnia 2017

Książko-post kwiecień 2017

Nie będę komentował tego jak bardzo opóźniony w relacjonowaniu moich przygód czytelniczych jestem. Spuszczam na to po prostu zasłonę milczenia i przejdę teraz do konkretów. Książek w kwietniu przeczytałem siedem i była to bardzo losowa banda, składająca się z nieprzemyślanych zakupów i wypożyczeń, planowanej nauki oraz poszerzania wiedzy na temat polskiej socjologicznej starej sci-fi. Co do tego ostatniego, to dziś, kiedy jestem już kilka książek dalej, mam poczucie, że nie warto było, choć gdybym chciał popełnić prace wywodzącą polskie problemy w relacjach damsko-męskich z kultury literackiej, to materiału mam sporo.


1. "Trockizm. Doktryna i ruch polityczny" - Urszula Łagowska i August Grabski. Prawdę mówiąc zupełnie nie pamiętam czemu zabrałem się za tę książkę. Pewnie z ciekawości, ale czemu akurat ta i w tym momencie? Nie kontynuowałem studiów nad tym zagadnieniem, a i czytałem ją dosyć hmm pobieżnie. Krótka, konkretna, zrozumiały język. Nie stałem się fanem idei, ale to za krótki tekst był żebym wyrobił sobie szersze zdanie, ale też publikacja przez swoją krótką formę nie nadaje się do czegoś takiego.

Znalezione obrazy dla zapytania kfc trotsky


2. "Marta" - Eliza Orzeszkowa. Feministyczna powieść! Z taką myślą się za nią zabrałem i dostałem to czego oczekiwałem, plus jeszcze trochę dodatków. Książka to feminizm pierwszej fali, mamy więc tytułową bohaterkę, która przez powszechne w 19 wieku przysposobienie kobiet z dobrych szlacheckich domów do życia nie umie nic konkretnego i kiedy umiera jej mąż, ona sama jest na dobrej drodze do śmierci głodowej. Sytuacja wyjściowa jak widać jest dramatyczna, a potem jest już tylko coraz gorzej. Marta próbuje wykorzystać swoje śladowe umiejętności muzyczne i znajomość języka francuskiego na podobnym poziomie, no ale pod zaborami działa niewidzialna ręka wolnego rynku, wyrzucając z rynku jej usługi na niskim poziomie. Głód zagląda w oczy matce i córce, bo nie wspomniałem wcześniej, ale Marta ma córkę. Mały szkrab bardzo cierpi z powodu niedoli i służy autorce powieści do uwypuklania cierpienia poprzez głód, choroby, brak zabawek i najbardziej drętwe dialogi w historii literatury. Nawet moje próby literackie są bardziej zgrabne w tej materii, aniżeli rozmowy Marty z jej córką; cieszcie się, że nie zrobiłem zdjęć tym fragmentom, bo wylądowalibyście na SORze z pękniętymi przeponami. No ale Marcie nie było do śmiechu, bo wraz z postępującą akcją, ona sama ma coraz mniejsze środki do życia, coraz mniej mebli do sprzedania i jest w coraz bardziej zdesperowanym nastroju. Powieść jednak nie przeradza się w erotyk, a etnologiczny opis warszawskiego sweatshopu w którym zdesperowane kobiety harują wykorzystywane przez zepsutą do szpiku kości właścicielkę szwalni. Nie jestem pewien czy dobrze pamiętam, ale ona chyba była Żydówką? No ale niezależnie od kwestii etnicznych praca w sweatshopie jest ciężka, płaca mała, no niezbyt klawo. Niestety nieuświadomiona klasowo Marta zamiast utworzyć w miejscu pracy komórkę PPSu i dążyć do strajku generalnego mającego na celu poprawę swoich warunków bytowych, zawala robotę, traci jedyne źródło utrzymania i koniec końców kradnie rubelki ze sklepu. Szczęście nie trwa długo, bo zaraz ruszają za nią żandarmi, a ona widząc, że nie da rady uciec woli skoczyć pod koła wozu, niż zhańbić się więzieniem. Niewolnicy nie mają do stracenia nic oprócz kajdan, ale Marta nie była niewolnikiem, wyszła ze swojej strefy komfortu tak radykalnie, że aż uwolniła swojego ducha z okowów materii. Co się dzieje dalej z jej córką nie wiemy, ale prawdopodobnie umiera w chorobie.

Bardzo przyjemnie czytało mi się tą powieść, Warszawa w kontekście relacji genderowych została zaprezentowana ciekawie, a kwestia poruszane w książce, dziś być może już archaiczna, ale wtedy była żywa i warto spojrzeć na nią przez pryzmat literatury z okresu. Jedyne co, to te nieszczęsne dialogi z dzieckiem i wątpliwe jak dla mnie zakończenie, no ale to drobnica w porównaniu do tego jak dobrze się to czyta oraz jakie jest pożyteczne intelektualnie. Wypożyczać, czytać, shareować.

3. "Limes Inferior" - Zajdel. Nuda. Kolejna wizja totalitarnego państwa, tym razem podana w sosie zagadnień ekonomiczno-antropologicznym, czyli pytanie na jakich zasadach przeprowadzana jest dystrybucja towarów w gospodarce niedoboru, jak klasyfikowani są obywatele oraz kim są rządzący. Na to ostatnie pytanie oczywiście wszyscy znamy odpowiedź, bandą opresyjnych łotrów, którzy pod płaszczykiem szczytnych idei osiągają ogromne korzyści, tutaj nic nowego, zresztą każde inne pytanie nie podaje żadnej nowej odpowiedzi. Klasyfikacja, która w założeniach ma dopasowywać człowieka pod względem jego możliwości intelektualnych do zawodu szwankuje, ludzie kupują usługi oszustów, którzy dają im lepsze/gorsze kategorie, reglamentacja towarów oczywiście też nie działa tak jak powinna i spryciarze oraz prywaciarze załatwiają co tylko chcą, a uczciwi stachanowcy żrą gruz. No i kobiety, nie zapominajmy, że polscy pisarze sci-fi uważają te tajemnicze i mistyczne istoty za niemożliwe do przeniknięcia, czy choćby szczątkowego poznania, dlatego też na kartach powieści pojawiają się zbiory wyobrażeń na ich temat. Obrzydliwe.

Główna intryga powieści polega na tym, że powszechna równość na świecie została narzucona ludzkim władcom przez kosmitów, których fantazją jest zaprowadzanie takiego własnie porządku w całym kosmosie. Ludzki rząd stara się tak manewrować sytuacją żeby kosmici pozwolili trwać jeszcze w jakiejś minimalnej niepodległości ludziom. Nuda straszna, jeśli się czytało inne książki Zajdla. Na końcu, dosłownie ostatnie strony, jest jeszcze jakiś mistyczny fragment, ale nie mam pojęcia co on może oznaczać; jeśli nie jest to zaszyfrowany kod, który pozwala zupełnie inaczej przeczytać powieść, to niewiele zmienia. Nie polecam.

4. "Menażeria ludzka" - Zapolska. Taka przyjemna, króciutka lekturka, którą dorwałem na bookcroosingu i machnąłem w pociągu do rodziców. Kilka historyjek opisujących ludzi w nieprzyjemnych układach społecznych. Z pozoru przykładna żona zdradzająca męża; mąż tyran, odmawiający żonie pieniędzy, który ją zdradza; pogardzany nauczyciel, który znosi trudy dla chorych rodziców itp. Napisane ze swadą dobrej gawędziarki opowieści, którym niczego nie brakuje, ani nic bym do nich nie dodał. Jak się już wczyta w schemat to nie zaskakują, bo wiemy, że w pewnym momencie każdej opowieści następuję odwrócenie sytuacji albo portretowanej osoby, jednak jest to zrobione świadomie, zgrabnie i ma swój cel, który spełnia.  Mnie najbardziej dotknęła historia nauczyciela, wyśmiewanego przez uczniów, nielubianego przez innych, który na końcu opowiadanka czyta list od starych rodziców, którzy oszczędności życia wyłożyli na jego edukację i dumni są z osiągnięć. Co prawda zasjpojlerowałem wam, ale jeśli macie możliwość, albo wolny slot czytelniczy to polecam wam sięgnąć po tę lekturę. Zapolska uprawia tam gawędę bardzo dobrej jakości, a do tego znaleźć tam można ciekawy opis dziewiętnastowiecznego świata, zwyczaje, przedmioty, miłe ciekawostki dla rpgowców.

5. "Delusion of gender" - Cordelia Fine. Książka cholernie grubego kalibru, która zasługuje na co najmniej osobną notkę i to dużą. Fine bierze na celownik neuroseksizm, rozpasane wykorzystywanie neuronauk i biologii w usprawiedliwianiu seksizmu jako czegoś wychodzącego "z natury, czy to "naturalnych" relacji między zwierzętami, czy zaglądając w głąb człowieka z jego pracy mózgu. Cordelia Fine szarżuje w ogromny, rozrośnięty rak neurosekzimu i rozjeżdża bez skrupułów, nie biorąc jeńców. Zaczyna od seksizmu naszego powszedniego, który sprawia, że jeśli przypomni się uczestnikom badań jakiej są płci, to zmienia to wyniki badań, przez problemy z możliwością zaistnienia genderless-owego wychowania w świecie mocnego i wyraźnego podziału na płcie, żeby potem zaatakować rezonans mózgu, popularne książki dotyczące zagadnienia płci mózgu i wiele wiele więcej. Wszystko to spisane jest dowcipnym i bardzo fachowym językiem, okraszone milionami przypisów oraz źródeł, no a sama Fine jest specjalistką w temacie, która ma na koncie sporo prac i ukazują się następne.

Jak dla mnie to pozycja obowiązkowa dla każdego i każdej osoby. Niezależnie od jakichkolwiek dystynkcji międzyludzkich, czytelniku/czytelniczko rzuć wszystko co teraz robisz i pobiegnij do księgarni/biblioteki/mojego mieszkania i kup, wypożycz bądź pożycz ją, ponieważ nie zdajesz sobie nawet sprawy jak wiele w naszym zdrowym rozsądku, wiedzy potocznej, powiedzonkach i kulturowych kodach jest seksizmu oraz jak bardzo jest to szkodliwe. Mówiąc językiem reklamy: już dziś, własnymi siłami, możesz dołączyć do powstrzymywania pożogi seksizmu!


6. "Płynna nowoczesność" - Bauman. W końcu udało mi się do niej zabrać i żałuję, że tyle to trwało. Co prawda Bauman robi tutaj ten sam ruch co we wszystkich swoich praca, które czytałem, czyli duże tezy i obserwacje, a mało mięcha na ich potwierdzenie, aczkolwiek w wielu punktach ciężko mi się z nim nie zgodzić. Całościowy opis rzeczywistości ulegającej (uległej?) przemianie, ze stałej i statycznej w coraz bardziej zmienną, czyli właśnie płynną. W książce pod tym kątem analizowana jest sytuacja gospodarcza, egzystencjalna człowieka, polityczna oraz także miejsca znajdujące się na styku ich wszystkich. Pod wpływem ich przemian sytuacja ludzka staje się coraz mniej stabilna, bardziej prekarna. Najlepiej oddam w tym momencie głos samemu Baumanowi:



Z Baumana nie czytałem dotąd wiele. Ot raptem trzy książki, z czego ostatnia, wydana już po jego śmierci, była ewidentnym skokiem na kasę i żałuje, że tyle monet uciekło z mojego portfela; zaś jego książka o socjalizmie jest świetna i na pewno znajdzie się w top 10 moich książek tego roku, a czy będzie tam Płynna Nowoczesność? Sam nie wiem. Mam z nią ten sam problem co podczas czytania różnych klasycznych dla fantastyki pozycji. W pewnym momencie historycznym były one na tyle nowe i przełomowe, że doczekały się wielu analizatorów, recenzentów, omówienie itd. A ja jako jednostka wchodząca w ten prąd intelektualny/literacki po pewnym czasie najpierw chcąc nie chcąc stykam się z dziełami wtórnymi/kontynuatorami wobec "tekstu klasycznego", więc kiedy docieram już do niego samego to jego tezy i założenia nie mają dla mnie niestety świeżości. Nie oznacza, to, że w takim razie "klasyczne teksty" są bezwartościowe, czy, że nie warto do nich sięgać, bo warto, gdyż żadna analiza nie da tego co obcowanie z materiałem jeden na jeden i jest to intelektualna przygoda. Jednakże w moim przypadku często ciężko mi się później odnieść w jakiś interesujący sposób do poznanych treści. Wam rzecz jasna polecam, jest napisana przejrzyście, klarownie i próg wejścia jest  bardzo przystępny; może się zdarzyć tak, iż jeśli nie jesteście zaznajomieni z kontynuatorami/krytykami tej koncepcji, że będzie to dla Was coś bardzo świeżego intelektualnie, rozsuwającego zasłony z rzeczywistości - i proszę tego w żadnym razie nie odczytywać ironicznie, to jest pisane w pełni poważnie. Bardzo lubię jak literatura rozsznurowuje czy odkrywa mi różne mechanizmy świata.

7. "Pięciu na Deimosie" - Władimir Michajłow.   - Kiedyś w ramach ratowania zbiorów pewnej biblioteki zakupiłem od niej trzydzieści powieści science-fiction za trzydzieści złotych i była to bardzo dobra decyzja. Po pierwsze lubię kupować książki, a do tego jeśli pieniądze idą na tak szczytny cel jak ratowanie innych zbiorów, to przyjemność jest podwójna, a po drugie dostałem w swoje ręce perełki myśli science-fiction z zupełnie innego świata. Większość z tych książeczek to radzieccy pisarze, wydawani w popularnych seriach o ogromnych nakładach (pierwsza z brzegu: wyd. 3, nakład 180 tysięcy), czyli z namaszczeniem władzy, więc w książkach tych nie ma "sprytnie zawoalowanej" (patrzę na ciebie Zajdel...) krytyki systemu, a są za to podróże kosmiczne, socjalistyczni astronauci itd. Bardzo ciekawie się to czyta w kontrze do  krytycznej science-fiction socjoligcznej, bo tu pierwsze skrzypce gra coś zupełnie innego, i tak w "Pięciu na Deimosie" mamy do czynienia z misją kosmiczną, która natrafia na dziwny obiekt, postanawia go zbadać i dzieją się rzeczy.


Piękna okładka, prawda?


Fabuła jest nudna jak flaki z olejem, okazuje się, że ten obiekt to konstrukcja kosmitów, którzy go opuścili i właściwie tyle. Lecą, badają, poznają i finito. Jednakże bawiłem się przy tej lekturze świetnie, ale nie z powodu intencjonalnie poczynionych przez autora działań, a z powodu ducha jego epoki, który objawia się w szczegółach powieści. Bo kto by pomyślał, że cechą wyróżniającą kapitana misji kosmicznej jest umiłowanie do baletu i że potrafi on rozmawiać o nim, w sposób profesjonalny, bardzo rozlegle, oczywiście mowa tutaj o rosyjskiej/radzieckiej szkole baletowej. Inna sprawa to rozmowy pilotów i scena kiedy jedne poucza drugiego, że nie powinno o sobie myśleć jako o bohaterach wśród gwiazd, bo bohaterami jest cały naród, którego robotnicy wyprodukowali ten statek, z materiałów przygotowanych przez górników i hutników, według planów inżynierów, a teraz ich misja nadzorowana jest przez sztaby naukowców itd itd. Brzmi to trochę śmiesznie, ale jest interesujące i pedagogicznie pozytywne, bo piloci mają rację podkreślając wagę sytuacji historycznej, która pozwoliła im jako zwieńczeniu pewnego projektu przebywać w kosmosie. Teraz małe wtrącenie naukowe, sytuacja w której mamy indywidualistycznych pilotów, bohaterów, którzy poruszają do przodu machinę świata swoimi indywidualnymi osiągnięciami i sukcesami byłaby wariantem wig history (wig science-ficiton?), a w tej powieści jest perspektywa zupełnie odmienna.

 (...)tak zwany „wig history” (Hughes 2005), gdzie kładzie się nacisk na osobę innowatora, a nie społeczeństwo, z którego się on wywodzi. (...)  Jak dostrzegły to etnografki Praktyka Teoretyczna 1(15)/2015 270 STS, szczególnie te pracujące w tradycji feministycznej, relacje w zbiorowości dużo trudniej przekazać w opisie (popularnym lub naukowym) niż klasyczne narracje heroiczne o wielkich jednostkach (np. Star 1990). Skrótowość i popularność pcha nas łatwo w objęcia narracji indywidualnych i heroicznych. [1]

Dużo jest tam takich kulturowych różnic pokazujących jak może wyglądać science-fiction. Można to oczywiście oskarżyć o propagandowy wydźwięk, gołosłowne wstawki dla cenzury, co nie zmienia faktu, że dzięki temu jest to coś odmiennego.

Jeśli nie interesują was klimaty radzieckich, oświeceniowych kosmonautów, to nie polecam, bo jak pisałem wcześniej, poza tym to nuda mocno. Dla mnie to była bombowa przygoda intelektualna i czytałem też inne tomiki, które wtedy kupiłem, bardzo dobra zabawa.





[1] Marcin Zaród, "Polityka, organizacja i praktyki tworzenia wiedzy w kolektywach otwartego kodu. Socjolog techniki czyta Inną Rzeczpospolitą Jana Sowy |", z Praktyka Teoretyczna 1 (2015) s.269
http://numery.praktykateoretyczna.pl/PT_nr15_2015_Praca_i_wartosc/PT_nr15_2015_Praca_i_wartosc.pdf 

                                               










czwartek, 26 października 2017

Ale żeś mi Szczepan zaimponował!

Ale żeś mi Szczepan zaimponował! Dokładnie tak jak możecie przeczytać w tytule, co więcej, powtórzę to jeszcze raz, bo warto: ale żeś mi Szczepan zaimponował! Dlaczego się tak ekscytuję? Otóż do niedawna miałem takiego chochoła, a chochoł jak to chochoł, trochę wymyślony, trochę nie, przeciwnik do bicia. No dobra, mój był bardzo wymyślony, bo jego konstrukcja opierała się tylko na negatywnych opiniach, które pieczołowicie zbierałem po internecie; zaś najlepszym ich źródłem były analizy książkowe Jacka Dehnela. Jego opis penisomani w "Królu" był wspaniały!


Jacek Dehnel
        A tak wygląda Jacek Dehnel. Źródło: plejada.pl

Ale przyszedł taki moment, że nagle i niespodziewanie żywe życie wpadło wprost na mnie. I mówiąc mówiąc nagle, mam na myśli naprawdę nagle. Ostatnim miejscem z którego spodziewałem się czegoś pozytywnego o Szczepanie Twardochu był fanpejdż: "Gdy czytam o arystokratach w XXI wieku, otwiera mi się gilotyna w kieszeni" (bardzo fajna strona, zajrzyjcie!), a dziś natrafiłem tam na  fragment jego felietonu z onetowego serwisu książkowego i poczułem, że to jest to! Serce zaczęło bić mi szybciej, w uszach zagrała marsylianka, a dłoń jakby sama zacisnęła się w pieść. Zawsze uważałem, że nowa, męska i twarda stylówa Szczepana jest hmm przerostem formy nad treścią, ale w zestawieniu z tym co tam napisał o szlachcie, to nic tylko mu nałożyć maciejówkę, dać brauninga do ręki i opaskę PPSu. Do tego miło cytuje Ledera! Zobaczcie zresztą sami:

W każdym razie włączyłem niedawno radio, a w radiu minister nomen omen Radziwiłł wyraziłł rozczarowanie tym, że protestujący młodzi lekarze nie traktują swojego zawodu jak powołania i zamiast o dobru pacjentów myślą o pieniądzach. Zauważył również, że sam kiedyś był młodym lekarzem, jak każdy. To niewątpliwie prawda, że był, nie każdy młody lekarz jednak jest Radziwiłłem.
Oczywiście zatrzęsło mną ze złości, jak zawsze trzęsie mnie, kiedy nadziany rodzinnymi koneksjami chujek dowolnej afiliacji z gładką miną ciśnie jakimś, w jego mniemaniu nieważnym frajerom, gadki o powołaniu i obowiązku, samemu jednak nie jadając na kolację idei. Być może przekonanie, że ich żołądki z samej swojej natury zasługują na coś lepszego niż żołądki plebsu, Radziwiłłowie mają po prostu we krwi. (...) No, ale skoro to, jak postępuje, tak wspaniale wpisuje się w historię jego znakomitej, na chłopskiej krzywdzie ufundowanej, rodziny, to już nie moja wina.

Ah, jak ja lubię dobrze rzucone przekleństwo. Potrafi tak bardzo odświeżyć wypowiedź, szczególnie w takim kontekście. Tak więc niniejszym z dniem dzisiejszym oficjalnie kończę z biciem w chochoła wyimaginowanego Szczepana Twardocha, posypuje głowę popiołem, cofam słowa o jego brzydkiej fryzurze z młodości i z radością patrzę w przyszłość, gdzie mam nadzieję zobaczyć więcej jego felietonów w podobnym tonie. Może nawet radykalniejszym. Karminowo alizarynowym.

No dobra żartowałem z tym, że cofam słowa o jego dawnej fryzurze i karminie. Zero litości.

poniedziałek, 23 października 2017

Książko-post marzec 2017

1. "Prześniona rewolucja" - Leder. Kurcze, to była fajna książka! Andrzej Leder rozważa w niej tezę, że dominującym modelem relacji międzyludzkich z udziałem elementu władzy we współczesnej Polsce jest model folwarczny, a wynikiem tej sytuacji jest właśnie tytułowa prześniona rewolucja, czyli nieuchwycone przemiany z lat 1939-56, kiedy to wojna i PRLowski projekt społeczny dokonały ogromnych zmian w strukturze społecznej. Ciekawy pomysł, który wydaje mi się, że trafi do wszystkich użytkowników państwowej służby zdrowia, szkoły bądź biblioteki - moja socjalistyczna miłość do instytucji państwowych i ludzi była w tych miejscach bardzo często wystawiana na próbę, a książka stara się odpowiedzieć dlaczego tak właśnie jest? Czyta się przyjemnie, choć autor wsadził tam sporo psychoanalizy, moim zdaniem niepotrzebnie; ja odbierałem ją na zasadzie metafory, ale spotkałem się w internecie z wieloma osobami, które odczytywały ją dosłownie i bardzo im to przeszkadzało. Sam wolałbym taką analizę bez psychoanalizy, a jak już jest to traktuje ją jak prawicowego znajomego na imprezie, czyli z dystansem i nerwowym uśmiechem. Książkę jak najbardziej polecam, jak już pisałem czyta się łatwo, jest ciekawa bibliografia, Leder ma lekki styl, no i tematyka moim zdaniem diablo interesująca. Jedna uwaga jeszcze, czytałem gdzieś na fejsbuku Nowego Obywatela, że Leder ignoruje Polskie spółdzielnie przedwojenne i że dyskredytuje to jego rozważania, no cóż ja się na spółdzielniach nie znam, ale też nie widziałem żadnej miażdżącej recenzji/artykułu krytyki, która by jednoznacznie pozamiatała temat Prześnionej Rewolucji - jeśli wiecie coś na ten temat, dawajcie linki. A no i jeszcze uważajcie na wykłady Ledera, byłem na jednym i facet bardzo nieciekawie opowiada, myślałem, że zasnę.

2. "Wyjście z cienia" - Zajdel. To jest ten moment w którym mówimy Zajdlowi głośne i zdecydowane NIE. Zeusie, gdyby to była książką od której zacząłbym zainteresowanie tym autorem, to dziś nie mówilibyśmy o moim zainteresowaniu tylko o nienawiści, z rodzaju moich hejtów na Twardocha.


          Io jest Szczepan Twardoch. Źródło Polskatimes

Na szczęście ja zacząłem od "Paradyzji", a Twardoch zmienił fryzjera. "Wyjście z cienia" jest jedną z najbardziej grubociosanych powieści aluzyjnych jakie czytałem. Z ręką na sercu! Z całej zajdlowskiej twórczości zresztą też; każda inna ma w sobie jakąś, chociażby małą, lekkość, jakiś woal, który chociaż udaje, że przykrywa o co chodzi. Ale nie tu, tutaj obrywamy prosto na ryj młotem: "a opisze se życie za komuny, tylko zamienię czerwone na zielone he he!". Nawet ten zielony jest bardzo czerwony, bo to mrówki. Rozumiecie mrówki tworzą komunistyczny reżim, zmuszając wszystkich do równości. Mrówki. Absolutely not soviets *wink wink*


               Wcale niekomunistyczna mrówka.

No i są sobie mrówki, umieszczone w wielkich robotach i zmuszają ludzi na ziemi do życia w biedzie, a żeby się nie wydało, że są mrówkami, to zabraniają w szkołach uczyć o mrówkach, mieć terraria z mrówkami i w ogóle nic o mrówkach. Jeśli ludzie nie będą mieli pojęcia mrówki, to nie skojarzą, że my jesteśmy jak ziemskie mrówki, tylko, że z kosmosu i z laserami. Potem jest historia przyjaźni mrówczo-ziemskiej i okazuje się,że mrówki zbrojną interwencją pomogły ziemianom przed agresją jakiejś innej rasy *wink wink*. Daruje sobie już pisanie o fabule, bo leżącego się nie kopie, powiem tylko, że na końcu jest mały zwrot akcji, który ani nie jest zaskakujący ani ciekawy. Czyta się lekko, ale w ten niefajny sposób, znaczy się, nic tam nie ma interesującego, ani głębokiego, ani rozrywkowo interesującego. Kompletnie nie polecam, chyba, że na prezent dla siermiężnego prawicowego kolegi, który szuka światełka cywilizacji białego człowieka w kosmosie, to wtedy kupujcie.

3."Keynes. Powrót mistrza" - Skidelsky.  Wydana przez KryPę książeczka o Keynesie, która jest całkiem, całkiem. Jakoś mocno mnie nie zachwyciła, myślę, że da się ciekawiej opisać tą postać, jej czasy i pomysły, no ale to nie tak, że było jakoś szczególnie źle. Ot bez fajerwerek. Jest to co powinno być, ale bez porywającej narracji.

Podobny obraz
             To jest dopiero porywająca narracja! 

Ciężko mi coś więcej powiedzieć o tej książce. Jak chcecie to kupujcie, ja wam nie powiem co zrobić.

4. "Każdy został człowiekiem" - Nesterowicz. A to była dopiero porywająca lektura! Szczególnie, że niedługo wcześniej czytałem "Prześnioną rewolucję", a to podobny temat i mogłem pogłębić swoją wiedzę. Każdy został człowiekiem traktuje o awansie społecznym jakiego doznali mieszkańcy wsi po drugiej wojnie światowej. Walka z analfabetyzmem na szeroką skalę, budowa szkół, dróg, elektryfikacja, biblioteki, kursy doszkalające i całkiem szerokie perspektywy zawodowe. Jasna cholera, jak czytałem o losach tych ludzi na początku, czyli "wesołe" wiejskie życie, to było mi tak bardzo smutno. To w jakich warunkach żyli, z jakimi trudnościami się zmagali i ile przeszkód spotkali na swojej drodze to jakiś koszmar (ojciec jednej z bohaterek zmarł, bo po trafieniu piorunem sąsiedzi zakopali go w ziemi, żeby ta wyciągnęła pioruny), a że książką ma kilkoro bohaterów (których losy Nestorowicz odtwarza z ich pamiętników), to i różnego rodzaju błota jest sporo. Potem następują losy szkolne i początki karier, które są z jednej strony jaśniejsze i milsze, bo państwo się rozwija, a bohaterowie mają pewne perspektywy, ale nie do końca, bo spotykają się a to z systemowymi problemami: jeden z bohaterów zostaje kierownikiem PGRu i ma wieczne problemy z pracownikami i dostawami sprzętu, inny idzie do hufców pracy, które okazują się czymś na wzór kolonii karnej itd. Albo z problemami po prostu z innymi ludźmi, którzy w swoich postawach wciąż tkwią na folwarku szlacheckim (i tu nam ładnie wchodzi książka Ledera). Moim zdaniem to jest absolutny must read. Nestorowicz tworzy z losów swoich bohaterów super opowieść, która jest porywająca i żywa, rysuje szerokie tło społeczne i wydaje mi się, że nie ma u niego żadnych przemilczeń. No ja się wzruszyłem jak czytałem o tych wiejskich szkołach.

Znalezione obrazy dla zapytania soviet visuals


5. "Płytki umysł" - Carr. Czytane na studia i o dziwo bardzo fajne. Wbrew temu co może sugerować tytuł, nie jest to grubo ciosany pamflet neoluddystyczno (gdyby nie komputery, to byłoby lepiej) anty-milenialsowy (gdyby nie młodzież, to byłoby lepiej). Carr występuje z krytyką nowych technologii, ale bez fanatyzmu i ze spokojnym racjonalizmem. Sporo wyników badań, cyferek, bibliografia bogata, no tak jak lubię. Najbardziej przepracowałem rozdział o czytaniu, czyli jaką różnicę dla naszego mózgu robi czytanie na ekranach (czytnik, telefon, komputer) vs książki. Kupiłem sobie jakiś czas temu czytnik, zaliczyłem już na nim kilka książek i chciałem się dowiedzieć "CZY COŚ Z TEGO ZAPAMIĘTAM!?" i okazuje się, że tak. Wyniki badań Carra, są takie, że raczej lepiej czytać książki, bo mózg zazwyczaj jest przyzywaczjony do większego skupienia kiedy doznaje sensualistycznie doznania od książki (zapach, dźwięk, faktura stron, ruch przewracania kartek) aniżeli zywkłe gapienie się w ekran (które kojarzy mu się ze scrollowaniem fejsa na telefonie w windzie) ale dla neuroplastycznego mózgu nie ma rzeczy niemożliwych i z odpowiednio dużą doza skupienia wszsytko jest do zapamiętania. Więc ja spokojnie mogę wracać do Pocketbooka, a Wy, jeśli interesuje was tematyka zagrożeń wynikłych z technologii, to łapcie Płytki Umysł. Ciekawe!


6. "Król z żelaza"- Maurice Druon  Tak, ta seria (Królowie przeklęci) jest podobna do Gry o tron. Martin sam powiedział, że prawdziwą grą o tron jest Ta własnie seria. Tylko dlaczego na wszystkich znanych bogów, starych i nowych, wydawcy muszą mi o tym trąbić wszędzie?!


Tak wygląda moje wydanie

Unikam ciasteczek z wróżba, bo tam pewnie też bym znalazł informację, że KRÓLOWIE PRZEKLĘCI TO TAKA GRA O TRON!!!111 No przykro, że ktoś nie załapał się na kasowy serial. Ale żeby Was moje jęczenie nie zmyliło, pierwszy tom tej serii jest cholernie dobry. Oh to jest tak dobrze napisana książka. Można by uczyć na niej dobrego rzemiosła układania fabuły, bez zbędnych elementów, perfekcyjnie dobrane składniki, postaci dokładnie tyle ile trzeba dla opowieści, a opowieść jest bardzo ciekawa, bo intryga ma w sobie wiele skrzywdzonych bohaterów i kilku naiwnych, co dodaje smaku opowieści. Zepsuta szlachta knuje intrygi, tytułowy król z żelaza wtrąca Templariuszy do więzienia, tajemnicza sekta działa gdzieś w tle, oj dzieje się. Rozrywka na bardzo wysokim poziomie, z dobrze przedstawionym tłem historycznym i jego realiami, więc dla rpgowców to dodatkowy plus. Można załapać nie tylko ciekawe motywy na sesje, ale i wiedzę etnograficzną z życia w tym uwielbianym przez autorów rpg średniowieczu. Mój ulubiony fragment to kara jaka spotyka pewnych dwóch gorącokrwistych młodzieńców, oj dużo ich w tej powieści boli. A i co do tego, że jest JAK GRA O TRON, to czytając zobaczycie, że Martin nie boi się zerżnąć niektórych postaci wprost, nie tylko, że pomysł/motyw, ale od razu z takim samym imieniem. Szacuneczek za fantazję. Pozycja obowiązkowa. Idź kup. Albo wypożycz. No dalej. 


7. "Krótki kurs nowomowy" - Gwiazda. Pierwsza rzecz przeczytana przeze mnie na czytniku. Jest to zbiór felietonów Joanny Gwiazdy ze starej wersji Nowego Obywatela, kiedy to czasopismo było jeszcze po prostu Obywatelem. To była ciekawa dla mojego światopoglądu literatura, bo Gwiazda z jednej strony okazała się być mi bliska, kwestie gospodarcze i chodzenie po górach, a z innej zupełnie odległa, wręcz po przeciwnej stronie barykady, bij zabij, czyli powiedzmy kwestie kulturowe. Taki trochę rollercoaster podczas czytania: Mhmm, no tak, tak racja, zgadzam...o NIE! TA ZNIEWAGA KRWI WYMAGA

A tak walczymy w DESW

Więc mogłem poćwiczyć plastyczność tej części mózgu, która jest odpowiedzialna za samozadowolenie i samobourzenie, bo co chwile inna była używana. Język, którym Gwiazda pisze jest lekki i pasuje do tej formy; pisze ona o wielu ciekawych wydarzeniach z historii Polski, a cześć z felietonów odnosiła się do współczesnej jej sytuacji w Polsce, więc jest też dodatkowo pewien wymiar relacji z wydarzeń minionych. A no i sporo o górach jest, a o tym to się zawsze przyjemnie czyta. Czy czytać "Słownik nowomowy"? Myślę, że raczej nie. Ja przeczytałem, bo kupiłem w paczce ebooków, a że dobrze napisane, to weszło w jeden wieczór, ale myślę, że są ważniejsze i cenniejsze rzeczy do czytania.

8. "Fanfik" - Osińska. Ta książka to ogień! Literatura młodzieżowa opowiadająca o problemach trans bohatera w Polsce? Niemożliwe? A jednak! Szanuję bardzo KryPę i autorkę za to co zrobiły, bo myślę, że niejednemu faszyście ciśnienie skoczyło jak się dowiedział co takiego wyszło zimą.



Czytałem z wypiekami na twarzy i z trzęsącymi się rękoma, bo bardzo chciałem żeby to wszystko miało jak najlepsze zakończenie, szczególnie, że miejscami dzieje się bardzo źle! Nie wchodzę w szczegóły, żebyście mogli się rozkoszować tą opowieścią, bez żadnych wcześniejszych większych informacji, przynajmniej z mojej strony, bo warto w Fanfik tak wejść i dać się zaskoczyć już na początku kilka razy. Dla kogo jest ta powieść? Na pewno dla mnie, ale ja jestem dużym dzieckiem. Czy dla dojrzałego, wyrobionego czytelnika, który Grę w klasy przerobił na wszystkie strony (ja tylko raz i to po kolei czytałem) będzie w Fanfiku coś ciekawego? No cóż to obyczajowa powieść o miłości z problemami we współczesnej Polsce z trans postacią, więc jeśli kogoś nie cieszy, że taka tematyka została w końcu poruszona, to może go to znudzić, ale myślę, że warto dać szansę? Choćby po to, żeby wiedzieć co kupić kuzynowi/kuzynce na czternaste urodziny (ja jestem tym nudnym starszym kuzynem, który zawsze daje książki)! Kupować, czytać, promować!

9. "Ludzkie arcyludzkie" - Nietzsche  Stary dobry Nietzsche. Czy coś więcej można powiedzieć? Oddajmy mu głos:

Nadzwierzę. – Bestia w nas chce być okłamywana; moralność jest kłamstwem z potrzeby, żebyśmy nie byli przez ową bestię rozdarci. Gdyby nie błędy kryjące się w założeniach moralności, człowiek pozostałby zwierzęciem. Tak jednak zaczął się uważać za coś wyższego i przepisał sobie surowsze prawa. Stąd jego nienawiść do stopni pozostałych bliżej zwierzęcości: tym też wyjaśnić należy dawniejszą pogardę wobec niewolnika jako nieczłowieka, jako rzeczy.

Muszę przyznać, że Fryderyk już mnie zaczyna nudzić.

niedziela, 18 czerwca 2017

Książko-post luty 2017

Jako, że był to miesiąc wolny od uczelni, to wyjazdy oraz szeroko pojęte zażywanie beztroski odsunęło ode mnie daleko literaturę. Ograłem kilka nowych planszówek i przygotowałem scenariusz do rpgowej sesji w świecie Pieśni lodu i ognia, a książki weszły wtenczas dwie:


1. "O-bi o-ba koniec cywilizacji" - Szulkin. Rozwaliło mi mózg po obejrzeniu filmu tego autora o tym samym tytule i postanowiłem, że muszę przeczytać opowiadanie na podstawie, którego go nakręcono. Nie zabrałem się za to zbyt szybko, ale w międzyczasie obejrzałem film jeszcze kilka razy i ciągle wywierał ten sam efekt: wow! Stare polskie filmy science-fiction mają niepowtarzalny klimat, a co dopiero taki opowiadający o post-apokaliptycznym świecie. Fabuła (filmu i opowiadania) wygląda mniej więcej tak: po wielkiej wojnie atomowej ludzkość straciła chęć do życia i tylko wojskowi, którzy wywołali apokalipsę, czuli potrzebę ratowania gatunku, dlatego aby skłonić ludzi do schronienia się w bunkrze ułożyli przy pomocy socjologów i psychologów opowieść o Arce, czymś w rodzaju magicznego statku zbawienia, którego nadejście ma uratować wszystkich tych, którzy zdołają do tego momentu dotrwać. Niedobitki na atomowej pustyni łykają te bajeczkę i idą razem z wojskiem do schronu, po drodze wielu ginie, co narrator kwituje cynicznym stwierdzeniem, że i tak by się nie zmieścili, plus wskazuje, że odpadli słabi, a życie, które czeka na mieszkańców schronu nie jest łatwe.


Jerzy Stuhr wygląda w tym filmie tak dobrze! Uwielbiam ten typ postaci "slave hero", bardzo odmienny od hollywodzkiego typu bohatera. Tam nawet postać po przejściach nie wygląda tak, jak typowy polski bohater.


Kafka byłby zauroczony światem stworzonym przez Szulkina. W schronie nie ma problemów z przestępczością, czy agresywną ludzką naturą, tam jest problem z apatią i porzuceniem woli do życia. Wojsko po tym jak wprowadziło ludzi w bezpieczne miejsce zaczęło nadawać komunikat, że Arka jest kłamstwem i tylko własną pracą można zbudować lepsze jutro - brzmi to szalenie groteskowo wśród zimnych, brudnych murów, za którymi szaleje atomowa zima i nie istnieje życie. Dla mieszkańców tego miejsca nie ma ratunku. Gros jednak uwierzyło mitowi, pozostają mu wierni i czekają na przybycie ratunku; menażeria dziwnych typów przygotowuje się na zbawienie, i tak jest tam bogacz, który buduje sobie arkę wzorem biblijnego Noego, skupuje za ogromne pieniądze drewno i próbuje kompletować zwierzęta, z których większość to wypchane ozdoby. Ktoś inny uznał, że na Arce będzie potrzebował towarzystwa i zamroził dwie kobiety, zbudował obok nich kapliczkę, a teraz tylko czeka na zbawienie. Takich szalonych postaci jest tam pełno, a wszechobecny klimat apatii i leżenia w oczekiwaniu na śmierć podkreśla szaleństwo działań tych postaci.



O tym opowiadaniu (i filmie) mógłbym pisać bardzo, bardzo długo. Skradło mi serce w każdym chyba aspekcie i polecam je każdemu, warto spojrzeć z innej perspektywy na post-apo, a najlepiej jeszcze podkręcić sobie to filmem, w którym świetne role mają Stuhr i Janda (można legalnie obejrzeć go w internecie na Ninatece). Bomba, miód i cud. Jednakże książeczka to nie tylko tytułowe opowiadanie, ale też trzy inne, które są już dla mnie problematyczne. "Wojna światów - nastepne stulecie" opowiada o Ironie Idemie, który wpada w konflikt z Marsjanami okupującymi ziemie. Jest tam dużo przyjemnej groteski, ale od pewnego momentu autor za bardzo kręci wątki i zachowania postaci, tak więc gubiłem się w motywacjach, a wiele scen było niejasnych. Są tam też, jak przystało na polską fantastykę, dziwne relacje z postaciami kobiecymi, które nasuwają myśl, że Szulkin to kolejny fantasta, który uważa kobiety za istoty podobne do elfów i krasnoludów o tajemniczych i niepoznawalnych motywacjach działań. Jednakże opowiadanko ma niezły klimat, a w filmowej adaptacji główną rolę gra Wilhelmi, więc jest ok.

Gorzej jest z pozostałymi dwoma tekstami: Golemem oraz Ucięta głowa czarownicy. To pierwsze zostało zekranizowane z Markiem Walczewskim w roli głównej i dwa razy to oglądałem i dwa razy mnie odrzuciło, z opowiadaniem dałem sobie więcej luzu  - przeczytałem tylko raz. Też odrzuciło. Może ja czegoś tam nie rozumiem, może zajęcia z posthumanizmu oswoiły mnie z tą tematyką już za bardzo, ale ani to ciekawe, ani wciągające, świat nijaki pffff no nuda. Jest totalitarne państwo po wielkiej wojnie, które odtwarza swoich obywateli dziwną metodą w rodzaju klonowania, ale takiego chałupniczego bardzo i słabo opłacanego, bo wykonujący te procedurę pracownicy to obrzydliwe typki - naprawdę, ich opisy są na maksa naturalistycznie fuj. Główny bohater to taki własnie jakby-klon, który styka się z życiem swojego oryginału, ale w sumie to do niczego nie dąży.   "Ucięta głowa czarownicy:" to horrorowe opowiadanko o dzieciach, wokół których nagle wszyscy zamieniają się w bezzębnych starców i jest uciekanie, gonienie, uciekanie i gonienie - również nie zachwyciło.

Czy warto czytać Szulkina? Myślę, że na pewno warto obejrzeć film "O-bi, O-ba koniec cywilizacji" i poczuć ten mocny kafkowski klimat, zobaczyć młodego Stuhra jak błąka się po bunkrze oraz Jandę jako linoskoczkinie, no i oczywiście jak w każdej dobrej polskiej produkcji fantastycznej jest tam też Paździoch (i Stępień!). I jeśli film was chwyci za serce, skłoni do myślenia i poruszy w dołku, to za opowiadanie tytułowe warto się zabrać. A co do pozostałych opowiadań i ekranizacji... lepiej iść na dobry spacer.

PS Jego książki jak i filmy mają Zarąbiste okładki! Niezależnie od tego czy zamierzacie czytać/oglądać, rzućcie na nie okiem koniecznie!

2. "Doktryna szoku. Jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne." - Naomi Klein.  To jest dopiero rakieta! Klein zbiera ogromną, gargantuiczną wręcz ilość danych i raportów, a potem przekuwa to w dobrze opowiedzianą historię ekspansji i zbrodni współczesnego kapitalizmu. Kurcze, jaka to jest dobra lektura. Świetny pomysł na książkę, przeniesienie wielu rozrzuconych po świecie przypadków na jeden spójny mianownik i sensowne przemyślenie całej tej sytuacji. Ogromny szacunek za ilość pracy jaką wykonała autorka.



A oto zdjęcie autorki z jej oficjalnej strony

No ale do rzeczy, bo jak ktoś nie zna książki, to pewnie nic nie rozumie. Klein bierze historię gdzieś tak od drugiej połowy XX wieku i analizuje wydarzenia pod kątem rozwoju i ekspansji idei gospodarki wolnorynkowej w stylu Amerykańskim - czyli "jeśli spróbujesz wprowadzić powszechny system ubezpieczeń zdrowotnych, to CIA zrobi ci pucz".  Na początku opisane są tam szczegółowo losy krajów Ameryki Południowej, ich próby nacjonalizacji części sektorów gospodarki, radzenia sobie z po kolonialnymi długami i pomysły na wprowadzenie rozwiązań socjalnych, które były atakowane przez USA. Związki Chicago Boys z Pinochetem, operacja Kondor, przewrót w Boliwii, historia i eksperymentowanie z KUBARK - było tego dużo i krwawo. Potem z Ameryki Południowej narracja przenosi czytelnika do Europy, a tam swoje pięć minut ma Polska z Balcerowiczem, a kolejne rozdziały to Rosja, Irak, Chiny, Sri-Lanka itd. Dużo miejsc w których kapitalizm rozgościł się przy pomocy brutalnych metod, które Klein nazywa tytułową Doktryną Szoku. Jest to pojęcie związane z torturami i osobą dra Ewena Camerona, człowieka o którym Rob Zombie powinien nakręcić horror. Wyobraźcie sobie faceta, który przeprowadza eksperymenty z deprywacji sensorycznej, na studentach, których przyszli do akademickiej przychodni, a zostali odurzeni i porwani, zaś później CIA robi podręcznik z wyników jego pracy. (To jest dobry moment na antynaukowy gniew)

W przypadku każdego kraju najpierw poznajemy jego historię, często totalitarną przeszłość, która pozostawiła po sobie wiele długów, następnie pojawiają się instytucje chętne do pomocy (Bank światowy i MFW), które proponują anulowanie długu za przyjęcie kilku reform, a gdzieś pomiędzy zdarzają się ofiary,

Jest to potężna pozycja, która bardzo daje do myślenia. Nie miałem okazji wcześniej czytać tak ujętej historii współczesnego kapitalizmu, w jedną spójną opowieść, która łączy dużo wydarzeń w pobudzający intelektualnie sposób. Ja stałem się po tej książce fanem Klein i zamierzam skompletować całość jej dorobku na półce.

Zdecydowanie czytać. Polecam całym sercem, tylko uważajcie, bo ja czytając rozdziały o eksperymentach z torturami na przypadkowych ludziach, historii inwazji w Iraku czy celowych zaniedbaniach w Nowym Orleanie miałem dreszcze i czułem się źle. Jednakże to takie dobre złe samopoczucie, bo motywujące.

sobota, 6 maja 2017

Książko-post styczeń 2017

Osiem książek w styczniu, to dobry wynik i początek nowego książko-wyzwania, czyli więcej i lepiej niż rok temu. Pomocny w tym na pewno będzie czytnik, który nabyłem miesiąc temu i powoli się zaprzyjaźniamy, co jest o tyle zabawne, że jeszcze do niedawna bym nie uwierzył, że będę korzystał z takiego urządzenia, a tu proszę, już pierwsze wspólne książki mamy za sobą. Liczę, że uratuje mnie od sytuacji w rodzaju: "o nie! Zabrałem na wyjazd tylko Kompanię Zmierzch/ Egzamin z oddychania/ instrukcje obsługi kubka termicznego!", plus ebooki bywają tak przyjemnie tanie. No i jest funkcja ctr+f! Oh to dopiero rozkosz dla mojego rozbieganego umysłu, rach ciach i wracam do tego co mnie nurtowało i łapie cytaty.

No ale dosyć zachwytów nad czytnikiem (przynajmniej do czasu nawiązania intratnej współpracy *wink wink*) i czas na książki. Oto te styczniowe, ułożone w kolejności od najmilej wspominanej:


1. "Myśl feministyczna. Wprowadzenie" - Tong. Historii feminizmu opisana od Wollstonecraft, aż po współczesność. Pogłębiona charakteryzacja nurtów; przedstawienie ważnych postaci, ich myśli, tekstów i wpływu na cały ruch. Czytelnie napisane, w przejrzysty sposób wyjaśnia niuanse i daje obraz bogactwa feminizmu, przybliżając jego wewnętrzne różnice. Nie odniosłem wrażenia żeby autorka, któryś z nich punktowała bardziej, przyznaje się w jednym miejscu do których odłamów jej bliżej, ale przy samych opisach nie czułem tego i myślę, że można je uznać za bezstronne.

Przyjemna lektura, którą polecam każdemu zainteresowanemu odłamami feminizmu, a warto wprowadzić sobie dystynkcje na ten temat do obrazu świata, bo w debacie publicznej rzadko jest to poruszane, a ruch jest malowany monolitycznie. Dla mnie cenna książka, która pokazuje interesujące myślicielki. I tak, Firestone i feminizm radykalno-libertariański podobały mi się najbardziej; wewnętrzny głos przez cały rozdział im poświęcony krzyczał "Hell yeah! Moar!".


2. "Hidden Warrior" Flewelling - Queerowe fantasy, czyli rycerki, trans postacie, zaklęcia i bitwy! W serii Tamir's Triad jest wszystko czego potrzebuje od literatury rozrywkowej, czyli to co wymieniłem, plus dobre pisarstwo, empatia dla czytelnika, umiejętność opowiadania i ciekawa, niegłupia fabuła. Właściwie wystarczyłaby mi tylko połowa z tych punktów, a tu mam aż nadto: dynamiczny i wiarygodny rozwój postaci, odpowiednie tempo akcji, cliffhangery, dobra długość rozdziałów - kurcze, warsztatowo powieści Flewelling są tak dobrze skonstruowane, że mógłbym osobną notkę o tym napisać. Tam nawet w odpowiednich miejscach, poprzez dialogi jest przypominana fabuła poprzedniego tomu, więc nie muszę przekopywać innej książki żeby wiedzieć o co w tej chodzi. Wow.

Kilka lat mija na kartach powieści, więc obserwujemy tam rozwój intrygi, która zaczęła się od mrocznego rytuału w tomie pierwszym. Świetne jest, że obie strony konfliktu działają na podstawie tej samej wizji zesłanej przez wyrocznie, tylko różnie ją interpretują, a siły, które można by nazwać dobrymi, są powiedzmy dalekie od czystych i miłych. W gruncie rzeczy z szalonym królem, który mordował wszystkie swoje krewniaczki ze względu na przepowiednie walczą religijni ekstremiści, wykorzystujący magię, a ich przywódczynią ma zostać osoba, której życie, mówiąc żołniersko, spieprzyli, dla dobra większej sprawy. Sporo dylematów, niejednoznacznych postaci i rycerek, ale bez błota i jesiennej gawędy. No i porządnie potraktowane kulturowe konstruowanie wzorów zachowań ze względu na płeć, wpływ polityki na dopuszczalne zachowania i dostępne role społeczne, a także konsekwencje takich działań dla jednostek. Bogato zarysowane tło, wypełnione jest dobrze skonstruowanymi postaciami, które pokazują czytelnikowi jak ich życie zmieniło się przez seksitowskie edykty szalonego króla.


3. "Cylinder Van Troffa" - Zajdel. Moja druga ulubiona książka Zajdla, a w kilku aspektach nawet ulubiona. W tej powieści autor skupił się bardziej na losach konkretnego bohatera, choć i analizy socjologicznej nie brakuje. Są tam dwie duże, i tak pierwsza dotycząca życia na księżycowej kolonii zainteresowała mnie, ze względu na poruszenie problemu nieprzystosowania kolejnych pokoleń kosmicznych emigrantów do ziemskich warunków życia. Chodzi tutaj głównie o kwestie mięśni i kości, które nie mają okazji się rozwinąć odpowiednio i dochodzi do dużych zmian na przestrzeni następnych pokoleń. Władająca kolonią Rada Ekspertów, ruch anarchistyczny i wszystko co z nim związane było ciekawie pokazane i zainteresowaniem śledziłem wydarzenia. Zaś druga socjologiczna część, to  losy mieszkańców ziemi, ich problemy z eugeniką, to jak rozwinęła się społeczność próbująca wyhodować najmądrzejsze możliwe społeczeństwo itd. To wywołało u mnie lekki uśmieszek i tyle; trochę to śmieszkowe, ale tylko trochę, a patrzenie na to jako prognozę mnie nie przekonuję w żadnym razie, nawet jako przypowieści z formą przestrogi.

Cylinder van Troffa, tytułowe urządzenie, skradł mi serce, a związane z nim perypetie częściowo do dzisiaj chodzą mi po głowie. Maszyna pozwalająca przerzucić się w daleką przyszłość tracąc zaledwie kilka sekund, a to wykorzystane przy budowaniu romantycznego wątku - dla mnie bomba, tylko szkoda, że Zajdel jest z ekhm szkoły polskich pisarzy fantasy jeśli chodzi o budowanie postaci kobiecych i relacji z nimi, przez co bohater często zachowuje się wobec swojej partnerki jakby wychowały go wilki. Nie jest to tak boleśnie widoczne jak u niektórych ekhm pisarzy, aczkolwiek szkoda, że w ogóle coś takie występuje. Jednakże nawet mimo tych wad warto z powieścią się zapoznać, bo, poza tym co pisałem, ma też ciekawą konstrukcję. Lubicie powieści szkatułkowe? Zajdel wsadził powieść w powieść w powieść, a na końcu jeszcze twista na ten temat i nie mam pojęcia czy to się trzyma kupy, bo przy analizowaniu trzech warstw plus paradoksu podróży w czasie analityczna część mojego mózgu wysiada, ale ta odpowiedzialna za dobrą zabawę wysyła dużo endorfin.


3. "Alkoholizm. I grzech i choroba, i..." - Osiatyński. Dziadek nie chciał się ze mną zgodzić, że główną przyczyną bezdomności nie jest alkoholizm, ale ja nie miałem mocnych źródeł, więc ustawiliśmy się na debatę i tak w ramach riserczu przeczytałem tę książkę. Ciekawe doświadczenie, biorąc pod uwagę, że moje wcześniejsze literackie spotkania z alkoholizmem były związane z Vonegutem i Zagłobą. Spodziewałem się bardziej naukowej książki, z raportami i danymi, a dostałem opowieść o alkoholizmie z różnych punktów widzenia, jednakże nie jest to w żadnym razie wada. Autor przeszedł długą drogę intelektualną zanim napisał ten tekst; wcześniejsze jego książki patrzyły na alkoholizm z innych perspektyw, stąd też taki tytuł. W środku jest analiza dwunastu kroków AA pod kątem zachowań alkoholika, jego postawy i uzależnienia.

Przydała mi się podczas rozmowy z dziadkiem i do własnych przemyśleń na ten temat, więc też chyba mogę ją wam polecić, choć nie znam się na temacie, a być może Osiatyński reprezentuje jakąś konkretną szkołę. No ale książeczka krótka i miło napisana, więc umysłu wam raczej nie zniszczy, a zawarty jest tam ciekawy punkt widzenia na sprawę.


4. "Jak współpracować z rodzicami trudnych uczniów" - Babiuch. Nie ma trudnych dzieci, są tylko trudni rodzice - to myśl, która towarzyszyła mi podczas lektury książki i nadal jest ze mną, kiedy realizuje specjalność nauczycielską. Autorka nakreśla obrazy "trudnych" dzieci, problemy jakie mogą z wyniknąć w związku z trudnościami i pomysły na recepty naprawcze, ale ważniejsze są opisy rodziców i tego jak ich zachowania wpływają na postawy dzieci. Szalone wydaje mi się to, jak niewiele trzeba żeby człowiekowi spaczyć kawał życia, a naprawić to później nie jest łatwo. Do tego takie dzieci oceniane są po swoich zachowaniach, a one są uwarunkowane przez wiele, niezależnych od nich samych czynników.

Ciężkie rzeczy opisuje ta książka, ale to dobrze, że ktoś postanowił nas przygotować na tak niełatwe zadanie. Są tam porady praktyczne, metody prowadzenia rozmów z rodzicami niechętnymi do dialogu, pomysły na zorganizowane działania i kilka komunikacyjnych trików; pomocne, ale najcenniejsza dla mnie jest tam właśnie myśl, którą wypisałem na początku: nie ma trudnych dzieci, są tylko trudni rodzice. Prywatnie to bym do tej lektury podrzucał "Dzieci Norwegii" jako systemową koncepcje naprawczą tego bałaganu. No ale to może kiedyś...


5. "Rozmyślania" - Marek Aureliusz.  Moje nemezsis troszeczkę, bo do stoików mam bardzo, hehe, sceptyczny stosunek. Szacuneczek za spokój ducha na wysokim poziomie i te epickie legendy krążące na temat śmierci Seneki i innych jego kolegów, ale to raczej nie dla mnie, co więcej myśliciele z którymi sympatyzuje otwarcie krytykowali stoików. Ja może nie mam do tego, aż tyle zapału, ale miło mi się czyta takie krytyki. Nietzsche bardzo przyjemnie zarzuca im, że nie umieją cieszyć się życiem, więc odrzucają je w całości, a Chestertona to nawet zacytuje:

Now when Christianity came, the ancient world had just reached this dilemma. It heard the Voice of Nature-Worship crying, “All natural things are good. War is as healthy as the flowers. Lust is as clean as the stars.” And it heard also the cry of the hopeless Stoics and Idealists: “The flowers are at war: the stars are unclean: nothing but man’s conscience is right and that is utterly defeated.”
Both views were consistent, philosophical and exalted: their only disadvantage was that the first leads logically to murder and the second to suicide. After an agony of thought the world saw the sane path between the two. It was the Christian God. He made Nature but He was Man.

Tak więc z takimi podstawami intelektualnymi chodziłem na fakultet ze stoików, a w ramach zaliczenia pisałem tekst z Rozmyślań. W książce znalazłem wiele przyjemnych paragrafów, nawet jeden o grammar nazi był, sporo takich do których mi daleko, ale nie cierpiałem. Może być przydatne jako odtrutka na weltschmerz, wtedy kiedy potrzeba czegoś spokojniejszego, aniżeli Nietzsche czy Chesterton.

Czy warto dziś jeszcze czytać Marka Aureliusza? Jak najbardziej, choć mi przyjemniej było z tekstami Seneki. Jednak dla każdego polecałbym też dla równowagi jakiś komentarz krytyczny dla ich propozycji, bo zbyt mocne wpadnięcie w tę myśl może być groźne dla ducha aktywnego. Warto też cały czas pamiętać, że mimo spokoju ducha, podkreślali oni wagę aktywnego działania na rzecz polis, a nie zarzucanie wszelkiej działalności.


7. "Dokąd jedzie ten tramwaj" - Zajdel. Słabe opowiadania uznanych pisarzy powinny być serwowane dla każdego początkującego składacza słów. Nie pamiętam kto o tym pisał, może Virginia Woolf, ale gdzieś spotkałem się z myślą, że znając twórców tylko z ich najbardziej znanych, najlepszych dzieł nie znamy ich prawie wcale, a przynajmniej zamglony obraz. W tym zbiorku, który zawiera sporo wczesnego, krótkiego Zajdla, drukowanego w Młodym Techniku jest dużo prawdy. Prawdy o tym jak dojrzewa styl, wyrabiają się umiejętności i jak autor wychwytuje swoje ulubione motywy, pozwalając im się rozwinąć.

Pewność siebie dzięki tym opowiadankom wzrośnie każdemu piszącemu fabuły, jeśli tylko wcześniej spotkał się ze znanymi tekstami Zajdla. Dla mnie to była czysta przyjemność, zobaczyć, te dziwne skróty, potknięcia i niezręczne rozwiązania fabularne. Nie jest tak, że to zbiór kup, dwa opowiadania podobały mi się w całości, a sporo z nich ma ciekawą koncepcje, jednakże wiele ma problemy, a te krótkie, dwu trzy stronicowe, humorystyczne są umm siermiężne. Takie prawicowe poczucie humoru w wersji light.

Nie czytać jeśli Zajdla nie znacie, bo wtedy to bezsensu; udane opowiadanka nie są warte całej książki, a żeby się zabierać za słabe bez pastwienia nad autorem? Lepiej najpierw wziąć Paradyzje i Cylinder Van Troffa, bo to fajne książki są, a potem przy dobrej herbacie urządzić sobie pastwienie nad tymi opowiadankami.


8. "Prawo do powrotu" - Zajdel. Ostatnich (jedna z ostatnich?) książek zanim Zajdel zorientował się, że lepiej mu idzie rysowanie szerokiej perspektywy socjologicznej (Paradyzja), niż próby budowania postaci i ich relacji (choć to nie tak, że na zawsze zerwał z obyczajówką, w Limes Inferior jest pół na pół, ale nie wyszło to dobrze). Głównym bohaterem powieści jest pokładowy socjolog, hehe, Kamil, który ma czuwać nad kondycją załogi w dalekim locie. Imiona innych członków załogi nie są już tak uroczę, ale nie dajcie się nabrać, bo Kamil nie jest miekką fają, tylko tajnym agentem służb bezpieczeństwa, a na kosmolocie zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Członkowie załogi są narkotyzowani, przyrządy statku niszczone, no dzieje się.

Bardzo słabo poprowadzona jest tam intryga. Członkowie załogi zachowują się jak boty w Battlefieldzie, Kamil wyczynia jakieś harce blokując członków załogi w kajutach bez powodu, nigdzie nie ma kamer, a końcowy zwrot akcji jest spektakularnie obrzydliwy. Gdyby to było w opowiadaniu Lovecrafta, z dużą ilością jego ulubionych słów w rodzaju: amorficzne, obrzydliwe etc etc to byłoby w porządku, ale Zajdel zdaje sobie nie zdawać sprawy z tego jak sposób w który zakończył powieść jest straszny. Do tego bohater jest tak retard zbudowany, że główna podejrzana usypia go narkotykami, a on wybudzony zarzuca śledztwo otumaniony jej urodą. Srsly?

Nie czytać. Nawet jeśli chcecie się popastwić to nie warto, bo w dłuższej formie to jest frustrujące, lepiej wziąć wczesne opowiadania i rozrywać sobie po jednym. Tutaj najpierw się trochę śmiałem, potem głównie irytowałem, a finał napełnił mnie obrzydzeniem.