sobota, 6 maja 2017

Książko-post styczeń 2017

Osiem książek w styczniu, to dobry wynik i początek nowego książko-wyzwania, czyli więcej i lepiej niż rok temu. Pomocny w tym na pewno będzie czytnik, który nabyłem miesiąc temu i powoli się zaprzyjaźniamy, co jest o tyle zabawne, że jeszcze do niedawna bym nie uwierzył, że będę korzystał z takiego urządzenia, a tu proszę, już pierwsze wspólne książki mamy za sobą. Liczę, że uratuje mnie od sytuacji w rodzaju: "o nie! Zabrałem na wyjazd tylko Kompanię Zmierzch/ Egzamin z oddychania/ instrukcje obsługi kubka termicznego!", plus ebooki bywają tak przyjemnie tanie. No i jest funkcja ctr+f! Oh to dopiero rozkosz dla mojego rozbieganego umysłu, rach ciach i wracam do tego co mnie nurtowało i łapie cytaty.

No ale dosyć zachwytów nad czytnikiem (przynajmniej do czasu nawiązania intratnej współpracy *wink wink*) i czas na książki. Oto te styczniowe, ułożone w kolejności od najmilej wspominanej:


1. "Myśl feministyczna. Wprowadzenie" - Tong. Historii feminizmu opisana od Wollstonecraft, aż po współczesność. Pogłębiona charakteryzacja nurtów; przedstawienie ważnych postaci, ich myśli, tekstów i wpływu na cały ruch. Czytelnie napisane, w przejrzysty sposób wyjaśnia niuanse i daje obraz bogactwa feminizmu, przybliżając jego wewnętrzne różnice. Nie odniosłem wrażenia żeby autorka, któryś z nich punktowała bardziej, przyznaje się w jednym miejscu do których odłamów jej bliżej, ale przy samych opisach nie czułem tego i myślę, że można je uznać za bezstronne.

Przyjemna lektura, którą polecam każdemu zainteresowanemu odłamami feminizmu, a warto wprowadzić sobie dystynkcje na ten temat do obrazu świata, bo w debacie publicznej rzadko jest to poruszane, a ruch jest malowany monolitycznie. Dla mnie cenna książka, która pokazuje interesujące myślicielki. I tak, Firestone i feminizm radykalno-libertariański podobały mi się najbardziej; wewnętrzny głos przez cały rozdział im poświęcony krzyczał "Hell yeah! Moar!".


2. "Hidden Warrior" Flewelling - Queerowe fantasy, czyli rycerki, trans postacie, zaklęcia i bitwy! W serii Tamir's Triad jest wszystko czego potrzebuje od literatury rozrywkowej, czyli to co wymieniłem, plus dobre pisarstwo, empatia dla czytelnika, umiejętność opowiadania i ciekawa, niegłupia fabuła. Właściwie wystarczyłaby mi tylko połowa z tych punktów, a tu mam aż nadto: dynamiczny i wiarygodny rozwój postaci, odpowiednie tempo akcji, cliffhangery, dobra długość rozdziałów - kurcze, warsztatowo powieści Flewelling są tak dobrze skonstruowane, że mógłbym osobną notkę o tym napisać. Tam nawet w odpowiednich miejscach, poprzez dialogi jest przypominana fabuła poprzedniego tomu, więc nie muszę przekopywać innej książki żeby wiedzieć o co w tej chodzi. Wow.

Kilka lat mija na kartach powieści, więc obserwujemy tam rozwój intrygi, która zaczęła się od mrocznego rytuału w tomie pierwszym. Świetne jest, że obie strony konfliktu działają na podstawie tej samej wizji zesłanej przez wyrocznie, tylko różnie ją interpretują, a siły, które można by nazwać dobrymi, są powiedzmy dalekie od czystych i miłych. W gruncie rzeczy z szalonym królem, który mordował wszystkie swoje krewniaczki ze względu na przepowiednie walczą religijni ekstremiści, wykorzystujący magię, a ich przywódczynią ma zostać osoba, której życie, mówiąc żołniersko, spieprzyli, dla dobra większej sprawy. Sporo dylematów, niejednoznacznych postaci i rycerek, ale bez błota i jesiennej gawędy. No i porządnie potraktowane kulturowe konstruowanie wzorów zachowań ze względu na płeć, wpływ polityki na dopuszczalne zachowania i dostępne role społeczne, a także konsekwencje takich działań dla jednostek. Bogato zarysowane tło, wypełnione jest dobrze skonstruowanymi postaciami, które pokazują czytelnikowi jak ich życie zmieniło się przez seksitowskie edykty szalonego króla.


3. "Cylinder Van Troffa" - Zajdel. Moja druga ulubiona książka Zajdla, a w kilku aspektach nawet ulubiona. W tej powieści autor skupił się bardziej na losach konkretnego bohatera, choć i analizy socjologicznej nie brakuje. Są tam dwie duże, i tak pierwsza dotycząca życia na księżycowej kolonii zainteresowała mnie, ze względu na poruszenie problemu nieprzystosowania kolejnych pokoleń kosmicznych emigrantów do ziemskich warunków życia. Chodzi tutaj głównie o kwestie mięśni i kości, które nie mają okazji się rozwinąć odpowiednio i dochodzi do dużych zmian na przestrzeni następnych pokoleń. Władająca kolonią Rada Ekspertów, ruch anarchistyczny i wszystko co z nim związane było ciekawie pokazane i zainteresowaniem śledziłem wydarzenia. Zaś druga socjologiczna część, to  losy mieszkańców ziemi, ich problemy z eugeniką, to jak rozwinęła się społeczność próbująca wyhodować najmądrzejsze możliwe społeczeństwo itd. To wywołało u mnie lekki uśmieszek i tyle; trochę to śmieszkowe, ale tylko trochę, a patrzenie na to jako prognozę mnie nie przekonuję w żadnym razie, nawet jako przypowieści z formą przestrogi.

Cylinder van Troffa, tytułowe urządzenie, skradł mi serce, a związane z nim perypetie częściowo do dzisiaj chodzą mi po głowie. Maszyna pozwalająca przerzucić się w daleką przyszłość tracąc zaledwie kilka sekund, a to wykorzystane przy budowaniu romantycznego wątku - dla mnie bomba, tylko szkoda, że Zajdel jest z ekhm szkoły polskich pisarzy fantasy jeśli chodzi o budowanie postaci kobiecych i relacji z nimi, przez co bohater często zachowuje się wobec swojej partnerki jakby wychowały go wilki. Nie jest to tak boleśnie widoczne jak u niektórych ekhm pisarzy, aczkolwiek szkoda, że w ogóle coś takie występuje. Jednakże nawet mimo tych wad warto z powieścią się zapoznać, bo, poza tym co pisałem, ma też ciekawą konstrukcję. Lubicie powieści szkatułkowe? Zajdel wsadził powieść w powieść w powieść, a na końcu jeszcze twista na ten temat i nie mam pojęcia czy to się trzyma kupy, bo przy analizowaniu trzech warstw plus paradoksu podróży w czasie analityczna część mojego mózgu wysiada, ale ta odpowiedzialna za dobrą zabawę wysyła dużo endorfin.


3. "Alkoholizm. I grzech i choroba, i..." - Osiatyński. Dziadek nie chciał się ze mną zgodzić, że główną przyczyną bezdomności nie jest alkoholizm, ale ja nie miałem mocnych źródeł, więc ustawiliśmy się na debatę i tak w ramach riserczu przeczytałem tę książkę. Ciekawe doświadczenie, biorąc pod uwagę, że moje wcześniejsze literackie spotkania z alkoholizmem były związane z Vonegutem i Zagłobą. Spodziewałem się bardziej naukowej książki, z raportami i danymi, a dostałem opowieść o alkoholizmie z różnych punktów widzenia, jednakże nie jest to w żadnym razie wada. Autor przeszedł długą drogę intelektualną zanim napisał ten tekst; wcześniejsze jego książki patrzyły na alkoholizm z innych perspektyw, stąd też taki tytuł. W środku jest analiza dwunastu kroków AA pod kątem zachowań alkoholika, jego postawy i uzależnienia.

Przydała mi się podczas rozmowy z dziadkiem i do własnych przemyśleń na ten temat, więc też chyba mogę ją wam polecić, choć nie znam się na temacie, a być może Osiatyński reprezentuje jakąś konkretną szkołę. No ale książeczka krótka i miło napisana, więc umysłu wam raczej nie zniszczy, a zawarty jest tam ciekawy punkt widzenia na sprawę.


4. "Jak współpracować z rodzicami trudnych uczniów" - Babiuch. Nie ma trudnych dzieci, są tylko trudni rodzice - to myśl, która towarzyszyła mi podczas lektury książki i nadal jest ze mną, kiedy realizuje specjalność nauczycielską. Autorka nakreśla obrazy "trudnych" dzieci, problemy jakie mogą z wyniknąć w związku z trudnościami i pomysły na recepty naprawcze, ale ważniejsze są opisy rodziców i tego jak ich zachowania wpływają na postawy dzieci. Szalone wydaje mi się to, jak niewiele trzeba żeby człowiekowi spaczyć kawał życia, a naprawić to później nie jest łatwo. Do tego takie dzieci oceniane są po swoich zachowaniach, a one są uwarunkowane przez wiele, niezależnych od nich samych czynników.

Ciężkie rzeczy opisuje ta książka, ale to dobrze, że ktoś postanowił nas przygotować na tak niełatwe zadanie. Są tam porady praktyczne, metody prowadzenia rozmów z rodzicami niechętnymi do dialogu, pomysły na zorganizowane działania i kilka komunikacyjnych trików; pomocne, ale najcenniejsza dla mnie jest tam właśnie myśl, którą wypisałem na początku: nie ma trudnych dzieci, są tylko trudni rodzice. Prywatnie to bym do tej lektury podrzucał "Dzieci Norwegii" jako systemową koncepcje naprawczą tego bałaganu. No ale to może kiedyś...


5. "Rozmyślania" - Marek Aureliusz.  Moje nemezsis troszeczkę, bo do stoików mam bardzo, hehe, sceptyczny stosunek. Szacuneczek za spokój ducha na wysokim poziomie i te epickie legendy krążące na temat śmierci Seneki i innych jego kolegów, ale to raczej nie dla mnie, co więcej myśliciele z którymi sympatyzuje otwarcie krytykowali stoików. Ja może nie mam do tego, aż tyle zapału, ale miło mi się czyta takie krytyki. Nietzsche bardzo przyjemnie zarzuca im, że nie umieją cieszyć się życiem, więc odrzucają je w całości, a Chestertona to nawet zacytuje:

Now when Christianity came, the ancient world had just reached this dilemma. It heard the Voice of Nature-Worship crying, “All natural things are good. War is as healthy as the flowers. Lust is as clean as the stars.” And it heard also the cry of the hopeless Stoics and Idealists: “The flowers are at war: the stars are unclean: nothing but man’s conscience is right and that is utterly defeated.”
Both views were consistent, philosophical and exalted: their only disadvantage was that the first leads logically to murder and the second to suicide. After an agony of thought the world saw the sane path between the two. It was the Christian God. He made Nature but He was Man.

Tak więc z takimi podstawami intelektualnymi chodziłem na fakultet ze stoików, a w ramach zaliczenia pisałem tekst z Rozmyślań. W książce znalazłem wiele przyjemnych paragrafów, nawet jeden o grammar nazi był, sporo takich do których mi daleko, ale nie cierpiałem. Może być przydatne jako odtrutka na weltschmerz, wtedy kiedy potrzeba czegoś spokojniejszego, aniżeli Nietzsche czy Chesterton.

Czy warto dziś jeszcze czytać Marka Aureliusza? Jak najbardziej, choć mi przyjemniej było z tekstami Seneki. Jednak dla każdego polecałbym też dla równowagi jakiś komentarz krytyczny dla ich propozycji, bo zbyt mocne wpadnięcie w tę myśl może być groźne dla ducha aktywnego. Warto też cały czas pamiętać, że mimo spokoju ducha, podkreślali oni wagę aktywnego działania na rzecz polis, a nie zarzucanie wszelkiej działalności.


7. "Dokąd jedzie ten tramwaj" - Zajdel. Słabe opowiadania uznanych pisarzy powinny być serwowane dla każdego początkującego składacza słów. Nie pamiętam kto o tym pisał, może Virginia Woolf, ale gdzieś spotkałem się z myślą, że znając twórców tylko z ich najbardziej znanych, najlepszych dzieł nie znamy ich prawie wcale, a przynajmniej zamglony obraz. W tym zbiorku, który zawiera sporo wczesnego, krótkiego Zajdla, drukowanego w Młodym Techniku jest dużo prawdy. Prawdy o tym jak dojrzewa styl, wyrabiają się umiejętności i jak autor wychwytuje swoje ulubione motywy, pozwalając im się rozwinąć.

Pewność siebie dzięki tym opowiadankom wzrośnie każdemu piszącemu fabuły, jeśli tylko wcześniej spotkał się ze znanymi tekstami Zajdla. Dla mnie to była czysta przyjemność, zobaczyć, te dziwne skróty, potknięcia i niezręczne rozwiązania fabularne. Nie jest tak, że to zbiór kup, dwa opowiadania podobały mi się w całości, a sporo z nich ma ciekawą koncepcje, jednakże wiele ma problemy, a te krótkie, dwu trzy stronicowe, humorystyczne są umm siermiężne. Takie prawicowe poczucie humoru w wersji light.

Nie czytać jeśli Zajdla nie znacie, bo wtedy to bezsensu; udane opowiadanka nie są warte całej książki, a żeby się zabierać za słabe bez pastwienia nad autorem? Lepiej najpierw wziąć Paradyzje i Cylinder Van Troffa, bo to fajne książki są, a potem przy dobrej herbacie urządzić sobie pastwienie nad tymi opowiadankami.


8. "Prawo do powrotu" - Zajdel. Ostatnich (jedna z ostatnich?) książek zanim Zajdel zorientował się, że lepiej mu idzie rysowanie szerokiej perspektywy socjologicznej (Paradyzja), niż próby budowania postaci i ich relacji (choć to nie tak, że na zawsze zerwał z obyczajówką, w Limes Inferior jest pół na pół, ale nie wyszło to dobrze). Głównym bohaterem powieści jest pokładowy socjolog, hehe, Kamil, który ma czuwać nad kondycją załogi w dalekim locie. Imiona innych członków załogi nie są już tak uroczę, ale nie dajcie się nabrać, bo Kamil nie jest miekką fają, tylko tajnym agentem służb bezpieczeństwa, a na kosmolocie zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Członkowie załogi są narkotyzowani, przyrządy statku niszczone, no dzieje się.

Bardzo słabo poprowadzona jest tam intryga. Członkowie załogi zachowują się jak boty w Battlefieldzie, Kamil wyczynia jakieś harce blokując członków załogi w kajutach bez powodu, nigdzie nie ma kamer, a końcowy zwrot akcji jest spektakularnie obrzydliwy. Gdyby to było w opowiadaniu Lovecrafta, z dużą ilością jego ulubionych słów w rodzaju: amorficzne, obrzydliwe etc etc to byłoby w porządku, ale Zajdel zdaje sobie nie zdawać sprawy z tego jak sposób w który zakończył powieść jest straszny. Do tego bohater jest tak retard zbudowany, że główna podejrzana usypia go narkotykami, a on wybudzony zarzuca śledztwo otumaniony jej urodą. Srsly?

Nie czytać. Nawet jeśli chcecie się popastwić to nie warto, bo w dłuższej formie to jest frustrujące, lepiej wziąć wczesne opowiadania i rozrywać sobie po jednym. Tutaj najpierw się trochę śmiałem, potem głównie irytowałem, a finał napełnił mnie obrzydzeniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz