1. "O-bi o-ba koniec cywilizacji" - Szulkin. Rozwaliło mi mózg po obejrzeniu filmu tego autora o tym samym tytule i postanowiłem, że muszę przeczytać opowiadanie na podstawie, którego go nakręcono. Nie zabrałem się za to zbyt szybko, ale w międzyczasie obejrzałem film jeszcze kilka razy i ciągle wywierał ten sam efekt: wow! Stare polskie filmy science-fiction mają niepowtarzalny klimat, a co dopiero taki opowiadający o post-apokaliptycznym świecie. Fabuła (filmu i opowiadania) wygląda mniej więcej tak: po wielkiej wojnie atomowej ludzkość straciła chęć do życia i tylko wojskowi, którzy wywołali apokalipsę, czuli potrzebę ratowania gatunku, dlatego aby skłonić ludzi do schronienia się w bunkrze ułożyli przy pomocy socjologów i psychologów opowieść o Arce, czymś w rodzaju magicznego statku zbawienia, którego nadejście ma uratować wszystkich tych, którzy zdołają do tego momentu dotrwać. Niedobitki na atomowej pustyni łykają te bajeczkę i idą razem z wojskiem do schronu, po drodze wielu ginie, co narrator kwituje cynicznym stwierdzeniem, że i tak by się nie zmieścili, plus wskazuje, że odpadli słabi, a życie, które czeka na mieszkańców schronu nie jest łatwe.
Jerzy Stuhr wygląda w tym filmie tak dobrze! Uwielbiam ten typ postaci "slave hero", bardzo odmienny od hollywodzkiego typu bohatera. Tam nawet postać po przejściach nie wygląda tak, jak typowy polski bohater.
Kafka byłby zauroczony światem stworzonym przez Szulkina. W schronie nie ma problemów z przestępczością, czy agresywną ludzką naturą, tam jest problem z apatią i porzuceniem woli do życia. Wojsko po tym jak wprowadziło ludzi w bezpieczne miejsce zaczęło nadawać komunikat, że Arka jest kłamstwem i tylko własną pracą można zbudować lepsze jutro - brzmi to szalenie groteskowo wśród zimnych, brudnych murów, za którymi szaleje atomowa zima i nie istnieje życie. Dla mieszkańców tego miejsca nie ma ratunku. Gros jednak uwierzyło mitowi, pozostają mu wierni i czekają na przybycie ratunku; menażeria dziwnych typów przygotowuje się na zbawienie, i tak jest tam bogacz, który buduje sobie arkę wzorem biblijnego Noego, skupuje za ogromne pieniądze drewno i próbuje kompletować zwierzęta, z których większość to wypchane ozdoby. Ktoś inny uznał, że na Arce będzie potrzebował towarzystwa i zamroził dwie kobiety, zbudował obok nich kapliczkę, a teraz tylko czeka na zbawienie. Takich szalonych postaci jest tam pełno, a wszechobecny klimat apatii i leżenia w oczekiwaniu na śmierć podkreśla szaleństwo działań tych postaci.
O tym opowiadaniu (i filmie) mógłbym pisać bardzo, bardzo długo. Skradło mi serce w każdym chyba aspekcie i polecam je każdemu, warto spojrzeć z innej perspektywy na post-apo, a najlepiej jeszcze podkręcić sobie to filmem, w którym świetne role mają Stuhr i Janda (można legalnie obejrzeć go w internecie na Ninatece). Bomba, miód i cud. Jednakże książeczka to nie tylko tytułowe opowiadanie, ale też trzy inne, które są już dla mnie problematyczne. "Wojna światów - nastepne stulecie" opowiada o Ironie Idemie, który wpada w konflikt z Marsjanami okupującymi ziemie. Jest tam dużo przyjemnej groteski, ale od pewnego momentu autor za bardzo kręci wątki i zachowania postaci, tak więc gubiłem się w motywacjach, a wiele scen było niejasnych. Są tam też, jak przystało na polską fantastykę, dziwne relacje z postaciami kobiecymi, które nasuwają myśl, że Szulkin to kolejny fantasta, który uważa kobiety za istoty podobne do elfów i krasnoludów o tajemniczych i niepoznawalnych motywacjach działań. Jednakże opowiadanko ma niezły klimat, a w filmowej adaptacji główną rolę gra Wilhelmi, więc jest ok.
Gorzej jest z pozostałymi dwoma tekstami: Golemem oraz Ucięta głowa czarownicy. To pierwsze zostało zekranizowane z Markiem Walczewskim w roli głównej i dwa razy to oglądałem i dwa razy mnie odrzuciło, z opowiadaniem dałem sobie więcej luzu - przeczytałem tylko raz. Też odrzuciło. Może ja czegoś tam nie rozumiem, może zajęcia z posthumanizmu oswoiły mnie z tą tematyką już za bardzo, ale ani to ciekawe, ani wciągające, świat nijaki pffff no nuda. Jest totalitarne państwo po wielkiej wojnie, które odtwarza swoich obywateli dziwną metodą w rodzaju klonowania, ale takiego chałupniczego bardzo i słabo opłacanego, bo wykonujący te procedurę pracownicy to obrzydliwe typki - naprawdę, ich opisy są na maksa naturalistycznie fuj. Główny bohater to taki własnie jakby-klon, który styka się z życiem swojego oryginału, ale w sumie to do niczego nie dąży. "Ucięta głowa czarownicy:" to horrorowe opowiadanko o dzieciach, wokół których nagle wszyscy zamieniają się w bezzębnych starców i jest uciekanie, gonienie, uciekanie i gonienie - również nie zachwyciło.
Czy warto czytać Szulkina? Myślę, że na pewno warto obejrzeć film "O-bi, O-ba koniec cywilizacji" i poczuć ten mocny kafkowski klimat, zobaczyć młodego Stuhra jak błąka się po bunkrze oraz Jandę jako linoskoczkinie, no i oczywiście jak w każdej dobrej polskiej produkcji fantastycznej jest tam też Paździoch (i Stępień!). I jeśli film was chwyci za serce, skłoni do myślenia i poruszy w dołku, to za opowiadanie tytułowe warto się zabrać. A co do pozostałych opowiadań i ekranizacji... lepiej iść na dobry spacer.
PS Jego książki jak i filmy mają Zarąbiste okładki! Niezależnie od tego czy zamierzacie czytać/oglądać, rzućcie na nie okiem koniecznie!
2. "Doktryna szoku. Jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne." - Naomi Klein. To jest dopiero rakieta! Klein zbiera ogromną, gargantuiczną wręcz ilość danych i raportów, a potem przekuwa to w dobrze opowiedzianą historię ekspansji i zbrodni współczesnego kapitalizmu. Kurcze, jaka to jest dobra lektura. Świetny pomysł na książkę, przeniesienie wielu rozrzuconych po świecie przypadków na jeden spójny mianownik i sensowne przemyślenie całej tej sytuacji. Ogromny szacunek za ilość pracy jaką wykonała autorka.
A oto zdjęcie autorki z jej oficjalnej strony
No ale do rzeczy, bo jak ktoś nie zna książki, to pewnie nic nie rozumie. Klein bierze historię gdzieś tak od drugiej połowy XX wieku i analizuje wydarzenia pod kątem rozwoju i ekspansji idei gospodarki wolnorynkowej w stylu Amerykańskim - czyli "jeśli spróbujesz wprowadzić powszechny system ubezpieczeń zdrowotnych, to CIA zrobi ci pucz". Na początku opisane są tam szczegółowo losy krajów Ameryki Południowej, ich próby nacjonalizacji części sektorów gospodarki, radzenia sobie z po kolonialnymi długami i pomysły na wprowadzenie rozwiązań socjalnych, które były atakowane przez USA. Związki Chicago Boys z Pinochetem, operacja Kondor, przewrót w Boliwii, historia i eksperymentowanie z KUBARK - było tego dużo i krwawo. Potem z Ameryki Południowej narracja przenosi czytelnika do Europy, a tam swoje pięć minut ma Polska z Balcerowiczem, a kolejne rozdziały to Rosja, Irak, Chiny, Sri-Lanka itd. Dużo miejsc w których kapitalizm rozgościł się przy pomocy brutalnych metod, które Klein nazywa tytułową Doktryną Szoku. Jest to pojęcie związane z torturami i osobą dra Ewena Camerona, człowieka o którym Rob Zombie powinien nakręcić horror. Wyobraźcie sobie faceta, który przeprowadza eksperymenty z deprywacji sensorycznej, na studentach, których przyszli do akademickiej przychodni, a zostali odurzeni i porwani, zaś później CIA robi podręcznik z wyników jego pracy. (To jest dobry moment na antynaukowy gniew)
W przypadku każdego kraju najpierw poznajemy jego historię, często totalitarną przeszłość, która pozostawiła po sobie wiele długów, następnie pojawiają się instytucje chętne do pomocy (Bank światowy i MFW), które proponują anulowanie długu za przyjęcie kilku reform, a gdzieś pomiędzy zdarzają się ofiary,
Jest to potężna pozycja, która bardzo daje do myślenia. Nie miałem okazji wcześniej czytać tak ujętej historii współczesnego kapitalizmu, w jedną spójną opowieść, która łączy dużo wydarzeń w pobudzający intelektualnie sposób. Ja stałem się po tej książce fanem Klein i zamierzam skompletować całość jej dorobku na półce.
Zdecydowanie czytać. Polecam całym sercem, tylko uważajcie, bo ja czytając rozdziały o eksperymentach z torturami na przypadkowych ludziach, historii inwazji w Iraku czy celowych zaniedbaniach w Nowym Orleanie miałem dreszcze i czułem się źle. Jednakże to takie dobre złe samopoczucie, bo motywujące.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz