środa, 21 lutego 2018

Książko-post czerwiec 2017

Czerwiec to dominacja literatury filozoficznej. Co prawda średnia mi spadła, ale jakościowo przeczytane rzeczy były naprawdę srogie, więc mogę sobie to wybaczyć.


1."The penguin and the leviathan: how cooperation triumphs over self-interest" - Yochai Benkler. Książeczka o bardzo długim tytule, ładnej okładce i super treści. Autor zajmuje się w niej zagadnieniem kooperacji i egoizmu, na wielu przykładach, począwszy od graczy, przez rybaków na poławiaczach krewetek kończąc. Jego idea jest taka, że nie ma czegoś takiego jak naturalne skłonności do jednego czy drugiego typu pracy, najważniejsze są warunki w których umieszcza się uczestników relacji, a oni na ich podstawie przyjmują konkretne zachowania. Jako przykład przytoczę moje ulubione badanie z książki, dotyczące nazwania i sposobu zaprezentowania gry w której uczestniczyli badani. Obie gry miały takie same zasady (podobny do dylematu więźnia) tylko miały inną oprawę i nazwę, jedna była czymś w rodzaju Wilki z Wall Street, a druga opowiadała o zarządzaniu wspólnie miastem. Te same zasady, dwie różne oprawy, dwa różne style gry. Benkler powołuje się w tamtym miejscu na Frame Analysys Goffmana.

(...) If you know the other person believes they are playing a "Community game", you might expect them to cooperate; then you might be more willing to take the risk of cooperating as well (even assumption you're not the kind of person who is out for yourself, you don't want to be taken for the sucker either).

Tak to ładnie podsumowuje Benkler.



Autor również zbiera w książce pokaźną pule przykładów na zalety wynikające z kooperacji, chociażby zawartego już w tytule Linuksowego pingwina, ale też Wikipedie, stowarzyszenia działające na rzecz praw pacjentów, strony internetowe skupiające cierpiących na rzadkie choroby (działające jako grupy wsparcia i doradztwa), podaje przykład policji w Chicago, której działania zyskały na skuteczności po wprowadzeniu regularnych spotkań z mieszkańcami i wspólnych naradach dotyczących podejmowanych działań. Wymienia także skuteczność akcji crowfundingowych, wspierania artystów poprzez kupowanie ich dzieł bezpośrednio, bez uczestnictwa pośredników i skuteczność systemu "pay what you want".

Mnie przykłady podawane przez Benklera i w ogóle idea jego książki jak najbardziej przekonują. Nie jest to zresztą nic wielce rewolucyjnego, chyba? No jeśli ktoś jest "darwinistą społecznyn", neolibkiem czy innym takim, to rzeczywiście może to być chwytające za serce, ale nie w odruchu "oh jak miło", tylko raczej "mam zawał!". Niemniej, jeśli komuś nieobce są ludzkie odruchy, to The Pungin and Leviatan są dobrym uzupełnieniem przemyśleń, dobrą bazą konkretnych przykładów, naukowych badań i co najważniejsze dla mnie odnośników do innych książek oraz badaczy tego zagadnienia. Na koniec cytacik:

I've hoped to show, by cutting through the breadth of scientific and observational evidence now available to us, that we aren't suckers or naive idealists when we trust, or reciprocate trust. Adn along the way I've hoped to show how cooperation triumphs self-interest -maybe not all the time, for everyone, but far more consistently than we've long thought.



2. "Społeczeństwo bez szkoły" - Ivan Illich.   Na początek opisu wrażeń z lektury muszę Wam się do czegoś przyznać, otóż bardzo długo myślałem, że ten tekst popełnił trochę inny Illich, a dokładniej, to Włodzimierz Ilijicz Uljanow i byłem bardzo zaskoczony kiedy w bibliotece dostałem jakiegoś Ivana Illicha. Potem zaskoczeniu nie było końca, ale to już z powodu samej treści książki





Plik:Bundesarchiv Bild 183-71043-0003, Wladimir Iljitsch Lenin.jpg

Tak wygląda Włodzimierz Illijicz 

Ivan Illich.jpg

A Ivan Illivch wygląda tak

Autor bierze na celownik współczesną szkołę i oświatę (pisane w latach 70, ale chyba u nas za wiele się nie zmieniło), nie zostawiając na niej suchej nitki. Zaczyna z grubej rury, bo od krytyki instytucji w ogóle, jako tworów, które pierwotnie stworzone przez i dla człowieka, wyrwały się spod jego władzy i tego człowiek zmuszony jest żyć dla nich i według ich zasad - czysty Kafka! Najważniejsze jednak dla jego rozważań jest jednak środowisko szkolne. Jak pisze:

Szkoła - specyficzny dla danego wieku, związany z nauczycielem proces wymagający obecności w pełnym wymiarze godzin i wypełniania programu


I odnosi się do instytucjonalnego zniewolenia zarówno uczniów jak i nauczycieli, których relacje krępowane są poprzez siły, żywioły w ogromnym stopniu od nich niezależne.

Jest tam sporo uwag dziś już powszechnych, automatyczne wkuwanie programu, oderwanie biegu szkolnego od indywidualnych zainteresowań i pasji ucznia, nauczyciel już nie jako przewodnik a urzędnik wykonujący określone zadania etc etc. Z rzeczy mniej oczywistych, to Illich krytykuje szkołę jako współczesną formę systemu stanowego, nadającą status arystokracji osobom z odpowiednim dyplomem (prywatne, prestiżowe, drogie uczelnie), a im gorszy dyplom, tym niższy stan, aż do bez-dyplomowego chłopstwa. Jest to krytyka systemu, który nie jest po prostu obiegiem osób dokładających starania dla zdobycia wykształcenia i osiągających z tego powodu korzyści, a raczej floydowskim przycinaniem do standardów, które po wsparciu kapitałem kulturowym oraz finansowym rodziny daje status arystokraty.

Miałem szczęście, że przed przeczytaniem książki usłyszałem o niej na zajęciach akademickich, od razu w formie krytycznej - Illich krytykuję szkołę jako wykształcony pisarz, filozof, który ma już pewną pozycję, a pozostaje jeszcze spora część mieszkańców świata, którzy poprzez kapitalistyczny system relacji relacji społecznych, wypchnięci na jego peryferie nie mają innego wyjścia jak przejść długą drogę edukacji żeby mieć bezpieczny dostęp do dóbr. Inaczej rzecz ujmując: będąc mieszkańcem jakiegoś rozdartego wojnami i biedą państwem, w celu poprawienia swojego losu można: pozostać w kraju z bardzo ciężko sytuacją, próbować się przedostać się jako uchodźca do Europy i tym samym ryzykując śmiercią po drodze i status człowieka drugiej kategorii na miejscu, bądź uzyskawszy odpowiednie wykształcenie wyjechać (drenaż mózgów). To oczywiście uproszczony model i nie posądzajcie mnie o coachingowanie mieszkańców krajów trzeciego świata (Chcieć to móc! Po co umierać na malarie, skoro można zostać neurobiologiem i produkować wzmocnione pasze w Teksasie! Wstań i w trzech prostych krokach zmień swoje życie.), ale zasadę mam nadzieje widać dosyć wyraźnie, jeśli jestem z grupy uciskanej, pozbawionej statusu, to muszę go sam wytwarzać.

Illich to dobry rebel, który miał ciekawy pomysł na świat. Potrafił dokonać konkretnej obserwacji, analizy i wyznaczyć program działania, który nie przetrwał próby czasu, internetu i wyzwań współczesnej edukacji, niemniej jego pierwsze dwa kroki nadal pozostają aktualne, skłaniają do myślenia i dobrze by je byłoby uwzględniać w wykształceniu nauczycieli. No ja jeśli będę miał taką możliwość, to uczniom z chęcią o niej opowiem.

3. "Rose Madder" King.  To się nazywa ostre otwarcie! Z braku zajęcia wypożyczam książkę z biblioteki, bez żadnego wstępnego wywiadu, siadam na ławce, czytam i jebs kamieniem fabularnym na twarz. Przemoc domowa, maltretowana kobieta, poronienie - pierwszych kilka stron, opisuje przerażające sceny. Byłem nieźle poruszony tym co tam przeczytałem i rozważałem, czy by nie porzucić lektury, no ale za chwilę główna bohaterka ucieka od swojego męża kata, żeby rozpocząć nowe życie, z dala od potwora, no i zostałem, co mnie bardzo cieszy, bo książka jest super.

book cover of Rose Madder

King bardzo wyraziście i przekonująco opisuje na kartach powieści, to co się działo w umyśle uciekającej od męża Rosie. Panika, przerażeniem przypadkowość wielu decyzji, poszukiwanie jakiejś przyjaznej osoby, co doprowadzana ją do bezpiecznej przystani. Historia jej małżeństwa, przeradzającego się w koszmar, też jest realistyczna, zaś opisy jej domowego życia... no cóż, uh, są takie jakie powinny być czyli bardzo nieprzyjemne, duszne i aż chce się samemu ukatrupić jej męża. Męża, który jest policjantem, co trochę kliszowo, ale pozwala wzmocnić gęstą atmosferę, bo przecież koleguje się z policjantami, kiedy na niego doniesiesz, to nikt ci nie uwierzy, a kiedy rusza za nią w pościg, to może sobie pozwolić na więcej. Jest to jednak postać typowa dla kingowskich villainów, traci nad sobą panowanie w wyniku dziwnego zamroczenia, odczuwa częsty ból głowy, który skłania go do agresywnych reakcji, był molestowany w dzieciństwie - no jest to bardzo problematyczna postać, jednowymiarowa i bez potrzeby, w szkodliwy sposób próbowano nadać jej jakąś głębie. Lepiej byłoby okroić tekst z fragmentów próbujących opowiadać o tej postaci z innej perspektywy niż jego żony, powieść tylko by na tym zyskała.

Za to części pisane z perspektywy Rosie są ciekawe i wydaje mi się, że w jakimś stopniu dobrze oddają temat. Po drodze trafia ona do stowarzyszenia "Matki i córki", które zajmuje się pomaganiem kobietom w ciężkiej sytuacji i staje się ono narzędziem do zaprezentowania ciekawych postaci oraz ich niełatwych losów płci doświadczającej większości przemocy domowej. Na kartach powieści obserwujemy jak mieszkające w tym miejscu kobiety zmieniają się, doświadczając ciepła i pomocy, a także jak radzą sobie z mężem Rosie, który w pewnym momencie odnajduje jej trop i postanawia odzyskać co jego. Tak, na końcu czeka nas bitwa sił dobra ze złem :D

Dobrym ruchem ze strony Kinga byłoby też ograniczenie wątków fantastycznych, które się tutaj znajdują. Główna bohaterka kupuje w antykwariacie obraz przedstawiający antyczny krajobraz z kobietą podobną do niej, który to obraz daje jej siłę do działania i jest później przyczyną kilku ciekawych scen, które pominę, bo spojlery. Jest to ciekawe zagranie, tylko im bliżej finału tym za dużo zagarnia światła i częściowo psuje finał. Niemniej, jest to interesujący motyw, który opiera się na klasycznym tropie magicznego obrazu i ukrytego w nim świata, ale wykorzystany zostaje tutaj trochę inaczej.

Dla mnie wciągająca, miejscami straszna, miejscami szkodliwe napisana, powieść w klimacie thrilleru, z ciekawym przedstawieniem dużej liczby kobiecych postaci. Dobre do pociągu, albo na plaże.

4. "Szkarłatna Litera" Hawtorne.  Nie była to porywająca lektura, no ale 1850 rok wydania, pierwsza amerykańska powieść psychologiczna... sratata i tak się nudziłem. Akcja dzieje się w jakiejś purytańskiej osadzie w nowo kolonizowanej przez Europejczyków Ameryce Północnej i wszystko opowiada o głównej bohaterce, która zdradziła pod nieobecność swojego męża, ma z tego powodu dziecko, a jej sąsiedzi uznali, że dobrym pomysłem będzie jej przyszyć do ubrania znaczek za karę i dawać jej do zrozumienia na każdym kroku, iż uważają ją za złą kobietę. No i główna bohaterka zamiast założyć w wiosce komórkę PPSu i dążyć do zmiany stosunków produkcji oraz genderowych relacji i dyscyplinowania seksualności, pogrąża się w smutku i cierpi przez jakieś 100-150 storn.

No i ona wychowuje swoją córkę i cierpi, ukrywa przed wszystkimi z kim miała romans, żeby go chronić (głupia nie rozumie, że "im gorzej tym lepiej" i oddala od siebie rewolucje wywołaną niezadowoleniem z purytańskiej moralności, tym samym pogarszając swój los), potem jej mąż wraca skądś tam w ukryciu i obserwuje całą sytuację. No dramaty, panie, dramaty.


 Fajnie, fajnie, z tym, że nie.


5. "Wyobraźnia ontologiczna. Filozoficzna (re)konstrukcja fronetycznych nauk społecznych" Andrzej W. Nowak.  To była dopiero grubaśna książka! Grubaśna zarówno pod względem objętości jak i zawartości, no ale nie ma się co dziwić jeśli autor stawia przed sobą takie zadanie jak propozycja przebudowy nauk społecznych. Tutaj odbywa się to przy pomocy kilku interesujących postaci i metod uprawiania nauki / ciekawego opowiadania o niej. Najlepiej zacznę cytatem prosto z książki, który wyjaśnia jej cel:

"Dlaczego filozofowie akademiccy w dużej mierze utracili zdolność opowiadania tak intrygujących opowieści o świecie? Pozwólmy sobie na małe ćwiczenie intelektualne: gdybyśmy zapytali któregoś ze współczesnych czy dwudziestowiecznych filozofów oto, jak powstał dzisiejszy Egipt, prawdopodobnie żaden z nich nie wspomniałby o komarze czy nowym rodzaju malarycznego pierwotniaka. Filozofia akademicka utraciła zdolność słuchania takich dziwnych, choć ugruntowanych w codzienności , przyziemnych historii. (...) Książka, którą właśnie rozpoczyna, narodziła się z ambicji, by filozofię, a szerzej, także nauki społeczne nauczyć na nowo słyszeć owe głosy. Z pożytkiem dla wszystkich."


Z powodu tak wyznaczonego celu książka pracuje na dwóch płaszczyznach, jedna to płaszczyzna szerokiego spojrzenia, wyobraźni socjologicznej C. W. Millsa, a druga skupia się na przedmiotach, rozumianych jako aktorach życia społecznego i uczestnikach jego przemian. Ta druga płaszczyzna najlepiej zaprezentowana jest w przytoczonej przez autora historii o udziale komara i malarii podczas walk toczonych w Egipcie podczas drugiej wojny światowej. Chodzi własnie o zwrócenie uwagi na czynniki powszechnie pomijane w narracji wojennej, która skupia się zazwyczaj na celowych ludzkich działaniach, a pomija własnie takie sprawy jak choroby dziesiątkujące żołnierzy. Oddajmy głoś generałowi Macarthurowi:

 “This will be a long war if for every division I have facing the enemy I must count on a second division in hospital with malaria and a third division convalescing from this debilitating disease!”

Wyobraźnia socjologiczna z pierwszej płaszczyzny ma służyć do umiejętnego określenia swojego usytuowania w świecie, w taki sposób, aby uniknąć jakiejś formy fałszywej świadomości (Polecam w tym temacie "Co z tym Kansas" Franka.), która mogłaby utrudniać działanie na rzecz dobrej sprawy. Dalej znajdują się rozważania na temat roli intelektualistów i różnych typów postaw jakie mogą przyjmować we współczesnym świecie - to i dużo, dużo więcej. 

Dla mnie to pozycja bardzo dobra, pobudzająca do myślenia, która rozpoznaje, analizuje i daje propozycje do kolejnych kroków. Napisana zgodnie z cytatem z początku, czyli poza byciem naukowa, jest też ciekawą opowieścią, którą płynnie się czyta, dużo tam odniesień do wydarzeń historycznych oraz niespodziewanych zwrotów akcji w narracji (znajduje się tam nawet rozdział o grze Go - który jest umocowany w całości tekstu i logicznie pasuje, to nie żadna dygresja z czapy). Polecam zarówno dla filozofów, jak i niefilozofów.  



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz