Aye mieszkańcy internetu!
Oto lista lektur, które towarzyszyły mi w czerwcu, czyli w czasie dopełniania formalności uczelnianych i obrony pracy licencjackiej. Dużo latania z tym wszystkim było, to i książek trochę mniej, aczkolwiek dwa tytuły weszły zacne, pozostałe no cóż... to już inna historia. Ale od początku:
1. "Solaris" Lem - Nie wiem czemu nie zabrałem się za nią wcześniej. Wszyscy, wszędzie trąbili, trąbią i trąbić powinny, że to książka świetna, ale mi nie było do niej po drodze. Lema znałem z "Dzienników gwiazdowych", anegdot i przyjemnego wykładu, który dotyczył lemowskiej historiozofii, co dawało mi niezły obraz tego jak dobrym jest on pisarzem, jednak wyobrażenia to tylko wyobrażenia. Solaris mnie całkowicie poskładało. Ale nie tak, że tylko w jedną stronę, jak inteligentny dowcip albo cios w brzuch, tylko właśnie w obie. Byłem zachwycony pięknem solarystyki, dopracowaniem jej opisu, poszczególnymi fazami i naukowcami, zakochany w samym głównym pomyśle, ogromnego organizmu prawdopodobnie zamkniętego na komunikacje, ale też jednocześnie dostałem potężnego kopa w brzuch przez wątek romantyczny, oj to bardzo bolało, żeby nie spojlerować praktycznie nic nie mogę napisać, ale wiedzcie, że to grubas nad grubasy, taki hiper-grubas wątków tragiczno-romantycznych, które czyta się z dużym bólem i na długo pozostają w głowie i sercu. Grubość ala Białe Noce Dostojewskiego, który gdyby urodził się później to zdecydowanie docenił by losy Harey i Kevina. Kutas.... Nie ma tu co więcej mówić, czytać dziatwa!
2. "Światy równoległe" Michniewicz - Ładnie wydany zbiór kilku reportaży z podróży po całym świecie. Jest tam Pakistan, więzienie San Quentin, Johanesburg, jakieś miejsce w Indiach i nie pamiętam co tam jeszcze. Ładnie to wygląda, bo dużo zdjęć, papier śliski, okładka konkretna, tylko nazwy rozdziałów na siłę głębokie, zamiast praktyczne. No ale to taki drobny coelhianizm, wybaczam. Wygląda naprawdę ładnie, ale w środku jest raczej ubogo, licho w intelektualnej kalorie. Zamysł był taki żeby pokazać światy cechujące się egzotyką dla polskiego czytelnika (dla polaka nie czytelnika [63%] egzotyką jest książka bez względu na treść) i autor z tego celu się wywiązuje, ale niestety robi to cholernie płytko. Każda z napotkanych osób jest raczej tylko tropem, tło ma zawsze warstwę globalną i tą "prawdziwą" do której dokopuje się autor, przy czym jest to osnowa jak z naiwnej powieści młodzieżowej. Trochę szkoda, ale w sumie żadnych oczekiwań wobec książki nie miałem, a czyta się bardzo szybko, więc zero cierpienia. Niepogłębiona, ładnie wygląda na półce. Czytać można, ale po co, skoro jest taki na przykład Korabiewicz. Jeśli chcecie przygody i egzotyki to łapcie "Kajakiem do minaretów" i poczytajcie jak facet popłynął tytułowym wehikułem do Turcji.
3. "Rzeczpospolita dla moich wnuków" Kuroń - Kupiona na promocji w Matrasie i patrząc na jakość wydania to dziwie się, że ktoś normalnie chciał za to więcej niż 5zł. Małe to i papier jak z odzysku. Szkoda, bo treść zacna, a taki ja często kieruje się zmysłem estetycznym podczas spontanicznych wizyt w księgarniach, dzięki czemu mam sporą kolekcje książek słabych, a ładnych, których kiedyś będę musiał się pozbyć, no bo jak połączymy z lubą biblioteczki, to przecież nie będę tam wnosił Pie... ekhm. Pewnego pisarza. No ale wracając do Kuronia! Jest to jego ostatnia książka, a właściwie szkic w którym zawarł swoje poglądy filozoficzne, około polityczne, plus jest tam trochę wspomnień o nim. To ostatnie jest nudne, bo brzmi jak wszystkie inne wspomnienia o Jacku Kuroniu, że dobry człowiek, ale pił, że lubił czytać, dużo palił, no i uniwersytet w Teremiskach. Filozoficznie mi się podobało, ale to nic odkrywczego, takie rozważania z "nurtu" powiedzmy około koraczkowo-levinasowskiego, czyli dużo o roli miłości, szacunku i pracy intelektualnej oraz sporo idealistycznego podejścia do roli edukacji. W tej ostatniej kwestii Kuroń ostro popłynął, przypisując wykształceniu rolę odnowiciela społecznego ładu, strażnika sprawiedliwości, postulował utworzenie ogólno-światowych kolegiów, wymian uczniów z całego świata, taki utopizm-edukacyjny, a rozdział ten napisany był z taką energią i wiarą w sprawę, że przypomniał mi od razu Czerwony Balonik Grotowskiego (nigdzie nie mogłem znaleźć tego manifestu w internecie, będę wdzięczny za podlinkowanie). Zaskakujące, że człowiek pod koniec życia może mieć tak ogromny plan i tyle werwy. Książka dla mnie była interesująca. W warstwie filozoficznej to niepogłębiona apologetyka dialogu, bardziej felietonowa niż systemowa, a w części politycznej czadowo odjechany manifest edukowania całego świata i to napisany z dużą energią. Nie wiem komu by ją polecić, bo mam świadomość w jak niszowe upodobania mi trafiła, ale za pięć złotych możecie zaryzykować, a i Kuronia nie wstyd mieć w biblioteczce.
4. "Na dwóch biegunach" Anna Kacprzyk - Chciałbym napisać o tej książce coś dobrego, albo chociaż podkopać swoją negatywną opinie, wiecie, że nie jest, aż tak źle, że czytałem ją z bólem brzucha i to zmąciło mój sąd, albo że mimo wad warto się z nią zapoznać, ale nie. Sprawy zaś nie ułatwia fakt, że myśl, która przyświecała powstaniu tej książki jest moim zdaniem dobra i powinna zostać kiedyś zrealizowana z profesjonalizmem, bo póki co jest źle. Na sandały Tezemacha, tak bardzo źle... Książka to wspomnienia kobiety chorej na chorobę afektywną dwubiegunową (a nie jak myślał mój tata książką podróżniczą Jasia Meli) i pomysł jak dla mnie bardzo zacny, poznać świat oczami chorej osoby, jej myśli, spostrzeżenia, takie rozwijanie empatii poprzez literaturę, ala Borges czy coś w ten deseń.
Niestety problem polega na tym, że autorka kompletnie nie umie pisać i jest to taka nieumiejętność, że aż boli. Zupełnie miesza czas, miejsce i postacie, przez większość lektury nie byłem pewien gdzie i kiedy właśnie jestem, a jak już się dowiedziałem, to zaraz pojawiała się dygresja odnosząca się do dialogu w innym czasie, który poruszał wydarzenia z jeszcze innego czasu - powieść szkatułkowa najwyższych lotów. Do tego język jest, ekhm, prosty, nie mówiąc już o autorce... Jej podejście do świata, czy relacji międzyludzkich jest gdzieś na poziomie wczesnego gimnazjum i nie chodzi mi tu w żadnym razie o części związane z chorobą, tylko jej zwyczajne refleksje na temat tego wszystkiego. Dlaczego porzucił ją w danym momencie facet, co powinna była zrobić, oceny zachowań jej rodziny itp. Moim ulubionym fragmentem jest, jak przepraszający ją facet wygrywa argumentem, że obejrzał film "czego pragną kobiety" i już wie, że źle postąpił ignorując ją przez pół roku - autorka do samego końca książki przeżywa podobne przygody z tym zawadiaką. Uhh, czułem się jakbym czytał nudnego bloga gimnazjalistki. Na obronę mogę powiedzieć, że jeśli znajdzie się czytelną część, która opowiada tylko o chorobie to jest to interesujące, plus ktoś mądry wstawił między rozdziały pogrubione myśli podsumowujące dany aspekt choroby dwubiegunowej. Jeśli o to chodzi to jest w porządku. Ale te wszystkie "głębokie" myśli autorki, patrzenie na jej relacje i wszystko to było ciężkie, bardzo ciężkie. Gdyby książka nie była krótka niczym ulotka Empiku, musiałbym się pewnie zmuszać do czytania, a tak na szczęście zanim zaczęło porządnie boleć to już było po wszystkim. No nie polecam, zdecydowanie, nie polecam.
Jeśli chodzi o Czerwony Balonik to możesz spróbować poszukać w jakichś zbiorach skanów starych gazet czy coś, to się pierwotnie ukazało w "Od A do Z" (dodatku tygodniowym do "Dziennika Polskiego") 1955 nr 1, z 1–2 stycznia.
OdpowiedzUsuń