Z przeczytanych pozycji spróbowałem ułożyć jakąś sensowną listę tych, które najbardziej przypadły mi do gustu, z różnych powodów i myślę, że gdybym ich w tamtym roku nie przeczytał, to dziś miałbym mniej ciekawe życie wewnętrzne. Wydaje mi się, że śmiało mogę je polecać, ale pamiętajmy, że nie dla każdego będą interesujące; być może pewne tematy macie już dawno przerobione w swojej głowie i książka, która je ledwo dotyka byłaby dla was banalna.
Kolejność jest losowa, ciężko byłoby mi je jakoś sensownie uszeregować w fajnosci czy ważności.
Sonderkomando - Czytanie literatury obozowej jest tym, czego zawsze potem jednocześnie bardzo mocno żałuje i cieszę się, że to zrobiłem. Przypomina możliwe wymiary zła, drapie od środka i budzi niepokój. Dużo nieprzyjemnych rzeczy, na prawdziwej podstawie. Co więcej w tym wydaniu jest to o tyle cięższe, że Sonderkomando to byli ci ludzie, którzy zostali wybrani do zajmowania się więźniami idącymi do komór gazowych. Straszne zadanie, które zostało bardzo dokładnie opisane przez Venezie, byłego członka takiego komanda. Bardzo długo po lekturze nie mogłem pozbyć się z głowy tych nieszczęsnych, pieprzonych numerków przy wieszakach, które Niemcy kazali zapamiętywać więźniom, żeby po wyjściu z "łaźni" sprawnie się ubrali i poszli do pracy. Jeśli ktoś chce sobie zrobić sadfest to do lektury może obejrzeć "Syna Szawła", który traktuje o grupie członków jednego z takich komand, którzy podejmują bunt w obozie. Ta historia jest nawet krótko wspomniania w książce, ale w przykry sposób.
Myślę sobie, że takie lektury są przydatne w swojej nieprzyjemności, ale warto też wychodzić poza Europejską perspektywę takich wydarzeń i też w tym roku planuje bliżej zapoznać się z ludobójstwami, które miały miejsce w Kongu Belgijskim. Mam na liście kilka pozycji na ten temat, więc spodziewajcie się w tym roku relacji z lektury.
Kontra - Ależ Mackiewicz przyjemnie pisze! To była bardzo miła lektura pod względem warsztatu autora, a o wiele mniej z powodu opisywanych wydarzeń. Nie znałem wcześniej losu kozaków dońskich, ot tyle co ile o ich oddziałach w Pradze mi się coś słyszało, a tu dostałem bogatą kronikę ich losów, zaczynającą się jeszcze za rewolucji październikowej. Spotkało ich tak dużo rozjeżdżania przez przeróżne walce historii, że dziwię się, iż to Węgry są tymi naszymi bratankami, a nie ci biedni kozacy, którzy mieli takiego pecha, że nawet Niemcy długo zwlekali z pozwoleniem im na walkę przeciwko Stalinowi. Zaś ostatni rozdział ich historii, to skurwysyństwo losu w najczystszej postaci.
Kolejna smutna książeczka. Tym razem o takich co właściwie niewiele chcieli, ale wszyscy wokół mieli wobec nich zupełnie inne plany. Myślę, że Kafka mógłby o tych kozakach coś ciekawego napisać.
Opowieści z ostatnich dni - Tutaj już jest Kafka mocno, bo postacie uwięzione są w trybach systemu, który ani je nie chce wypuścić, ani nie pozwoli im spokojnie po prostu tkwić, ale śmierć też nie jest opcją! Jest zakazana oraz też nie przynosi spokoju, jak pokazuje opowiadanie o delegacji wiozącej trupa. Środowisko wojskowe wydaje mi się być bardzo wdzięczne do takich ponurych opowieści, szczególnie w takim świecie jakim były ostatnie dni o których pisze Pawłow, w ogóle okres końca starego świata, ale brak jeszcze nowego na horyzoncie jest wdzięcznym motywem. Dekadencja umieszczona w ramach wojskowej ścisłej struktury, regulaminów i administracji, jest czymś w rodzaju gnijącego płynu wlanego do systemu naczyń połączonych, albo jakiejś skomplikowanej automatycznej alchemicznej aparatury, która pracuje bez nadzoru, mimo, iż ingrediencje są już dawno niezdatne do użycia.
Przytłaczający świat machiny administracyjnej robi bardzo dobrą robotę. Tylko kapitana Chabarowa ciągle mi żal, cholera.
Zamek - No i tu mamy creme de la creme tego co najbardziej mnie pociągało w poprzednich pozycjach. Absurdalny, ponury świat-przeciwnik, którego nie można nawet dotknąć, a co dopiero zranić w ataku, bo za każdym razem reaguje ucieczką oraz jakimś groteskowym aktem. Ah ten pieprzony zamek, jego urzędnicy, mieszkańcy wioski, którzy ciągle o nim gadają, ale nigdy tam nie byli. Klimat jest moim zdaniem obłędny, a urwane zakończenie robi dobrą robotę. Nic mnie tak nie przeraża jak to uczucie ciągle oddalającego się zamku, pozorna nuda i powtarzalność, ale przy jednoczesnej ciągłej walce.
Tak, zdecydowanie świat kafkowski jest tym co w literaturze mi się podoba i co łączy powyższe pozycje, mniej lub bardziej. Mam wrażenie, że w pewien sposób jest to też u Lovecrafta, aczkolwiek w mniej interesujący mnie sposób.
Pianistka - Ostatnia na liście nieprzyjemna pozycja. To był bardzo-mocny-grubas. Jelinek wykręciła w tej powieści takie rzeczy, że było to dla mnie wręcz odrzucające, nieprzyjemne, no ogólnie mówiąc: fujka. Ale nie taka fujka jak Human Centipide czy inne tego pokroju rzeczy, tylko fujka, która myślę, że jest prawdopodobna, ba, ku mojej zgrozie, muszę przyznać, że chyba nie aż tak rzadka. Ot toksyczna relacja matka-córka-prestiżowa szkoła i wynikające z niej konsekwencje. Wcześniej bym nigdy nie pomyślał, że z takich klocków można ułożyć takiego grubasa, a tu proszę. Nie trzeba gotyckiego entouragu żeby wykręcić obyczajowy horror.
Solaris - A to przedostatnia smutna pozycja. Jakże pięknie ten Lem to napisał; chyba pod każdym kątem mi się podobało. Opis historii solarystyki, świetny pomysł na planetę, wątek romansowy /i to osobiście było dla mnie najfajniejsze/, perypetie w związku z samą planetą i wiele innych. Czysty miód, godny pochwał. Czuć filozoficzną rękę i bardzo, bardzo dużo skilla.
Ah, ciągle przeżywam ten wątek romansowy. To był dopiero grubas.
Białe noce - Ostatnie smutne. Nazywanie tego opowiadanka /noweli?/ książką, to dużo powiedziane, bo jest króciutkie, no ale ja mam to w wydaniu książkowym z serii "książka i wiedza", taka z kolibrem. Tutaj podobnie jak u Jelinek, nie spodziewałem się, że z tak prostych środków można przygotować coś co mnie tak bardzo poruszy. Już pierwsza strona zadziałała na mnie bardzo mocno, dusza rwała się gdzieś w górę; często podczas przyjemnych nocy przypomina mi się ta pierwsza strona. Ah, aż zacytuję:
Była cudowna noc, taka noc, drogi czytelniku,
jaka może być tylko wówczas, gdy jesteśmy młodizi.
Niebo było takie gwiaździste, takie jasne, że
spojrzawszy na nie, mimo woli trzeba było zapytać
siebie: czy naprawdę pod takim niebem mogą
żyć różni zagniewani i niezadowoleni ludzie? To
również młodzieńcze pytanie, drogi czytelniku,
bardzo młodzieńcze, ale niech je Bóg jak najczę-
ściej zsyła twojej duszy!...
Piękne, prawda?
Jest w tej opowieści zastosowany patent, który zawsze mnie mocno łapie, czyli od samego początku wiemy jak się skończy, źle i tak akcja się toczy, żeby skończyło się źle, ale kiedy to złe już następuje, to jestem poruszony, wstrząśnięty i zawsze niegotowy. Dużo dobrych emocji mi dała.
Tadeusz Kościuszko - Biografia pióra Bartłomieja Szyndlera, hehe. No ale chyba nie z tych Szyndlerów. Ta książka nauczyła mnie, że szukanie biografii na forach dla historyków to z jednej strony zabawna czynność, a z drugiej dosyć mało efektywna, bo głównie dowiadywałem się o wadach poszczególnych pozycji, cały czas nie mogąc znaleźć czegoś mniej więcej niezłego, dla takiego laika jak ja. W końcu kupiłem tą, którą wystawiała na sprzedaż likwidowana wojskowa biblioteka. Nie wchodząc już w niuanse dotyczące tego czy liczby się zgadzają, powiem, że Tadeusz był całkiem zajebistą postacią, a Szyndler jeszcze daje czytelnikowi pobudzić wodzę fantazji, bo czasem, kiedy dane są niejasne, podaje kilka możliwych wersji wydarzeń, z czego jedna zazwyczaj jest awanturniczo-przygodowa, co dodało lekturze smaczku powieści paragrafowej. Ale nawet bez tych białych plam Kościuszko miał ciekawe życie, przez które odważnie szedł, a to projektując forty, a to bijąc się w wojnach, czy planując sobie wymarzoną Rzeczypospolitą.
Duży szacuneczek i myślę, że warto poznać jego historię.
O szczęściu oraz Filozofia sztuki masowej - Dwie ostatnie pozycje opiszę jednocześnie, gdyż w dużej mierze z tego samego powodu mi zaimponowały, czyli jak można napisać głęboką i przewrotną analizę na taki wydawałoby się oczywisty, wiszący w powszechnej wiedzy temat. Haha! Mogę śmiało powiedzieć, że na oba tematy, zawarte w tytułach książek, przed ich lekturą byłem kompletnym ignorantem, co więcej, nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego jak bardzo się na tych tematach nie znam.
O tym, że obie napisane są przystępnie i warsztatowo są dla mnie celem rozwoju własnego rzemiosła już pisałem wielokrotnie, ale powtórzę tu jeszcze tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś miał lęki przed sięganiem po czysto filozoficzne teksty. Przy tych dwóch książkach żadnego strachu nie trzeba mieć, autorzy chcieli być jak najbardziej przejrzyści - bardzo dobra droga filozoficzna.
Podsumowując moje podsumowanie. Dwa czysto filozoficzne teksty, jedna biografia, sześć powieści i jedne wspomnienia - nie wiem czy z tego rozkładu można cokolwiek wyczytać, ale wydaje mi się, że całkiem nieźle oddaje proporcje gatunków literackich jakie czytam. Gdybym miał zrobić top top, czyli z listy moich ulubionych polecić coś jednego, moim zdaniem najlepszego z najlepszych, to chyba byłyby Opowieści z dni ostatnich oraz O szczęściu. A może jeszcze Zamek i Solaris? Sam nie wiem... No chyba całą listę mogę wam polecić, w końcu to mocne pozycje. Bliskie mojemu sercu i mózgowi lektury zeszłego roku. A Wy? Jakie są wasze ulubione tytuły z 2016.?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz